E
PLURIBUS UNUM
„Jedyna” (choć wolę oryginalne „Pluribus”), to taki
serial, do oglądania którego wolałem zasiąść nic nie wiedząc. Nie czytałem
opisów, nie obejrzałem żadnego zwiastuna. Nic. Nazwisko Vince’a Giligana,
gościa, który stworzył „Breaking Bad” i „Better Call Saul”, a także masę
odcinków „Z archiwum X”, które uwielbiam całym sobą, wystarczy za wszelkie
rekomendacje. Zresztą sam zwiastun, jak się okazuje, jakoś nie nastraja zbyt
optymistycznie do serialu, a jednak ten świetny jest. Tak zwyczajnie. Nie jest
to może rzecz na miarę „BB” i „BCS”, ale zabawa, jaką oferuje, jest dobra i nie
głupia, łącząca w sobie to, co dobre z klasyki sci-fi, pożenione z typowym,
często wyluzowanym, zabawnym, ale i sarkastycznym podejściem do tematu i
wypełnione kwestiami, nad którymi warto się pochylić.
Jeśli chodzi o fabułę to… nie czytajcie, olejcie,
nie wnikajcie. W ogóle olejcie tę recenzję i po prostu obejrzycie serial, a
jeśli zechcecie wrócić i poczytać, skonfrontować swoje wrażenia, spokojnie,
poczekam. Jeśli jednak się uparliście, bo może coś wiecie, coś widzieliście…
W skrócie: coś w rodzaju kosmicznego wirusa, który
zmienia całą ludzkość w jedną wielką świadomość w miliardach ciał. dawne
ludzkie umysły nadal tu są, ale każdy jest i sobą, i wszystkimi innymi i przede
wszystkim kosmitami, którzy mają odmienne podejście do świata: bardzo
praktyczne: chcą chronić środowisko, nie zabijać – także roślin – itp., itd.
Utopia? Jest drobny problem: kilka osób nie poddało się wirusowi i nadal jest
sobą i na dodatek mają pewien wpływ na obcych. A wśród nich jest Carol Sturka,
kobieta, której ta sytuacja nie pasuje. Autodestrukcyjna furiatka i maruda,
przekonana, że jej punkt widzenia jest najważniejszy, nawet jeśli niejeden
ocalały się z nią nie zgadza. Obcy co prawda spełniają zachcianki tych, którzy
zostali, na dodatek dbają o środowisko, nie mogą skłamać i zrobić nic przeciw
nim, ale ona nie zamierzam im ulec i chce się dowiedzieć wszystkiego o nich i…
No właśnie, co?
Sci-fi pożenione z komedią, ale komedią z czarnym
humorem, oparte na pomyśle rodem z „Gatunku” – tam i tu ziemianie przejmują z
kosmosu sygnał, który przekazuje im wzór genetyczny, który po odtworzeniu daje
nam swoistego konia trojańskiego, tyle, że w „Gatunku” w ten sposób powstała w
zasadzie pojedyncza hybryda człowieka i obcego, a tu mamy coś na kształt
wirusa, który zmienia wszystkich w ten zbiorowy twór, niczym rój, ale to też
taka hybryda ziemskiego i kosmicznego. Reszta to opowieść o utopii, która ma w
sobie coś ze złotej klatki, gdzie stawką jest to, że kosmici w końcu odkryją,
jak zmienić Carol na swój obraz, ale tu nie tyle chodzi o fabułę, co kreację
postaci – Carol jest świetna w swojej choleryczności – i podsuwanie nam wątków
pod rozwagę, zadumę, przemyślenie. Ale to już sobie zobaczycie sami, ważne, że
serial to nie tylko rozrywka, ale coś, nad czym pochylić się można.
Ale i rozrywkowo jest fajnie. Są tu momenty, kto
rozwalają – zwłaszcza finał – są momenty z pewną dozą emocji, a te emocje to najczęściej
solidne wkurzenie na Carol, bo postać to irytująca, drażniąca, ale jednocześnie
bardzo ludzka, jakby przekrój przez nasze najgorsze cechy, w opozycji do
których stoją kosmici (a w jej kreację sporo wniosła odtwórczyni tej roli,
która opracowała ją razem ze scenarzystą). Jest ciekawie, jest sporo odniesień
do klasyki („Zielona pożywka”, „Inwazja porywaczy ciał” czy „Strefę mroku” – od
kosmitów niosących perspektywę swoistej utopii, po bohatera nazwiskiem Sturka –
zresztą do tego ostatniego Giligan, który „Strefę” uważa za swój ulubiony serial,
otwarcie się przyznaje) i… jest niedosyt. Bo to tylko 9 odcinków i teraz trzeba
czekać na drugi sezon (a ma być trzy), a chciałoby się już. Ale to dobrze, bo „Jedyna”
pokazała nie tylko, że Vince nadal potrafi, ale i że jest na co czekać.

Komentarze
Prześlij komentarz