Kolejny tom „Armady” to powrót do bardziej
sensacyjnej formy. Tym razem mamy tu coś na kształt kosmicznej gangsterki z
Navis przenikającą do szeregów tych złych. Tak naprawdę jednak to kolejny
rozdział odkrywania tego, co Armada ma do ukrycia, a jednocześnie rzecz mająca
podprowadzić nas pod dziesiąty tom, który rzuci nam parę interesujących rzeczy.
No i zabawa jest świetna, a to, co początkowo wypada powtórkowo, zyskuje na
jakości i dostarcza masę frajdy.
Więc tak: Navis dostaje zadanie zinfiltrowania
pewnej grupy kosmicznych terrorystów. Udaje jej się to, bo jakżeby inaczej, ale
potem nagle jej szefowie każą jej się wycofać. Dlaczego? O co chodzi? Czyżby
zbliżyła się do czegoś, co zleceniodawcom jest niewygodne? Navis, wciąż nieufna
wobec Armady, nie zamierza wrócić i kontynuuje misję. A wkrótce wpada na trop
czegoś, co może wstrząsnąć całą Armadą. Ale czy wszystko jest dokładnie takie,
jakim się wydaje?
Terroryści w Armadzie byli głównym tematem piątego
tomu serii. Ten wgryza się w niego jednak od innej strony. Raz, że tamci to
byli ludzie, którzy mieli jakieś zrozumiałe cele, a tu mamy klasycznych złoli,
którzy chcą uprawiać tą swoją bandyterkę. Dwa, że samo sedno antagonistów się
różni, bo tu mamy bardziej przestępczość zorganizowaną na kształt ni to gangu,
ni grupy terrorystycznej, której nie zależy na przekazaniu czegoś, ani nie mają
większych ambicji. Jednocześnie fabuła wykazuje pewne zbieżności, bo ukazuje
nam tu problemy dręczące Armadę i jej sekrety zamiatane pod dywan wielkiej
polityki, ale tu podobieństwa się kończą, a sam tom na dodatek kończy się
cliffhangerem, takim z prawdziwego zdarzenia, jakiego w serii dotąd w zasadzie
nie było, bo to cykl gdzie każda cześć to zamknięta historia w zasadzie. Ale to
już za nami, jakiś czas temu dotarliśmy do punktu, gdzie już trzeba jednak znać
wcześniejsze tomy, a teraz idzie to dalej. Bez straty dla jakości.
„Pułapka” to część, która pędzi szybko, na złamanie
karku, minimalizuje ilość dialogów i pozwala rysownikowi opowiadać wszystko
graficznie, a ten korzysta i nie żałuje nam wielkoformatowych grafik czy nawet
ciśnie rozkładówkę, czego dotąd też nie było. A że Buchet ciska te plansze po
mistrzowsku, jest na co popatrzeć, zarówno kiedy serwuje spokojniejsze,
emocjonalne momenty, jak i epicką, pełną detali rozpierduchę. Fabularnie mamy
zaś zwroty akcji, fajne pomysły i nieco więcej ciekawostek o funkcjonowaniu
Armady, a przy okazji i parę zaskoczeń. Czyta się to świetnie, ogląda
doskonale, a po ostatniej planszy ma się ochotę na więcej. Ale i bez
cliffhangera zawsze miałem ochotę na więcej, nawet jak czytałem daną część
któryś już raz.
W skrócie: kto lubi europejskie komiksy i dobre SF,
niech śmiało pozna „Armadę”. Ja serię czytam od samego początku wydawania jej w
naszym kraju (jeszcze zanim wyszła albumowo, kiedy to „Świat komiksu” puścił
krótki fragment o losach Navis) i od ćwierć wieku w zasadzie pozostaję jej wiernym,
a masa rzeczy zdążyła mi się w tym czasie znudzić. Więc liczę, że w końcu
doczekamy się nad Wisłą nowych tomów. A na razie lecę dalej.


Komentarze
Prześlij komentarz