środa, 30 maja 2018

Amelia i Kuba. Wenecki spisek - Rafał Kosik

KUBA I AMELIA POWRACAJĄ


Rafał Kosik długo kazał nam czekać na swoją nową książkę. Zapowiedzi na zeszły rok napawały nadzieją m.in. na nowy tom "Felixa, Neta i Niki", skończyło się jednak tylko na całkiem udanym powrocie autora do twórczości dla dorosłych pod postacią powieści "Różaniec". Teraz na księgarskie półki trafia najnowsza odsłona "Amelii i Kuby" i choć cieszę się z tego, a sama książka jak zwykle jest udana, mam nadzieję, że będzie to zaledwie przedsmak nowego "FNiN".


Wszystko zaczyna się od tajnej misji zleconej pewnej kobiecie przez pewnego prezesa. Misji, niedotyczącej bezpośrednio naszych bohaterów, ale… Właśnie, jak się można domyślić, Amelia, Kuba i ich rodzeństwo już wkrótce wmieszają się w kolejne tarapaty. Wszystko przez to, że sześcioletnia Mi postanawia połknąć tabletkę na alergię. Niby nic takiego, ale leku nie ma jeszcze w obiegu i chyba nie przypadkiem. Dziewczynce wyrastają włosy tam, gdzie nie powinny, a dzieci, nie chcąc powiedzieć o „wypadku” rodzicom, postanawiają udać się do producenta w poszukiwaniu pomocy. Problem w tym, że laboratoria znajdują się… we Włoszech. Na grupkę dzieci i ich psa czeka szalona podróż, a w jej trakcie wiele przygód i, oczywiście, niebezpieczeństw, bo w ślad za nimi podąża tajemnicza agentka…


"Amelia i Kuba" to nic innego, jak taka dziecięca wersja opus magnum Kosika, czyli cyklu dla nastoletnich odbiorców - "Felix, Net i Nika". Podobni bohaterowie, podobne przygody, nawet świat i realia są tak bliskie, że "AiK" można uznać za spin-off "FNiN". Zresztą w obu tytułach nie brak bardziej wyrazistych wspólnych elementów. Oczywiście są to tylko drobiazgi pojawiające się w tle, ale fani twórczości Kosika wyłapią je tak, jak w "Felixie" mogli wyłapywać rzeczy zaczerpnięte przez autora z jego dorosłych powieści i opowiadań.


Wracając jednak do "Amelii i Kuby", to jest to seria lekka, prosta, ale urocza i przyjemna. Pełna przygód, humoru i bliskich każdemu czytelnikowi elementów, wciąga w swój świat, w którym nie brak zagadek i problemów. Każdy tom, choć stanowi część większej całości, jest lekturą autonomiczną i absolutnie nie wymaga znajomości całej reszty. Dzieci, które chciałyby zacząć swoją przygodę z najmłodszymi bohaterami twórczości Kosika od tej książki śmiało mogą to zrobić bez obaw, że coś stracą. Tylko wątpię czy będą chcieli poprzestać na jednej części, bo "AiM" naprawdę wciąga.


Szkucie dobrej, lekkiej i wartościowej lektury dla najmłodszych na wakacyjne dni? Czegoś uroczo zilustrowanego, ładnie wydanego, ale przede wszystkim interesującego, co wciągnie dzieci na kilka długich godzin? Sięgnijcie po ten i inne tomy serii. I może przeczytajcie też sami, nie wątpię, że niejednemu dorosłemu się to spodoba, szczególnie że Kosik nie raz odwołuje się do lektur, które sami znają z dzieciństwa.


A ja dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Shiki #5 - Fuyumi Ono, Ryu Fujisaki

NASTROJOWY HORROR O WAMPIRACH


"Shiki" to manga prosta, a na pierwszy rzut oka także dziwna, jednak przede wszystkim to po prostu dobry, nastrojowy horror. Lekki i niezobowiązujący, niczym zbytnio nie zaskakujący, ale serwujący czytelnikom dokładnie to, czego oczekują od opowieści tego typu. Jest akcja, jest tajemnica, kilka znakomitych scen też się znalazło. Czy trzeba czegoś więcej?


