Koniec świata, jaki znamy: Bastion Stephena Kinga. Nowe historie - Wayne Brady, Maurice Broaddus, Poppy Z. Brite, Somer Canon, C. Robert Cargill, Nat Cassidy, V. Castro, Richard Chizmar, S. A. Cosby, Tananarive Due, Steven Barnes, Meg Gardiner, Gabino Iglesias, Jonathan Janz, Alma Katsu, Caroline Kepnes, Michael Koryta, Sarah Langan, Joe R. Lansdale, Tim Lebbon, Josh Malerman, Ronald Malfi, Usman T. Malik, Premee Mohamed, Cynthia Pelayo, Hailey Piper, David J. Schow, Alex Segura, Bryan Smith, Paul Tremblay, Catherynne M. Valente, Bev Vincent, Catriona Ward, Chuck Wendig, Wrath James White, Rio Youers, Stephen King
PRYWATNE
KOŃCE ŚWIATA
Pewnie mnie za ro zlinczujecie, ale co tam: prawda
jest taka, że „Bastion” nigdy nie był powieścią, którą szczególnie bym lubił.
Nie powiem, książka to całkiem udana, jak na postapo nawet bardzo dobra, ale
wcale w gatunku nie najlepsza. No i nawet w roku swojej premiery, pod koniec
lat 70. XX wieku, nie była niczym odkrywczym ani oryginalnym. Są w niej rzeczy,
które cenię – ten rozmach chociażby – są rzeczy, które mi zgrzytają – King nie
miał pomysłu na rozwiązanie wątków, a i w zakończeniu też zabrakło mu pewnej
kropki nad „i”, co sam przyznaje i to się w powieści czuje; takie pójście na
łatwiznę i ucięcie tematu z użyciem swoistego deus ex machiny, ale nie nazwę
jej ani wielką, ani słabą. Podobnie, jak i jej ekranizacji. Ot niezła, epicka
rozrywka i tyle. Ale są czytelnicy, którzy darzą ją wielkim kultem, bywali
nawet tacy, dla których jej pierwsza, mocno okrojona wersja, stała się tak
cudowną lekturą, że dla nich po jej wydaniu King równie dobrze mógłby umrzeć
(to jego własne słowa, nie moje). Nic więc dziwnego, że w końcu musiało powstać
coś, co do „Bastionu” mocno nawiązuje. Takich pozycji było wiele, że wspomnę
„Głód” Mastertona, ale teraz w nasze ręce trafia coś zupełnie innego: zbiór
opowiadań najróżniejszych twórców, którzy swoje historie snują w świecie
„Bastionu”, za zgodą samego autora, oczywiście. Jak im to wychodzi? Najczęściej przeciętnie, ale mimo to całość ciekawie rozwija uniwersum, chociaż
jednocześnie same teksty to po prostu jeszcze jedne opowieści o świecie po
końcu świata, które można by ulokować w świecie dowolnej postapokaliptycznej
historii.
Doszło do katastrofy. Niezwykle śmiertelny wirus
grypy nazwany Kapitan Trips uwolnił się z laboratorium i sieje spustoszenie,
zabijając niemal całą ludzkość. Niemal. W różnych miejscach globu, różni ludzie
przeżywają swoje osobiste końce świata, gdy choroba pustoszy ich otocznie,
zmieniając świat, jaki znali. Jak sobie poradzą? Co na nich czeka? I jak
odnajdą się w zastanej rzeczywistości? Są tu dzieci, które muszą dorosnąć, są
ludzie, którzy chcą dobrze i źle i ci, którzy po prostu chcą dalej robić swoje.
