Amazing Spider-Man #1: Świat bez miłości – Zeb Wells, John Romita Jr

KOLEJNA KATASTROFA PARKERA

 

Jak chyba każdy wie, run Wellsa, który w USA zakończył się jakiś czas temu na sześćdziesięciu numerach (jest ich więcej licząc „Korporację Beyond”, żeby być dokładnym), co łącznie dało dwanaście zbiorczych tomów głównych, czytelnicy zmieszali z błotem. I to jeszcze zanim pojawił się na rynku, po zaledwie paru stronach prezentacji. Wtórnie to wtedy wypadło, przekombinowanie, ale… To, że ten run zasługuje na całe to narzekanie okazało się dopiero z czasem, czego najlepszym (najgorszym) przekładem, stał się event „Dark Web”. Ale to dopiero przed nami, pewnie w przyszłym roku, na razie mamy ten pierwszy tom i do pewnego momentu jest tu lepiej, niż podczas runu Spencera i pewne nadzieje mieć można. Może nie jest to jakiś super komiks, może niektóre fabularne zagrywki drażnią, jednak jest tu też coś całkiem niezłego, jak choćby zagadka. No i, wielkie szczęście, nie ma tego żenującego humoru, co u Spencera. Ale niestety to nienajgorsze złego początki.

 

Zaczyna się od trzęsienia ziemi. Peter klęczy w dymiącym kraterze w Pensylwanii. Wszystko wokół jest doszczętnie zniszczone, w sumie miejsce to wielki krater w ziemi, jego kostium też nie wygląda najlepiej. Spider zaczyna krzyczeć i…

Pół roku później widzimy, jak Peterowi życie się wali. Ciotka May ma dość tego, co przed nią ukrywa i za bardzo nie chce mieć z nim kontaktu, znajomi prawie się z nim nie widują, superbohaterowie, jak Fantastyczna Czwórka go nienawidzą i nie chcą znać, a MJ, do której Peter wciąż wydzwania, ma dość i nie chce mieć z nim żadnej styczności. Do tego Peter znów ma problemy z pracą, a szukając zajęcia jest gotów przyjąć nawet pomoc Osborna. Mało? Wiadomo. Gdy Randy chce prosić ukochaną o rękę, zamierza po staroświecku udać się najpierw do jej ojca, który, tak się składa, jest jednym z największych gangsterów – Tombestone’em. A Tombstone, choć nieco złagodniał, już niedługo będzie musiał znów pokazać zęby i zacząć rzeź, kiedy dochodzi do zamachu na jego życia. Tak zaczyna się wojna gangów, w którą wmiesza się też Spider-Man…

 

Spencer (bardzo się cieszę, że jego nieszczęsny dyżur nad serią dobiegł końca) swoim runem robił wszystko, by odwrócić to, co zrobili jego poprzednicy, z genialnym Straczynskim na czele. Wellsa zaś w tym tomie sprawia po części wrażenie, jakby chciał odwrócić wszystko to, co Spencer tak spartaczył. Co ważniejsze, naprawdę czuć, że to nowy początek. Album wrzuca nas w sam środek wydarzeń, o których nie mamy pojęcia, stawia pytania, stara się zaskoczyć, buduje tajemnicę, która ma być siłą nośną całości i dorzuca sensacyjnej akcji, która dominuje, odsuwając odpowiedzi w czasie i dając nam fabułę, która zarówno dla nowych i starych jest tak samo niejasna i pełna niewiadomych.

 


Okej, wiadomo trudno nazwać ją oryginalną. Dzieje się tu sporo, ale to dopiero zawiązywanie wątków. Można się czepiać, że wszystko w zasadzie złożone jest ze znanych nam schematów, pamiętajmy jednak, że z nich przecież ta seria składa się już od niemal dwudziestu lat. Po Straczynskim jedynie sporadycznie można było liczyć na przejawy inwencji, reszta była powtórką z rozrywki i tak jest i tym razem. Nawet tajemnica tego, co się wydarzyło i o co w tym wszystkim chodzi przypomina to, co już znamy choćby ze „Szczęścia Parkera” – albumu, który dział się po kilku miesiącach od wydarzeń kończących poprzednią serię i też przedstawiał nam Parkera w zupełnie nowym momencie jego życia, w którym musieliśmy się odnaleźć. Mimo to, mimo wtórności, Wells daje nam o wiele lepsze otwarcie niż Spencer (a nawet o wiele lepsze, niż Slott zaczynający czwarty volume „ASM”): nie ma tu tej infantylności, kiczu, tandetnych pomysłów i koszmarnie beznadziejnego poziomem humoru, który mógł śmieszyć tylko niezbyt rozgarniętych dziesięciolatków. Tu humor jest, ale dobrze pasujący do postaci, nie brak też powagi i momentów, które mają w sobie drobny, ale zawsze, ładunek emocjonalny, a wspomniane na wstępie przekombinowanie czy naciąganie i tak jest o wiele mniejsze, niż u Spencera.

 

Mało gadania, dużo akcji, na nudę nie ma tu miejsca, więcej pytań niż odpowiedzi podkręca zainteresowanie, a fakt, że ten tom kończy się na zeszycie 899 (nie mamy tego podanego w albumie, a szkoda, bo to jednak ważna informacja) też robi swoje, bo już za rogiem czeka na nas jubileusz i może, a nuż, będzie na co popatrzeć (jeśli jesteście ciekawi co z tego wyszło, zapraszam, już kiedyś o tym pisałem). I na plus należałoby tu zaliczyć też powrót do wiecznego pecha i problemów Petera. Wiem, Spencer też to robił, ale niestety w kiepski sposób, którego nie pociągnął dalej, nie wykorzystał i zmarnował potencjał całego wątku. Tu zaś mamy podejście znane nam, klasyczne, typowe, ale jednak fajne, a przez wątek z MJ, tym ciekawsze, bo jednak tym razem mieszające w życiu obojga chyba bardziej, niż dotychczas.

 


Ale największym plusem całości jest powrót do serii Johna Romity Jr. Wiem, że ten rysownik nie każdego kupuje, wiem, że potrafi narysować coś tak brzydkiego, że nawet jego fanów to odrzuca (i tu mu się to zdarza parę razy), ale cenię jego styl, mam do niego sentyment i muszę powiedzieć, że tu wypada naprawdę dobrze. Na pewno lepiej, niż wielu ostatnich rysowników „Pająka” (Ottley czy Sandoval). I lepiej rysuje tu, niż chociażby w „Supermanie” Bendisa. Może kolor, starający się udawać prace White’a, ale bez jego talentu, brudu i polotu mógłby być lepszy, ale i tak nie ma na co narzekać, bo wypada lepiej, niż w czasie, kiedy Romita ilustrował scenariusze Straczynskiego.

 

Czyli dobrze jest? No nie, ale jest nieźle. Całkiem nienajgorsza robota, po którą można sięgnąć, jeśli jest się fanem serii. Więcej tu plusów, niż minusów, trup ściele się gęsto, bywa brutalnie i z lepszym wykonaniem. Wells podniósł tu poziom względem maniany, jaką odwalił w „Korporacji Beyond”, a choć nie zbliżył się poziomem do swoich najlepszych „Pająków” („Grim Hunt”, „Shed”), pozostaje żal, że nie utrzyma takiego poziomu do końca swojego runu.

Komentarze