W Sotobie umierają kolejni ludzie, którzy najpierw dostają anemii, a potem nieuchronnie zmierzają prosto do grobu. Sytuacja z każdym dniem staje się coraz dziwniejsza i bardziej niepokojąca, mieszkańcy nie wiedzą co myśleć, a na dodatek wielu z nich wyjeżdża z miejscowości w dziwnych okolicznościach. Część z nich prosi Ozakiego, tutejszego lekarza, by wyjaśnił im co się dzieje. Ten zna prawdę, jednak wiedząc, że nikt nie uwierzy mu w istnienie Powstałych, którzy wysysają ludziom krew, stara się podtrzymać ich wiarę w epidemię i przekonać do kremowania zwłok. Tylko czy zalecane przez niego środki ostrożności wystarczą? Kto jeszcze padnie ofiarą Powstałych? I czy ludzie zdołają pokonać wroga?


Jeśli chodzi o horrory, to te z Kraju Kwitnącej Wiśni, na które kilkanaście lat temu panowała ogólnoświatowa moda, najbardziej przypadły mi do gustu. Oczywiście obok klasyki grozy i filmowych dokonań na tym polu z lat 70. i 80. ubiegłego wieku, ale to nie miejsce ani czas na takie rozważania. Wspominam o tym wszystkim, bo japońskie filmy grozy jako jedyne potrafiły wzbudzić we mnie nieco strachu. I tylko jedna książka i jeden komiks w życiu wywołały podobne uczucia - jak się możecie domyślić były to dzieła właśnie stamtąd: powieściowy "The Ring" Kojiego Suzuki i manga "Dōmu " Katsuhiro Ōtomo. "Shiki" co prawda mnie nie przeraziło, to raczej łagodna lektura, mimo wielu makabrycznych scen, a jednak jest tak klimatyczna, jak nie potrafią być zachodnie komiksy grozy.


Co ciekawe, tytuł czerpie z lęków bliższych nam, niż Japończykom. Mamy tu w końcu wampiry, do tego domostwo wyglądające jak europejski zamek i tym podobne rzeczy. Elementy te są co prawda popularne w horrorach, niemniej nieszczególnie kojarzą się z Japonią. Ta egzotyczna dla Japończyków nuta dla nas staje się swojskim dodatkiem. Ale na tym nie koniec. Mamy tu w końcu niezłą fabułę, ciekawych bohaterów i udaną szatę graficzną. Ta ostatnia jest nieco nietypowa, bo postacie nawet jak na mangę są bardzo chude, wielkookie i w dużym stopniu uproszczone. Tła natomiast to nic innego, jak przerobione, nastrojowe fotografie. Jest też całkiem sporo realizmu, szczególnie w prezentacji co bardziej makabrycznych detali i dużo czerni, budującej odpowiedni nastrój.


Miłośnikom grozy polecać zapewne nie muszę, jednak każdy, kto lubi horrory śmiało może po "Shiki" sięgnąć. Podobnie jak fani thrillerów. Dobra zabawa z dreszczykiem gwarantowana.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 29 maja 2018

Wilczyca i Czarny Książę #9 - Ayuko Hatta

KŁOPOTY (Z) SANUŚ


Nawet jeśli czytaliście już niezliczoną ilość mang typu szkolne życie, "Wilczyca i Czarny Książę" to tytuł, po który powinniście koniecznie sięgnąć. Pozornie nie ma w nim niczego świeżego, bo  postacie są zrobione według wszystkim doskonale znanego schematu, a fabuła zawiera niemal wszystkie gatunkowe schematy i zagrania, a jednak seria Ayuko Hatty pokazała jak można wykorzystać to wszystko w tak znakomity sposób, że nie sposób nie zachwycać się tą mangą.


Akcja dziewiątego tomu „Wilczycy i Czarnego Księcia” kręci się wokół postaci Sanuś. Rozpoczyna się nowy rok, kończą się ferie, a Erika wciąż radośnie przeżywa czas spędzony z Kyouyą. Niestety pojawiają się problemy, z którymi trzeba się uporać. Sanuś pracuje w sklepie i właśnie zaczął naprzykrzać jej się pewien klient. Najpierw jedynie zaczepiał, zagadywał, podrywał, próbując jej wmówić, że jest w nim zakochana (co prawda trudno zaprzeczyć, że jest przystojny, ale Sanada nie jest nim zainteresowana), teraz jednak czeka na nią pod sklepem, a dziewczyna obawia się, co może mu przyjść do głowy. Jak poradzić sobie z czymś takim? I jakie intencje ma tajemniczy klient?