Ale czy to kosmiczna pustka i pokład promu kosmicznego, czy odcięta od świata
wysepka, czy wielkie miasto, wszędzie dzieje się ten sam koszmar…
Ta książka zaczyna się od wspominkowego tekstu
redaktora, który opowiada o tym, jak pierwszy raz poznał „Bastion”, zakochał
się w nim i… i ostatecznie tę miłość przekuł z resztą ekipy w ten oto zbiór,
więc i ja trochę powspominam. Moja przygoda z Kingiem zaczęła się od filmów,
ale potem, w nastoletniości, zacząłem czytać jego powieści i może nie
przepadłem, ale miał fajne książki i opowiadania, miał też kilka perełek, a
przy okazji jego dzieła ciągle wychodziły w tanich, kieszonkowych wydaniach,
które liczyły mnóstwo stron i za kilkanaście złotych oferowały dużo czytania,
co przy moim bardzo ograniczonym budżecie dzieciaka zaraz przed szkołą średnią
było sporym plusem. „Bastion”, pierwsze polskie wydanie z koszmarną okładką,
trafił do mnie w dość ciężki czas – lektura książki o chorobie zabijającej
ludzi, kiedy akurat ktoś ci bliski powoli umiera, wyniszczany przez chorobę
właśnie, to nie był najlepszy pomysł. Ale dlatego też mocno utkwiła mi w głowie
i związała się z emocjami. Nie wiem, czy gdybym miał ją oceniać na chłodno, ta
ocena nie byłaby niższa, niż to pisałem na wstępie, ale to już temat na inne
rozważania. Dzięki temu wszystkiemu jednak, mimo mojego sarkania, do tej
antologii podszedłem z emocjami i sentymentem i…
I powiem, że i zawiodłem się, i nie (a to drugie,
bo nie spodziewałem się za wiele). Raz, że, jak pisałem to mogły być dowolne
opowieści postapo, czy to związane z jakimś uniwersum, czy nie, bo „Bastion”
nie jest na tyle charakterystyczny, by z tych historii wyszło coś, co mogłoby
przynależeć jedynie do niego. Dwa, że są tu inne minusy, jak ten, że często
opowiadania bardziej niż historie o konkretnej fabule przypominają jakieś
fragmenty czy sekwencje wycięte z czegoś większego i równie często kończą ucięte,
urwane. Zresztą to, że fabularnie większość opowiadań do niczego nie zmierza i
nic nie wnosi jest zmorą tego zbioru. Podobnie in minus jest to, że opowiadania
w ogóle jakby nie działy się w czasach, w których się dzieją: najlepiej realia
wykorzystał chyba Cargill, pisząc niemal metatekstualne opowiadanie rozbierające
na czynniki pierwsze gatunek slashera, jednocześnie nim będąc, ale i Landsdale
serwując tekst o pracowniku wypożyczalni kaset VHS też daje radę, ale są na tym
polu wyjątkami. Reszta jakby działa się współcześnie albo w osobliwych realiach.
Ale doceniam za to, że twórcy nie starając się naśladować pisarstwa Kinga i wszystko
robiąc w swoim stylu, jednocześnie wpasowują się mniej lub bardziej w to, jak konstruował on swoje
historie: czyli bardziej, niż na samej zagładzie i wirusie, skupiając się
najczęściej na ludziach (ale nie bójcie się, temat apokalipsy i choroby nie
schodzi wcale ma zbyt daleki plan). To pozwala nam nieco się do nich zbliżyć,
poznać ich i coś w związku z tym poczuć, niemniej nie zdarza się to często.
Z tym wszystkim wiąże się też pewna różnorodność:
mamy tu historie dziejące się w odmiennych częściach świata, o kosmos też tu
zahaczmy, a ich bohaterowie to ludzie wszelkiej maści: osoby w różnym wieku, o
różnych płciach, różnych podejściach i wrażliwości. Jak autorzy, którzy czasem
idą w bardziej ponury ton, innym znów razem w lekkość (jest nawet nuta humoru),
albo to piszą stylem dość sztampowym i topornym, to znów płynnym czy z nutami
literackich ambicji. Ale tylko nutkami.
Najlepsi? Mamy tu wspomnianego Cargilla: historię o
dwóch kumplach, którzy po zagładzie dnie spędzają na wypełnianiu obowiązków,
chowaniu trupów i… oglądaniu filmów – i on jest najlepszy w całym zbirze. Fajny
jest Lansdale (tekst o pracowniku wypożyczalni kaset, który musi odnaleźć się w
świecie po zagładzie), a i Kepnes też daje radę (historia gliniarza, który
wpada w obsesję na punkcie maltretowanej kobiety). Katsu, która serwuje nam
niby prostą historię nastolatki, która została strzec farmy, opowiada ją w
sympatyczny sposób, jakby to była jedna z jej historycznych opowieści, potrafiąc nas tym ująć. Tremblay, kolejny całkiem fajny autor, daje nam wyluzowane opowiadanie
o chłopaku, który jest wybrańcem i od tego, do kogo się przyłączy, zależeć będą losy wojny między dobrem, a złem, ale on ma to wszystko gdzieś. A historia
Mohamad o znalezieniu dziecka w świecie, w którym dzieci już się nie rodzą, może
ma sztampowy pomysł, ale uderza w klimaty rodem z „Coś” i ma swój urok, nawet jeśli
do „Bastionu” nieszczególnie pasuje. I urok ma też opowiadanie Valente o pewnej nietypowej dziewczynie.
