BECKY
SAMA W DOMU
„Becky” i „Gniew Becky”. Dwa filmy oddzielone od
siebie czterema latami przerwy. Nic, co zdobyło jakąś wielką sławę, rozgłos. Żaden
megahit ani mega cenione, ambitne dzieło, które może się nie sprzedało, ale
zostało docenione. Właściwie to filmy złożone z samych schematów, powtórek, kopia
z kopii z kopii. A jednak coś mnie tu ujęło. Połknąłem jedynkę z przyjemnością,
taką guilty pleasure i podeszło mi na tyle, bym łyknął dwójeczkę, która okazała
się równie fajna. I chętnie obejrzę część trzecią, bo ma być, bo po zostawieniu
wciąż nierozwiązanej pewnej kwestii dobrze byłoby doczekać się finału. A kto
lubi takie klimaty, gdzie dzieciak walczy w okolicach domku nad jeziorem z tymi
złymi, tyle, że dla odmiany cegły nie nabijają im jedynie guza, a od
zaostrzonych kredek i ołówków bandzior może się spektakularnie wykrwawić,
śmiało może sięgnąć.
Becky ma trzynaście lat i z rodzicami – a właściwie
ojcem, jego nową partnerką i jej synem – przyjeżdża spędzić czas w domku nad
jeziorem. Problem w tym, że nie dość, iż z jednej strony relacje między nimi są
napięte, to akurat zjawiają się tu neonaziści, którzy uciekli z więzienia, żeby
odzyskać za wszelką cenę pewien klucz. Klucz, który akurat znalazła Becky. Gdy jej
rodzina staje się zakładnikami, dziewczyna, wraz ze swoim psem, będzie musiała
stawić czoła bandytom. I bynajmniej nie zamierza zrobić tego w łagodny sposób…
Lulu Wilson wyrasta nam na nową scream queen. Kiedy
grała w pierwszej części „Becky”, będąc w wieku bohaterki, którą odgrywa, na
koncie miała już udziały w takich filmach i serialach, jak „Zbaw nas ode złego”,
„Oujia: Narodziny zła”, „Annabelle: Narodziny zła” czy „Nawiedzony dom na
wzgórzu”, a potem zagrała jeszcze w „Zagłada domu Usherów” i „50 States of
Fright”. Całkiem imponujący horrorwy dorobek, jak na dziewiętnastolatkę. Na dodatek
całkiem fajnie potrafi zagrać, więc, o ile nie skiepści się, jak inne młode
gwiazdy (choćby Abigail Breslin, której talentu nie mogę odżałować, patrząc na
to, jak ostatnio gra…), warto będzie coraz spojrzeć, co zagrała.
Wracając do filmu, to, jak widać, same schematy. Bo
tak, domek nad jeziorem to już sztampa, nawet nie trzeba przypominać kto go
najbardziej rozsławił, ale tu, ze względu na te sensacyjno-kryminalne elementy
w tle bardziej szukałbym korzeni w „Krwawym obozie”. Bohater z psem u boku
mszczący się na tych złych, wykańczający ich jednego po drugim na wymyślne
sposoby to wypisz wymaluj „John Wick”, z tym, że ja „Wicka” nie lubię, bo niby
miał być sentymentalnym kinem akcji, jakiego już się nie robi, a okazał się
jeszcze jedną, absurdalną współczesną do bólu serią skupioną na szybkiej
jeździe i równie szybkim praniu się po mordach. Poza tym dzieciak wykańczający
bandytów to wypisz wymaluj „Kevin sam w domu”, z tym, że Lulu idzie tu drogą
bardziej poważną i krwawą. Czy jak w „Uważaj, kochanie”? Nie – i też nie z taką
wdzięcznością jak tam – już, bardziej w stylu slasherów z lat 80., ale jakby
idąc o krok dalej. Pamiętacie takie sceny, jak z „Halloween 4” czy „Piątku
trzynastego 4”, kiedy to postać, która przeżyła masakrę i zabiła złego, sama
zaczyna stawać się zła, chwytać za nóż i… Z tym, że o ile w tamtych filmach
wątki te w zasadzie odwracano, tak tu, co widać w „Gniewie Becky”, to wszystko wciąż
tkwi w dziewczynie i gdy znajduje okazję w postaci kolejnej grupy nazistów,
dostaje okazję by dać upust zewowi krwi.
Takich powieleń schematów – czy może puszczania oka
do odbiorców – jest więcej, jest co wyłapywać. A film, chociaż zrealizowany w
zasadzie tylko poprawnie, z fabułą niedbającą o logikę, sens czy prawdopodobieństwo,
mającą sporo scen naciąganych i nieprzekonujących, stawiający za to na krwawą
zabawę, wchodzi dobrze. Spora w tym zasługa Wilson, która wypada naturalnie i
przekonująco, zarówno kiedy gra niewinną, idealną córeczkę (wyśmienity początek
„Gniewu Becky”), jak i gdy włącz jej się tryb berserkera i ścina gościowi twarz
kosiarką czy sieka tonącego bandytę śrubą łódki. O dziwo jednak nawet tacy aktorzy,
jak Kevin James, który kojarzy się, co tu dużo mówić, albo z poczciwymi fajtłapami,
albo idiotami, do jakich przyzwyczaił nas komediami, w których występował, dają
radę, jako bezlitosne złole. A że jest w tym pewien element komediowy, sporo
uroku i jeszcze nuta tajemnicy ciągnącej się przez dwa filmy i zmierzającej do
finału pewnie dopiero w trójce – oby! – zabawa jest niezła. Tylko niezła, aż
niezła, jak kto woli. Mi, fanatykowi slasherów i w ogóle kina lat 70. i 80. w
szczególności, weszło dobrze i wiem, że jeszcze do „Becky” wrócę. Może nie ma
tu klimatu tamtych lat, a ten pasowałby tu lepiej, niż idealnie, ale jednak są elementy
przywodzące na myśl tamte dzieła. i to chyba także zrobiło swoje.




Komentarze
Prześlij komentarz