X-Men. Era Apocalypse'a #1: Świt – Scott Lobdell, Mark Waid, Fabian Nicieza, Jeph Loeb, Larry Hama, Roger Cruz, Andy Kubert, Ron Garney, Ian Churchill, Steve Epting, Chris Bachalo, Joe Madureira, Tony S. Daniel

 ZACZYNA SIĘ NOWA ERA

 

Jak widać, mało mi „X-Men”. Nie tych nowych, bardziej z tych czasów, na jakich się wychowałem, ale w końcu, kiedy się po coś sięga, to dla przyjemności, a w tej serii chyba nic nie sprawia mi takiej frajdy jak to, co działo się tam w latach 80. i 90. No i przede wszystkim to są opowieści stanowiące kwintesencję tego, czym były i być powinny przygody mutantów. A „Era Apocalypse’a” to jedno z tych mutanckich wydarzeń, które uważane są za najlepsze. Zresztą niejedna topka takich eventów wrzuca go na pierwszym miejscu. Z tym czy powinien znaleźć się tak wysoko, można by polemizować, ale nie zmienia to faktu, że rzeczywiście należy do tych najlepszych. A przy okazji mamy go po polsku, w czterech fajnych tomach (acz nie powiem, też niepozbawionych swoich wad), choć bardzo długo musieliśmy na nie czekać.

 

Legion, syn Charlesa, przebudził się ze śpiączki i szaleje. Dotąd był niesamowicie potężnym mutantem z wieloraką jaźnią, którego różne wcielenia posiadały różne moce. Teraz jego umysł się naprawił, moce połączyły, a on stał się niemalże bogiem. X-Men starają się stawić mu czoła, ale nie mają najmniejszych szans, Legion zaś, zdobywając władzę nad czasem, przeskakuje do lat młodości Xaviera i Magneto, w okres, kiedy dopiero się poznali i chce wszystko odmienić. Nie ma jednak pojęcia, czym skończy isę jego misja. Dochodzi do wielkiej zmiany, świat staje się szaloną dystopią, miejscem, które odmienił Apocalypse. To jego era. Era, w której nie ma Xaviera, Sama główna opowieść zaczyna się w świecie odmienionej teraźniejszości. Misja Legiona nie poszła po jego myśli, a świat się zmienił. W chwili zaczęcia się akcji, Ameryką rządzi Apocalypse, ludzie przegrali, mutanci dominują, a wszystko wokół sypie się i zmienia na coraz gorsze. Jedynie Magneto ze swoimi X-Men stanowią opozycję, która chce zmienić wszystko. A zmiana zaczyna się, kiedy po dwudziesty latach Bishop, który jako jedyny pamięta wcześniejszą rzeczywistość, odnajduje Magneto i… Czy tą rzeczywistość da się jeszcze w ogóle odmienić? I czy możliwe jest cofnięcie tego, co zrobił Legion?

 

Była druga połowa roku 1997, kiedy wydawnictwo TM-Semic przestało wydawać „X-Men”. Skończyło na ślubie Scotta i Jean (oryg. „Uncanny X-Men #310” i „X-Men (Vol. 2) #30”), a potem miały być inne historie, pewnie pojawiłby się „The Phalanx Covenant”, parę drobniejszych rzeczy i zaraz potem właśnie „Era Apocalypse’a” (która przy cyklu wydawniczym TM-Semic, jeśli by jej nie pocięli, potrwałaby prawie dwa lata), ale nic z tego się nie ukazało. Na szczęście Mucha, w roku 2020, czyli po niemal ćwierćwieczu, zaczęła wydawać całość w albumowej formie. I zacna to rzecz, chociaż, jak to w przypadku, gdy kucharek jest sześć, albo jak tu, pięciu scenarzystów, ośmiu rysowników i od choroby inkerów oraz kolorystów, nie wszystko zawsze super smacznie wychodzi.