Gdzieś pomiędzy tymi dobrymi, a złymi, o których za
chwilę, mamy teksty mające pewien potencjał, ale… Choćby Koryta serwuje nam
historię detektywa chcącego rozwiązać zagadkę morderstw, chociaż nie ma już
policji ani sprawiedliwości – niestety, ten całkiem fajny tekst kończy się bardzo
słabo. Takich historii jest nieco więcej, ta z nich okazała się najlepsza, więc
wspominam tylko ją – resztę w zasadzie zapomniałem. No może poza „Ogrodem oliwnym
Abagail”, który ma fajny pomysł na pokazanie tytułowej bohaterki na początku XX
wieku, ale nie wie za bardzo co z nim zrobić – i poza faktem, że jest tu trochę
historii dziejących się już po akcji powieści Kinga, jakby ktoś chciał
wiedzieć, co działo się dalej.
A najgorsze? Dla mnie strzałem w kolano, jeszcze zanim
zasiadłem do lektury, był wybór Barnesa, gościa, który był w ekipie pokazującej
jak zniszczyć legendę, jaką był serial „Strefa mroku”, w który tu, choć nie
sam, napisał historię sztampową i toporną (identycznie rzecz ma się zresztą z tekstem jego koleżanki z serialu, Due), ale poza nim bardzo słabe teksty
zrobili Iglesias, Piper czy Segura, bo praktyczny brak treści i sztampowa
zawartość w połączeniu z topornym pisarstwem nużą mocno. Ale nie oni są
najgorsi, bo największe dno stworzył tu niejaki Brite i…
No właśnie. Oddzielną kategorią są opowiadania,
które nijak nie pasują do „Bastionu” – jak to Brite’a: erotyk z chorym na AIDS gejem i bardziej zwierzęcą niż ludzką syreną, z którą oddaje się erotycznym harcom (tak, tak, nic tu nie pokręciłem). Niby „Bastion” to też fantastyka, ale nie ten typ. To jakby nagle do
fantasy o smokach i magach wrzucić bez żadnego umotywowania motocyklistę z
laserowymi pistoletami. Zgrzyta. To można by obronić, gdyby autor miał jakieś
ambicje (daliby to napisać Palahniukowi choćby, a gość zrobiłby z tego wspaniałą
satyrę), ale niestety: fabuła żadna, treść idiotyczna, obrażająca inteligencję
odbiorców, nawet jeśli ci dysponują jedynie jej szczątkową wersją, a pisarstwo
jest po prostu słabe i bardzo niskich lotów. Aż dziw, że takie cos trafiło do
zbioru – jakby redaktorzy dogadali się z autorami, że wrzucą, co tylko od nich
dostaną, byle wyszło dużo stron. Podobnie,
acz inaczej, jest z tekstem „Poskromić diabła”, niby z założenia fajna sprawa,
madmaxowe klimaty, ale z wątkiem kierowcy, który nijak nie pasuje do „Bastionu”.
Taki jest też tekst Malika, mocno i ciekawie wnikający w arabskie klimaty i
realia, ale z kiczowatym pism wątkiem, który nie klei się z innymi tekstami ani tym bardziej
nie pasuje do tego świata. A tekst Castro o dwójce ludzi w Londynie ma tak
kiepskie zakończenie i tak mało sensu, że nawet mimo nienajgorszego pisarstwa, wypada
bardzo źle.
Cała reszta to opowiadania w zasadzie dość nijakie.
Większość zrobiona jest według jednego, sztampowego schematu. Czasem są w nich
lepsze pomysły, ale wykonanie kuleje (opowieść z perspektywy psa miała zadatki
na coś ciekawego, ale zawiodło poprowadzenie i wykonanie, na szczęście inny tekst, pokazujący w tle perspektywy słoni pokazał, że temat da się fajnie ugryźć), czasem pomysł jest
byle jaki, ale czyta się dobrze, niemniej ogólnie to taka typowa robota
nastawiona na rozrywkę dla tych, którzy najlepiej bawią się przy rzeczach,
które już znają. Kluczem jest to słowo „zabawa”, bo chociaż są tu teksty
niemalże uderzające w egzystencjalną nutę (ale jednak trafiające sporo obok), czy
próbujące pofilozofować tudzież pochylić się nad człowiekiem jako takim, zbyt
wiele głębi w ostatecznym rozrachunku na stronach nie ma, choć nie mówię, że
„Koniec świata” jest z niej całkowicie wyprany. Z tym jest jednak, jak z
rozrywkowym wymiarem – udało się go zapewnić tylko nielicznym autorom, a
szkoda.