Jakby tego było mało, już wkrótce Kyouya zaprasza Erikę do parku rozrywki. To pierwsza taka okazja, ale ku jego zdziwieniu dziewczyna odmawia! Tłumaczy się tym, że zbliżają się urodziny Sanuś i chce z jej bratem wybrać prezent, ale czy aby na pewno? Jej dziwne zachowanie budzi w chłopaku niepokój, czy jednak słuszny?


Pisałem o tym wielokrotnie przy okazji omawiania poprzednich tomów, ale powtórzę się znowu: siłą serii Ayuko Hatty nie jest ani jej oryginalność, ani przełamywanie schematów, a właśnie wzięcie wszystkiego co najlepsze w mangach z gatunku szkolne życie i wrzucenie tego do jednego worka. Następnie autorka wymieszała to wszystko ze sobą i podkręciła tempo tak bardzo, jak to tylko możliwe. W konsekwencji jeden tom "Wilczycy" jest niczym trzy inne - i choć można by się obawiać, że pomysły szybko jej się wyczerpią, Hatta ani na chwilę nie zwalnia.


A co konkretnie znajdziemy na stronach mangi? Mamy niepasującą do siebie parę, która się kocha, ale... No właśnie. Mamy miłosne problemy, szkolne zmagania, humor, emocje... Czyta się to znakomicie, do tego świetna jest także szata graficzna. Znów powiem, że typowa dla tego gatunku, bo delikatna, pozbawiona czerni i lekka, ale doskonale pasująca do całej reszty. Zresztą dokładnie tego oczekują czytelnicz.... czytelnicy, prawda?


Kto lubi szkolne życie, dobre komedie romantyczne, którym daleko do kiczu kinowych hitów z tego gatunku albo po prostu dobre, lekkie mangi rozrywkowe niezależnie od ich typu, powinien "Wilczycę i Czarnego Księcia" poznać. Dobra zabawa gwarantowana. Szczególnie jeśli sami macie kilkanaście lat albo należycie do romantycznych dusz.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







poniedziałek, 28 maja 2018

Bakuman #13 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

MIŁOŚĆ JEST WSZĘDZIE


Bodajże najlepsza manga ukazująca się obecnie na polskim rynku powraca wraz z trzynastym tomem. Po tym, jak niedawno pochłonąłem naraz dziesięć poprzednich części, zamiast mieć dość tej serii, z niecierpliwością czekałem na ciąg dalszy. I oto jest, świeżutki, cieplutki i równie rewelacyjny, co dotychczas. Gotowi na szaloną, pełną emocji, humoru, miłości i rywalizacji opowieść o świecie komiksowych twórców?


Zaczyna się Super Leaders Festival i grupa popularnych autorów, w tym Muto Ashirogi, mają stworzyć z tej okazji one shoty. Mashiro i Takagi zaczynają jednak coraz bardziej oddalać się od siebie. Gdy ten pierwszy postanawia niemal sam zająć się komiksem i na dodatek pójść w stronę typowego romansu, ten drugi całą energię wkłada w pracę nad „Lovetą”. Obaj twórcy zaczynają się kłócić, Takagi popada nawet w konflikt z żoną, a sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Co będzie z „PCP”? Czy Mashiro ma szansę samodzielnie stworzyć mangę? I co stanie się z wystawioną na próbę przyjaźnią?

Tymczasem inni mangacy także decydują się stworzyć romanse. Konkurs zostaje przemianowany na Super Leaders Love Festival, a przed twórcami otwiera się szansa zdobycia kolejnej serializacji. Tylko kto wygra to komiksowe starcie? A na horyzoncie już czai się nowe uczucie, które jeszcze bardziej wpłynie na rywalizację…


Jedyny problem, jaki mam z "Bakumanem" jest taki, że kiedy omawiam kolejne tomy, aż chciałbym napisać coś nowego, bo tak znakomita seria wręcz się o to prosi, ale nie mogę. Od początku do końca twórcy konsekwentnie podążają raz obraną ścieżką i chwała im za to. Tutaj naprawdę nie potrzeba nic zmieniać, "Bakuman" to manga niemalże idealna, znajdująca doskonały balans między ambitną opowieścią o mangowym świecie, a historią shounen. Tu romans spotyka się z rywalizacją na polu zawodowym, problemy osobiste łączą się z typowymi, może i patetycznymi, ale jakże uroczymi buddy stories, a komedia sąsiaduje z poruszającymi momentami.


