Armada #9: Pułapka – Jean David Morvan, Philippe Buchet


 TERRORYŚCI ARMADY

 

Kolejny tom „Armady” to powrót do bardziej sensacyjnej formy. Tym razem mamy tu coś na kształt kosmicznej gangsterki z Navis przenikającą do szeregów tych złych. Tak naprawdę jednak to kolejny rozdział odkrywania tego, co Armada ma do ukrycia, a jednocześnie rzecz mająca podprowadzić nas pod dziesiąty tom, który rzuci nam parę interesujących rzeczy. No i zabawa jest świetna, a to, co początkowo wypada powtórkowo, zyskuje na jakości i dostarcza masę frajdy.

 

Więc tak: Navis dostaje zadanie zinfiltrowania pewnej grupy kosmicznych terrorystów. Udaje jej się to, bo jakżeby inaczej, ale potem nagle jej szefowie każą jej się wycofać. Dlaczego? O co chodzi? Czyżby zbliżyła się do czegoś, co zleceniodawcom jest niewygodne? Navis, wciąż nieufna wobec Armady, nie zamierza wrócić i kontynuuje misję. A wkrótce wpada na trop czegoś, co może wstrząsnąć całą Armadą. Ale czy wszystko jest dokładnie takie, jakim się wydaje?

 

Terroryści w Armadzie byli głównym tematem piątego tomu serii. Ten wgryza się w niego jednak od innej strony. Raz, że tamci to byli ludzie, którzy mieli jakieś zrozumiałe cele, a tu mamy klasycznych złoli, którzy chcą uprawiać tą swoją bandyterkę. Dwa, że samo sedno antagonistów się różni, bo tu mamy bardziej przestępczość zorganizowaną na kształt ni to gangu, ni grupy terrorystycznej, której nie zależy na przekazaniu czegoś, ani nie mają większych ambicji. Jednocześnie fabuła wykazuje pewne zbieżności, bo ukazuje nam tu problemy dręczące Armadę i jej sekrety zamiatane pod dywan wielkiej polityki, ale tu podobieństwa się kończą, a sam tom na dodatek kończy się cliffhangerem, takim z prawdziwego zdarzenia, jakiego w serii dotąd w zasadzie nie było, bo to cykl gdzie każda cześć to zamknięta historia w zasadzie. Ale to już za nami, jakiś czas temu dotarliśmy do punktu, gdzie już trzeba jednak znać wcześniejsze tomy, a teraz idzie to dalej. Bez straty dla jakości.

 


„Pułapka” to część, która pędzi szybko, na złamanie karku, minimalizuje ilość dialogów i pozwala rysownikowi opowiadać wszystko graficznie, a ten korzysta i nie żałuje nam wielkoformatowych grafik czy nawet ciśnie rozkładówkę, czego dotąd też nie było. A że Buchet ciska te plansze po mistrzowsku, jest na co popatrzeć, zarówno kiedy serwuje spokojniejsze, emocjonalne momenty, jak i epicką, pełną detali rozpierduchę. Fabularnie mamy zaś zwroty akcji, fajne pomysły i nieco więcej ciekawostek o funkcjonowaniu Armady, a przy okazji i parę zaskoczeń. Czyta się to świetnie, ogląda doskonale, a po ostatniej planszy ma się ochotę na więcej. Ale i bez cliffhangera zawsze miałem ochotę na więcej, nawet jak czytałem daną część któryś już raz.

 

W skrócie: kto lubi europejskie komiksy i dobre SF, niech śmiało pozna „Armadę”. Ja serię czytam od samego początku wydawania jej w naszym kraju (jeszcze zanim wyszła albumowo, kiedy to „Świat komiksu” puścił krótki fragment o losach Navis) i od ćwierć wieku w zasadzie pozostaję jej wiernym, a masa rzeczy zdążyła mi się w tym czasie znudzić. Więc liczę, że w końcu doczekamy się nad Wisłą nowych tomów. A na razie lecę dalej.

Komentarze