 


Początek tej opowieści miażdży. Graficznie to co prawda już pójście w nowe, mniej fajne czasy i bardziej złożony, komputerowy, ale mniej pasujący (czyt. bardziej efekciarski, niż efektowny) kolor, ale fabularnie to to, za co kocham tą serię. Dużo postaci, epicka akcja, wysoka stawka. Fajnie to wraca do przeszłości, ciekawie pokazuje nam początki relacji Charlesa i Magneto i, szczerze powiedziawszy, cały ten wstęp lepszy jest niż główny event. Dlatego żal, że wrzucono tu zbędny zeszyt z Cablem, podczas gdy pominięto prolog całej historii. Okej, prolog nie jest niezbędny do wejścia w całość, ale i samo wydarzenie, które rozrywa się zaraz potem, naprawdę daje radę. Zresztą historie o odmiennej rzeczywistości, pokazujące jak inaczej potoczyły się losy bohaterów i jak ci się zmienili, to zawsze pewna atrakcja. W ostatnich latach o wiele mniejsza, niż kiedyś, bo Marvel nadużywa tego, jak nadużywa zabijania i ożywiania bohaterów, przez co cała siła i potencjał znikają, ale wtedy, w połowie lat 90. XX wieku to nadal było coś. I nadal jest czymś naprawdę dobrym.

 


Oczywiście, kiedy dzieje się główna opowieść, chociaż świat jest w ruinie, a na horyzoncie z jednej strony wisi wojna z ludźmi, z drugiej zaś w kosmicznej otchłani zaczyna dziać się coś, co może doprowadzić do kolejnej zagłady, już tak epicka nie jest. Twórcy skupiają się na pokazaniu nam tego, jak zmienił się świat i postacie. Widzimy podziały między nimi i konwersję bohaterów, jak to w historiach o alternatywnych światach być musi. Dzięki, a może przez całe to zarysowywanie, jak zmieniło się wszystko i jak wyglądają podziały, relacje i ogół sytuacji, rzecz toczy się wolniej i nie tak widowiskowo. Pojawia się w tym parę dylematów moralnych i trochę emocji, ale dla mnie osobiście nieco brakuje mocy. Choć, jeśli mam być szczery, nawet w tej formie rzecz jest absolutnie urzekająca i o niebo lepsza od większości obecnie wydawanych komiksów o mutantach. Jednocześnie za sprawą faktu, iż akcja dzieje się w różnych seriach, prezentujących nam losy poszczególnych postaci czy grup pisane i rysowane przez artystów z odmiennym podejściem, robi się różnorodnie. Bywają tu tytuły ponure i patetyczne, aż do przegięcia, bywają te bardziej dynamiczne albo bardziej skupione na postaciach. Jest też coś takiego jak „Generation Next”, gdzie czeka na nas więcej luzu, więcej szaleństwa, akcji, ale i niezawoalowanego podejścia do seksowności postaci. Oczywiście przy okazji debiutuje tu sporo nowych postaci.

 


Fabularnie często te tytuły to taka pretekstowo robota, by dalej pociągnąć wątki zarysowane na wstępie i pokomplikować życie bohaterów, ale robią to w dobrym stylu. Czasem zdaje się niewiele z tego wynikać, czasem wolniej się coś rozkręca, czasem atakuje mocniej i szybciej. Ogólnie jednak jest dobrze. które serie są najlepsze? To już poruszę przy okazji kolejnego tomu, z większą ilością konkretów (chyba, że zapomnę, wiek nie ten, rozumiecie), ale za to śmiało mogę powiedzieć, że graficznie show kradną Kubert i Epting. Bachalo pokazuje się z dobrej strony, już z własnym stylem, ale jeszcze nie tak karykaturalnym, jak momentami („Ultimate X-Men”), problem w tym, że kolor, jaki tego wszystkiego dopełnia tak zaciemnia strony, że ginie tu sporo z jego kreski i nie można się nią nacieszyć, jak należy (kolor zresztą, zbyt komputerowy, zbyt barwny, to ogólnie problem tych historii – o wiele lepiej wyglądały starsze, prostsze prace). Całość wieńczy dobre wydanie i sam cieszący fanów fakt, że rzecz wyszła nad Wisłą. Okej, można to było wydać bardziej kompleksowo (jakby tak oprzeć na czterotomowej edycji „X-Men: The Complete Age of Apocalypse Epic TPB” to dopiero byłoby coś), można by też z lepszym tłumaczeniem (no sorry, ale wierszowane fragmenty nie wychodzą tu dobrze, oj nie…), ale tak czy inaczej absolutnie warto ten komiks znać. i mieć na półce.

Komentarze