Fabuła, choć od początku kręci się wokół pisania, rysowania i wydawania mangi, nie nudzi ani przez chwilę. W każdym rozdziale coś się dzieje, twórcy, choć korzystają z ogranych motywów, podają je nie tylko w świetny sposób, ale także ciągle zaskakują. Do tego angażują nasz umysł i serce, wrzucając w świat postaci, obok których nie potrafimy przejść obojętnie, pokazując ich smutki i radości - a tych po prostu nie da się z nimi nie dzielić.


I jest jeszcze ta szata graficzna. Doskonale dobrana do treści, czasem ocierająca się o cartoonową prostotę, najczęściej jednak będąca niezwykle realistyczną i klimatyczną nie tylko wpada w oko, ale autentycznie fascynuje. Mangę ogląda się równie przyjemnie, co ją czyta. Dlatego ze swej strony polecam bardzo, bardzo gorąco. Każdy miłośnik komiksów znajdzie tu coś dla siebie i tylko szkoda, że na kolejny tom znów trzeba czekać.


Na koniec dziękuję jeszcze wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Wirus - Graham Masterton

UBRANIA TEŻ POTRAFIĄ ZABIJAĆ



Graham Masterton to jeden z tych twórców, którzy w swoich powieściach potrafią zepsuć tak wiele swoimi idiotycznymi pomysłami, a jednak czytelnik i tak z ochotą je chłonie. Bo mimo takich minusów, brytyjski autor pisze naprawdę znakomicie. Jego książki czyta się lekko i przyjemnie, mnóstwo w nich napięcia i znakomitego klimatu i nawet jeśli czasem przesadza z erotyką czy brutalnością, wszystko to ma swój urok. Nie inaczej jest też z jego najnowszym dziełem zatytułowanym "Wirus", kolejnym udanym horrorem, w którym nie brak brutalności, klimatu i... humoru.


Wszystko zaczyna się od kobiety, która popełnia makabryczne samobójstwo, polewając sobie twarz kwasem. Wkrótce jednak podobnych spraw przybywa, pojawiają się również morderstwa. Detektyw Jeremy Thomas Pardoe nie wie jeszcze z jakim koszmarem przyjdzie mu się zmierzyć. Pracuje bowiem przy zwykłych, nudnych sprawach włamań do kontenerów z ubraniami dla biednych, które stały się prawdziwą plagą Londynu. Kiedyś jednak zajmował się kilkoma śledztwami dotyczącymi podobnych spraw, dlatego też funkcjonariuszka Dżamila Patel zajmująca się zbrodniami honorowymi prosi go o pomoc. Oboje łączą siły i wkrótce odkrywają, że związek z morderstwami i samobójstwami mają… ubrania. Koniec sprawy? Raczej dopiero początek. Próba rozwiązania zagadki wyśle bohaterów w daleką podróż, a także pokaże im czym jest prawdziwy koszmar…


"Wirus" to powieść, która pod wieloma względami przypomina mi bodajże najsłynniejsze dzieło Mastertona, czyli cykl o "Manitou". Obie rzeczy mają podobny klimat, a do tego ich główni bohaterowie dysponują zbliżonym poczuciem humoru. Do tego, choć akcja dzieje się w innych krajach, a sama materia zła, że tak to ujmę, też jest inna, a jednak oba wydają się ze sobą blisko spokrewnione. Ale to dobrze, bo cykl o indiańskim złym szamanie należy do moich ulubionych książek brytyjskiego mistrza grozy.


Co jeszcze można powiedzieć o "Wirusie"? Że to lekka w odbiorze, nieskomplikowana, ale mroczna i mocna książka. Nie brak w niej napięcia, duszna atmosfera obecna jest właściwie przez cały czas, a do tego powieść po brzegi wypełniona jest brutalnością. Masterton wręcz rozsmakowuje się tutaj w makabrycznych detalach, krew leje się strumieniami, okaleczone ciała nie znikają szybko z "widoku", a trup ściele się gęsto. Na dodatek Brytyjczyk opisuje to wszystko w sposób plastyczny i mocno przemawiający do wyobraźni. Fani autora są już do tego w pewnym stopniu przyzwyczajeni - choć trzeba przyznać, że i dla nich będzie to mocna rzecz - ale dla nowych odbiorców okaże się naprawdę ekstremalną lekturą.