Oczywiście jest tu też sporo niespójności – ot
kwestia psów chociażby: w jednym opowiadaniu jest podane, że wymarły od wirusa, w innym
bohater wędruje sobie z psem przez miasto, w kolejnym pies ratuje bohaterów,
choć akcja dzieje się dużo później itp., itd., jest tu też wspomniane opowiadanie z
perspektywy psa. Podobnie kupy nie trzyma się wątek, czy po Tripsie rodzą się dzieci, czy nie, też zależy od autora i tekstu. Ale mamy też sporo różnych, ciekawych, odmiennych perspektyw. No i tych
autorów, ja wiem, wspominałem o nich, ale może warto parę słów więcej, bo jest
tu kilka nazwisk mniej lub bardziej z Kingiem związanych. Brite napisał książkę
o religijnych elementach prozy Kinga, Cargill napisał scenariusz „Czarnego
telefonu”, ekranizacji historii napisanej przez syna Kinga, Chizmar zaś pisał z
Kingiem książki o Gwen, a Vincent robił zarówno antologie z Kingiem, jak i o
nim i jego twórczości pisał. A to te najważniejsze powiązania. Ogólnie zaś to
ekipa ludzi związanych mocno z grozą – filmową, książkową czy komiksową – w
większości przypadków nagradzana różnymi, w tym branżowymi wyróżnieniami albo do nich
nominowana. A że wielu z nich po polsku nie jest znana, dla fanów gatunku to
dobra okazja by zapoznać się z ich twórczością, co zaliczam in plus. Szkoda, że jednak nie dali nam pokazać się od lepszej strony.
Całość, jak już wiadomo, mocno nijaka jest i dla niewymagającego
czytelnika. Robi wrażenie pięknym wydaniem o barwionych brzegach (naprawdę
wpada to w oko i cudownie wygląda na półce), ale poza tym to książka warta
uwagi tylko, jeśli jesteście absolutnymi fanatykami Kinga i „Bastionu”. Albo
postapo tak w ogóle. Do tego rzecz jest czasem specyficznie tłumaczona (jest tu
pewna maniera Spólnego widoczna choćby w szyku niektórych zdań, ale to raczej kwestia
preferencji, ale nie tylko on i mamy tu wpadki, jak nieprzetłumaczenie na polski tytułów rzeczy u nas dostępnych, choćby antologii o lataniu), o której też warto wspomnieć. A i nie mogę przemilczeć, że samego
Kinga też tu brakuje, bo poza wstępem, nie napisał do książki nic – a mógł
choćby w końcu zaserwować nam scenę, którą musiał pominąć w „Bastionie”, tą z
Fran i studnią albo jego opowiadanie o tym samym wirusie z jednego ze zbiorów,
jako taki deserek – ale przecież to nie on miał składać hołd sam sobie, a inni
jemu, więc można na to oko przymknąć. To, co jednak autorom się udało to, w
większości, uniknięcie covidowej sztampy, jakiej mocno się bałem, a której ostatnie,
koszmarnie naiwne, łopatologiczne, sztampowe i intelektualnie bardzo płytkie
powieści samego Kinga nam nie żałowały (i nie tylko jej, bo wszystkie te określenia
odnoszą się do całej polityczno-poglądowej strony powieści Stephena wydanych w
ostatniej mniej więcej dekadzie, ale to temat na inne rozważania). A chociaż na
całość mocno sarkam, bo nie da się inaczej, przeczytałem, nawet dość szybko i
powiem szczerze, że chętnie bym zobaczył coś podobnego, ale osadzonego w
innych, dających więcej możliwości światach Kinga. „Mroczna Wieża” tych możliwości
oferuje nieskończenie wiele (tu zresztą mamy pewne drobne odniesienia), „To” to temat samograj na koszmarne wizje nękające
dzieciaki, a to tylko dwa przykłady, które można by fajnie wykorzystać. Oby ktoś
kiedyś to zrobił. I w lepszy sposób, niż „Koniec świata”.

Komentarze
Prześlij komentarz