NIETOPERZE
I SOWY
Ze Snyderem i jego „Batmanem” jest trochę, jak ze
Slottem i „Spider-Manem” – udało im się zrobić kilka fajnych komiksów, nawet w
pewnym sensie przełomowych dla postaci, ale szybko popadli w przesadę, w absurd
i zaczęli solidnie zawodzić. Z tym, że Snyder mniej niż Slott opiera swoją
twórczość na kopiowaniu pomysłów innych i ma więcej inwencji. A najwięcej miał
jej na początku właśnie, kiedy to stworzył takie historie, jak „Trybunał sów”,
„Śmierć rodziny” czy „Endgame”. A teraz ta pierwsza, chyba najlepsza z jego
Gacków, wraca w nowym wydaniu. Bo DC wystartowało właśnie z fajną linią
wydawniczą „Compact”, gdzie w mniejszym, bardziej kieszonkowym formacie, za
grosze wydaje mniej lub bardziej kultowe historii – tak w przeliczeniu za 40 zł
(ale można dorwać taniej, widziałem nawet po 27 zł z groszami) dostajemy
najczęściej po 11-12 zeszytów, czyli dobrych trzysta stron czytania. I fajnie
jest, kompleksowo, bo ten album to w zasadzie cały materiał z tomów „Trybunał
sów” i „Miasto sów” (poza dwoma zeszytami), a że to jedna z najlepszych
historii o Batku, kto nie ma, może brać w ciemno.
Fabuła? Znalezione zostają zwłoki mężczyzny i
wszystko wskazuje na to, że zabił go Nightwing. To jednak zaledwie początku, bo
okazuje się, że najwyraźniej kolejną ofiarą będzie nie kto inny, tylko Bruce
Wayne. Śledztwo w tej sprawie doprowadza Batmana do zagadek z przeszłości jego
rodziny, a także tajemniczej organizacji nazywającej siebie Trybunałem Sów,
która zdaje się być częścią samego Gotham. Jak daleko sięgają ich wpływy? Jakie
są ich cele? I jak Batman poradzi sobie z nowym wrogiem, z którym wydaje się
nie mieć najmniejszych szans?
Jakiś czas temu, dokładnie w roku 2011, po
wydarzeniach z eventu „Flashpoint: Punkt krytyczny” DC zrestartowało całe swoje
uniwersum, a co za tym idzie także i wydawane przez siebie serie, łącznie z numerami
na okładce. Nie wszystkie, bo np. „Detective Comics” zachowały dawną numerację,
chodzi jednak o to, że w skrócie, choć nadal ciągnięto długą tradycję tych
cykli – acz niektóre wątki przestały być już kanoniczne – to zarazem uczyniono
je atrakcyjnymi dla nowych odbiorców, z jednoczesnym ustalaniem nowego statusu
quo bohaterów i tytułów, w których występowali. To tak w skrócie. Te nowe serie
miały trwać przez 52 numery (stąd nazwa wydarzenia „New 52”, po polsku
przełożona jako „Nowe DC Comics”), a potem nastąpiła kolejna zmiana, ale to już
zupełnie inny temat.
Wracając do „Sów”, na sam początek nowej serii o
Batku wystartowała fajna opowieść, która doskonale sprawdzała się, jako tylko
te jedenaście zeszytów tu zebranych, jak i bardziej rozległy eventy, którego
wydarzeń dopełniała akcja kilku serii („Batman and Robin”, „Nightwing”, „All
Star Western”, „Catwoman”, Batgirl”, „Batman: Dark Knight”, „Birds of Prey”,
„Red Hood and the Outlaws”). Z takim eventowym zacięciem i wzajemnym
przeplataniem się to wszystko miało ciągnąć się dalej, ale Snyder zatroszczył
się o to, by czytelnik, który sięgnie tylko po główne zeszyty, nie stracił w
zasadzie nic. A zabawa jest naprawdę znakomita. Niby to nic oryginalnego, żeby
dać „zwierzęcemu”, totemicznemu herosowi naturalnego, zwierzęcego wroga –
Marvel robił to od lat 60. – ale tu, w połączeniu z klimatem legendy miejskiej
i fajną, detektywistyczną akcją wypadło to naprawdę świetnie.
Snyder, który czuje takie klimaty (to w końcu on
zrobił „Amerykańskiego wampira” chociażby) w dobrym stylu wykorzystuje to gackową
mitologię, łącząc akcję z zagadkami, urban legend i momentami onirycznym
niemalże horrorem. Wiadomo, nie robi tu czegoś na poziomie Moore’a, Millera czy
nawet Milligana, bo jednak celuje w bardziej rozrywkową formę, a tamci mieli
nam najczęściej coś więcej do powiedzenia, ale jako właśnie mroczna rozrywka
rzecz jest po prostu świetna, a przy okazji dodaje sporo do nietoperzowego mitu
i kanonu, a to sporo rozwijane jest właściwie po dziś dzień, czasem doprowadzane
przy okazji do absurdu, jak wspominałem (choćby w „Metalu”). Tu jednak było na wysokim
poziomie, doskonale zilustrowane przez Capullo, którego wyrazista kreska, stricte
współczesna, ale jednak pełna detali, klarowności i klimatu, doskonale pasuje
do opowieści i jeszcze podnosi jej poziom.
Nie znacie? Nie macie? Angielski to dla Was nie
problem? No to okazja idealna. DC Compact to w ogóle świetny pomysł i świetna
sprawa, coś, co przydałoby się przeszczepić na polski grunt (za te śmieszne
pieniądze można tu dorwać pełne wydania takich opowieści, jak „Watchmen”, „Batman:
Hush”, „Joker” – tu wyjątkowo cieniej, bo tylko jakieś 140 stron – czy „All
Star Superman”, a to tylko kilka przykładów, bo jest tu i sporo rzeczy po
polsku nigdy niewydanych). I mam nadzieję, że pojawi się tu jeszcze trochę
kontynuacji wydanych już materiałów, ale czas pokaże.



Komentarze
Prześlij komentarz