Batman: Zabójczy żart – Alan Moore, Brian Bolland

 ŚMIECH PRZEZ ŁZY

 

Jaką reckę można dać w Prima Aprilis? Sprawa jest chyba oczywista. Ale ta historia to żaden żart. Tak samo, jak wszelkie zachwyty nad nią, acz momentami byłbym tu nieco bardziej powściągliwy. „Batman: Zabójczy żart” to jeden z najbardziej kultowych i cenionych komiksów w dziejach nie tylko Gacka. Legenda zarówno na światowym rynku, jak i w Polsce, gdzie właśnie od niego zaczęło się regularne wydawanie przygód Człowieka Nietoperza nad Wisłą. I chociaż jest to także komiks przeceniany, wciąż pozostaje rewelacyjną rozrywką, jakiej próżno szukać wśród podobnych mu historii.

 

Batman zjawia się w Arkham, odwiedzić Jokera. Dość ma już ich wiecznych pojedynków, wie, że w końcu któryś zabije drugiego, a na to nie ma ochoty. Ale szybko okazuje się, że Jokera wcale nie ma w celi. Uciekł. Znów. I tym razem może szykować coś jeszcze gorsze, niż do tej pory…

A Joker w tym czasie „kupuje” wesołe miasteczko, po czym odwiedza Gordona. Odwiedziny kończą się porwaniem komisarza i postrzeleniem jego córki w brzuch, na zawsze już odmieniając jej życie. Oczywiście na gorsze. Ranna i sparaliżowana dziewczyna zostaje rozebrana i… Zaczyna się gra w kotka i myszkę mająca tylko jeden cel: pokazanie i Gordonowi, i Batmanowi, czym jest prawdziwe czyste szaleństwo…

 

„Batman” w Polsce zaczął się naprawdę znakomitą historią. Ja wiem, że tu początek serii wyznacza poprzedni numer, ale temu było, jest i będzie bliżej do wydania specjalnego, niż właściwego numeru (acz numeracja zaczyna się od niego), więc dla mnie - i dla wielu fanów - to właśnie od historii Moore'a wszystko się zaczęło. A na pewno zaczęło się na dobre i w formie, w jakiej utrzymywało się przez długie lata. I tak patrząc na te czasy, na te komiksy, z Gackiem, jak chyba żadną inną serią, jest tak, że kojarzy mi się mocno z różnymi świętami. Czy to Prima Aprilis (tu jeszcze trzeba absolutnie pamiętać o „Azylu Arkham”), czy Halloween (chyba nie muszę wymieniać tytułów, prawda?), czy nawet Gwiazdką etc. Ba, przecież „Długie Halloween” i jego kontynuacje to nic innego, jak opowieści dziejące się we wszystkie możliwe świąteczne dni.


Ale ja ni o tym miałem, a o „Zabójczym żarcie”, który dla wielu pozostaje najlepszą opowieścią, jaką wydało TM-Semic jeśli chodzi o przygody Nietoperza (nawet na liście zamieszczonej w ostatnim numerze „Batman & Superman” zajęła pierwsze miejsce wśród najlepszych „Batmanów” po polsku). I czemu tu się dziwić, skoro scenariusz napisał sam Alan Moore, człowiek, który takimi dziełami, jak „Strażnicy”, „Liga niezwykłych dżentelmenów” czy „Prosto z piekła” zrewolucjonizował komiks, a za rysunki odpowiedzialny był Brian Bolland – jeden z najlepszych ilustratorów, jakich posiadało swego czasu DC, człowiek tworzący hiperrealistyczne ilustracje, które zachwycają?



Z ich współpracy zrodziła się wielokrotnie wznawiana także po polsku opowieść, która ukazuje nam genezę Jokera i prowadzi nas przez iście szaloną jazdę bez trzymanki, która kończy się… Właśnie, jak to u Moore’a bywa, nie wiemy dokładnie, czym się kończy. Tropy (żart o wariatach i latarce, mocno korespondujący z gasnącym na końcu światłem) oczywiście są, jest też włączenie opowiecie do kanonu i kontynuowanie jej, przez co straciła swoją nieoczywistość - a nawet mrok, przekroczenie granicy i wielką zmianę, jaką zwiastuje finał. Ale przede wszystkim zostaje ten jeden, jedyny album, zamknięty, samodzielny, niezależny i bardzo dobry. Może zbyt oczywisty, jak na takiego geniusza, jakimi jest Moore, ale nadal znakomity.

 

Bo po pierwsze jest to komiks, który mogą przeczytać nieznający tematu, jako że poznajemy w nim retrospekcje jak Joker stał się Jokerem. Po drugie, nawet starzy wyjadacze znajdą tu wiele dla siebie. Po trzecie, mamy świetną psychologię. Wreszcie po czwarte, Moore serwuje nam tu kontrowersyjny i mocny komiks, zadziwiająco brutalny, jak na lata 80. XX wieku, a przy tym dojrzały i urzekający. Pamiętający przy tym o akcji, klimacie i świetnych relacjach między postaciami. Przeczytajcie więc koniecznie i przekonajcie się sami, bo warto! Tym bardziej, że znakomity jest też dodatek, który znamy z „Batman: Black&White”, czyli snucie przez fana planu zabicia Batmana, a także porcja szkiców. I jedynie szkoda, że nowy kolor w tym wydaniu nie jest tak przyjemny dla oka, jak stary. Chociaż z drugiej strony jest to wizja, jaką Bolland miał od początku, więc czytelnicy nie powinni mieć powodów do narzekań.

Komentarze