Są marvelowskie eventy niezapomniane i są takie, o
których bardzo się nie pamięta. Bo chyba każdy z nas zna i dobrze wspomina
„Rękawicę nieskończoności”, „Wojnę domową” czy „Ród M”. Z drugiej strony są
takie historie, jak „Sam Strach” czy „Wielka Wojna Hulka”, które
przeczytaliśmy, miały wiele zmienić, wszystko wywrócić, zapaść w pamięć, a
ledwie czasami tylko przypominamy sobie, że coś takiego kiedyś tam było. I do
tych drugich należy też „Shadowland – Kraina Cieni”, czyli swoiste domknięcie
tego, co w swoim runie z okazji 500 zeszytu serii rozgrzebane zostawił Ed
Brubaker. No i domyka, acz dość absurdalnie, pospiesznie i jakoś nie do końca w
tym stylu i charakterze, jakich od tej opowieści się oczekiwało.
Daredevil stanął na czele ninja z Dłoni i działa. A
jego działania mogą przynieść Nowemu Jorkowi wielkie zniszczenia. Zmienił się,
a wszystko to prowadzi go coraz bardziej ku zatraceniu. Jego koledzy herosi nie
zamierzają jednak siedzieć bezczynnie i podejmują się akcji ratowania go. Kingpin też chce ugrać coś na tym wszystkim. A wydarzenia powoli zmierzają do wielkiej draki w Krainie cieni, czyli twierdzy Daredevila zbudowanej na miejscu wysadzonej niegdyś przez Bullseye'a kamienicy...
Niemal każdy główny bohater Marvela doczekał się
jakiegoś większego eventu dedykowanego tylko jemu, a „Kraina Cieni” to taka
historia dla Daredevila właśnie. W sumie dotąd większej okazji nie było, by
wydarzenia z jego okolicy wkroczyły na wielką scenę, angażując wiele serii, a
tu po zakończeniu runu Brubakera pojawiła się szansa, więc ją wykorzystano. Nie
powstał event na skalę tych największych, choć też i nie powstała rzecz
ograniczona tylko do samego „DD” – wśród tie-inów do opowieści znalazły się
zatem nie tylko regularne zeszyty serii o Śmiałku, ale i dodatki ze
Spider-Manem, Ghost Riderem, Moonknightem czy Thunderbolts w tytule. Łącznie
ponad 30 numerów, z czego w tym tomie mamy pięć (więcej, ale nie wszystkie,
pojawiły się w jednym ze zbiorczych „Deredevili” od Egmontu, więc jakbyście
chcieli poznać szerszy kontekst i więcej wydarzeń, celujcie w tamto wydanie).
Wracając do historii to jest tu dużo, szybko i na
temat. Jest parę scen, które mają w sobie coś, ale opowieść momentami za bardzo
odrywa się od ziemi. „DD” to dla mnie jednak sensacyjne opowieści, thrillery –
prawnicze i nie tylko – gdzie dzieje się wszystko blisko człowieka. A tu już
nie ma na to miejsca ani czasu. Czasem daje coś nadzieję, bo scenarzysta
wchodzi w temat wiary Matta, zawsze (no od czasów Millera) ważnego aspektu opowieści o nim, ale jedynie
udaje mu się go liznąć. Mógłby pogłębić, rozwinąć, wniknąć, zamiast tego to, co
powinno być clou, staje się jedynie pretekstem do superbohaterskiej nawalanki.
Fajnie, że ta bijatyka idzie trochę w kierunku horroru, bo lubię takie klimaty,
ale można było zrobi to lepiej.
Choć i tak jest nieźle. Sprawny akcyjniak, gdzie
dzieje się spor, szybko i całkiem widowiskowo, bo graficznie jest nieźle.
Najlepsze sceny to te w stylu Quesady, a takich akurat trochę tu jest, ale i
ogólnie rzecz fajnie została utrzymana w mroczniejszej tonacji. Więc przeczytać
można. Nawet trzeba, jeśli jest się fanem „Daredevila”. Ale dla całej reszty
będzie to po prostu komiks środka, jakich wiele i tyle.




Komentarze
Prześlij komentarz