KOLEJNA
KATASTROFA PARKERA
Jak chyba każdy wie, run Wellsa, który w USA
zakończył się jakiś czas temu na sześćdziesięciu numerach (jest ich więcej
licząc „Korporację Beyond”, żeby być dokładnym), co łącznie dało dwanaście
zbiorczych tomów głównych, czytelnicy zmieszali z błotem. I to jeszcze zanim
pojawił się na rynku, po zaledwie paru stronach prezentacji. Wtórnie to wtedy
wypadło, przekombinowanie, ale… To, że ten run zasługuje na całe to narzekanie
okazało się dopiero z czasem, czego najlepszym (najgorszym) przekładem, stał
się event „Dark Web”. Ale to dopiero przed nami, pewnie w przyszłym roku, na
razie mamy ten pierwszy tom i do pewnego momentu jest tu lepiej, niż podczas
runu Spencera i pewne nadzieje mieć można. Może nie jest to jakiś super komiks,
może niektóre fabularne zagrywki drażnią, jednak jest tu też coś całkiem
niezłego, jak choćby zagadka. No i, wielkie szczęście, nie ma tego żenującego
humoru, co u Spencera. Ale niestety to nienajgorsze złego początki.
Zaczyna się od trzęsienia ziemi. Peter klęczy w
dymiącym kraterze w Pensylwanii. Wszystko wokół jest doszczętnie zniszczone, w
sumie miejsce to wielki krater w ziemi, jego kostium też nie wygląda najlepiej.
Spider zaczyna krzyczeć i…
Pół roku później widzimy, jak Peterowi życie się
wali. Ciotka May ma dość tego, co przed nią ukrywa i za bardzo nie chce mieć z
nim kontaktu, znajomi prawie się z nim nie widują, superbohaterowie, jak
Fantastyczna Czwórka go nienawidzą i nie chcą znać, a MJ, do której Peter wciąż
wydzwania, ma dość i nie chce mieć z nim żadnej styczności. Do tego Peter znów
ma problemy z pracą, a szukając zajęcia jest gotów przyjąć nawet pomoc Osborna.
Mało? Wiadomo. Gdy Randy chce prosić ukochaną o rękę, zamierza po staroświecku
udać się najpierw do jej ojca, który, tak się składa, jest jednym z największych
gangsterów – Tombestone’em. A Tombstone, choć nieco złagodniał, już niedługo
będzie musiał znów pokazać zęby i zacząć rzeź, kiedy dochodzi do zamachu na
jego życia. Tak zaczyna się wojna gangów, w którą wmiesza się też Spider-Man…
Spencer (bardzo się cieszę, że jego nieszczęsny
dyżur nad serią dobiegł końca) swoim runem robił wszystko, by odwrócić to, co
zrobili jego poprzednicy, z genialnym Straczynskim na czele. Wellsa zaś w tym
tomie sprawia po części wrażenie, jakby chciał odwrócić wszystko to, co Spencer
tak spartaczył. Co ważniejsze, naprawdę czuć, że to nowy początek. Album wrzuca
nas w sam środek wydarzeń, o których nie mamy pojęcia, stawia pytania, stara się
zaskoczyć, buduje tajemnicę, która ma być siłą nośną całości i dorzuca
sensacyjnej akcji, która dominuje, odsuwając odpowiedzi w czasie i dając nam
fabułę, która zarówno dla nowych i starych jest tak samo niejasna i pełna niewiadomych.
Okej, wiadomo trudno nazwać ją oryginalną. Dzieje
się tu sporo, ale to dopiero zawiązywanie wątków. Można się czepiać, że wszystko
w zasadzie złożone jest ze znanych nam schematów, pamiętajmy jednak, że z nich
przecież ta seria składa się już od niemal dwudziestu lat. Po Straczynskim
jedynie sporadycznie można było liczyć na przejawy inwencji, reszta była
powtórką z rozrywki i tak jest i tym razem. Nawet tajemnica tego, co się wydarzyło
i o co w tym wszystkim chodzi przypomina to, co już znamy choćby ze „Szczęścia
Parkera” – albumu, który dział się po kilku miesiącach od wydarzeń kończących poprzednią
serię i też przedstawiał nam Parkera w zupełnie nowym momencie jego życia, w którym
musieliśmy się odnaleźć. Mimo to, mimo wtórności, Wells daje nam o wiele lepsze
otwarcie niż Spencer (a nawet o wiele lepsze, niż Slott zaczynający czwarty
volume „ASM”): nie ma tu tej infantylności, kiczu, tandetnych pomysłów i koszmarnie
beznadziejnego poziomem humoru, który mógł śmieszyć tylko niezbyt rozgarniętych
dziesięciolatków. Tu humor jest, ale dobrze pasujący do postaci, nie brak też
powagi i momentów, które mają w sobie drobny, ale zawsze, ładunek emocjonalny,
a wspomniane na wstępie przekombinowanie czy naciąganie i tak jest o wiele
mniejsze, niż u Spencera.
Mało gadania, dużo akcji, na nudę nie ma tu
miejsca, więcej pytań niż odpowiedzi podkręca zainteresowanie, a fakt, że ten
tom kończy się na zeszycie 899 (nie mamy tego podanego w albumie, a szkoda, bo
to jednak ważna informacja) też robi swoje, bo już za rogiem czeka na nas jubileusz
i może, a nuż, będzie na co popatrzeć (jeśli jesteście ciekawi co z tego
wyszło, zapraszam,
już kiedyś o tym pisałem). I na plus należałoby tu zaliczyć też powrót do
wiecznego pecha i problemów Petera. Wiem, Spencer też to robił, ale niestety w
kiepski sposób, którego nie pociągnął dalej, nie wykorzystał i zmarnował
potencjał całego wątku. Tu zaś mamy podejście znane nam, klasyczne, typowe, ale
jednak fajne, a przez wątek z MJ, tym ciekawsze, bo jednak tym razem mieszające
w życiu obojga chyba bardziej, niż dotychczas.
Ale największym plusem całości jest powrót do serii
Johna Romity Jr. Wiem, że ten rysownik nie każdego kupuje, wiem, że potrafi
narysować coś tak brzydkiego, że nawet jego fanów to odrzuca (i tu mu się to
zdarza parę razy), ale cenię jego styl, mam do niego sentyment i muszę
powiedzieć, że tu wypada naprawdę dobrze. Na pewno lepiej, niż wielu ostatnich
rysowników „Pająka” (Ottley czy Sandoval). I lepiej rysuje tu, niż chociażby w
„Supermanie” Bendisa. Może kolor, starający się udawać prace White’a, ale bez
jego talentu, brudu i polotu mógłby być lepszy, ale i tak nie ma na co narzekać,
bo wypada lepiej, niż w czasie, kiedy Romita ilustrował scenariusze
Straczynskiego.
Czyli dobrze jest? No nie, ale jest nieźle. Całkiem
nienajgorsza robota, po którą można sięgnąć, jeśli jest się fanem serii. Więcej
tu plusów, niż minusów, trup ściele się gęsto, bywa brutalnie i z lepszym
wykonaniem. Wells podniósł tu poziom względem maniany, jaką odwalił w „Korporacji
Beyond”, a choć nie zbliżył się poziomem do swoich najlepszych „Pająków” („Grim
Hunt”, „Shed”), pozostaje żal, że nie utrzyma takiego poziomu do końca swojego
runu.
Komentarze
Prześlij komentarz