Oczywiście elementy gore równoważone są przez bardziej spokojne i nastrojowe momenty oraz humor. Wszystko to Masterton serwuje nam w sposób lekki, łatwy i autentycznie wciągający. Jego gawędziarski styl jest naprawdę znakomity, a fakt, że tym razem wszedł na teren legend miejskich znanych także w Polsce (kto nie pamięta wszelkich ostrzeżeń, kiedy w naszym kraju powstawały pierwsze second handy?) tylko dopomógł całości.  Poza tym w "Wirusie" widać także kilkadziesiąt lat autorskiej pracy, bo pisarz wszystko podaje z wprawą i wyczuciem. Zabawa jest więc przednia, wrażenia znakomite, a całość podsyca tylko ochotę na kolejne powieści autora. Ja ze swej strony polecam gorąco wszystkim miłośnikom grozy, bo to jedna z najlepszych prac Brytyjczyka.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

sobota, 26 maja 2018

Sześć Cztery - Hideo Yokoyama

NIEZŁY, ROZRYWKOWY THRILLER


Japońska kultura popularna towarzyszy mi właściwie od najmłodszych lat. Serial animowany "Muminki", który powstał właśnie w Kraju Kwitnącej Wiśni, był moją ukochaną wieczorynką z dzieciństwa, potem pojawiła się "Czarodziejka z Księżyca", "Pokémon", "Dragon Ball"... A ja chłonąłem mangi i anime, by wreszcie dać się uwieść fali horrorów azjatyckich, a potem patrzeć, jak zainteresowanie twórczością z tamtych rejonów słabnie. Ostatnio jednak zaczęły pojawiać się głosy o fali azjatyckich kryminałów i choć wydaje się to być szumne hasło, bo nie można tego porównać z wciąż popularną skandynawską falą, na naszym rynku pojawiło się kilka ciekawych pozycji. Jedną z nich jest "Cztery Sześć" powieść (i to solidnych rozmiarów), którą reklamowano, jako policyjną "Grę o tron" tudzież japoński odpowiednik sagi "Millenium". I chociaż nie jest to żadne wybitne dzieło, muszę przyznać, że książka Hideo Yokoyamy czyta się całkiem dobrze, nawet jeśli niczym szczególnym się nie wyróżnia.


Fabuła powieści pozornie nie należy do skomplikowanych. Oto w roku 1989 zostaje porwana dziewczynka i choć rodzice spełniają polecenia kidnapera, wszystko kończy się tragicznie. Sprawie zostaje nadany tytułowy kryptonim „Sześć Cztery”, ale niczego to nie zmienia – policjantom nie udaje się wyjaśnić zagadki tej zbrodni.

Trzynaście lat później, kiedy śledztwo staje się już niemal przedawnione, dawne akta znów wychodzą na światło dzienne, kiedy znika córka policjanta, Yoshinobu Mikamiego. Mężczyzna bezskutecznie stara się ją znaleźć, jednocześnie zmagając z problemami zawodowymi. Niestety, to dopiero początek koszmaru, który z każdą chwilą coraz bardziej zmienia się w walkę z czasem. Czy funkcjonariuszom uda się rozwiązać sprawę? I czy będą w stanie ocalić uprowadzone dziewczyny?


Czy japońska literatura czymś wyróżnia się na tle dzieł z innych krajów? Bo przecież zarówno komiks, jak i animacja są dla Japończyków bardzo charakterystyczne. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony tradycyjne powieści z tamtych stron różniły się już samą konstrukcją, z drugiej zachodnie wpływy tak bardzo je zmieniły, że współcześnie straciły swoją indywidualność. "Sześć Cztery", gdyby nie nazwiska bohaterów, nazwy miejsc i orientalne drobiazgi typu kobanów – specyficznych budek policyjnych, nie wyróżniałoby się niczym szczególnym na tle innych dreszczowców.


Oczywiście nie oznacza to, że powieść Hideo Yokoyamy jest zła. Nic bardziej mylnego. "Sześć Cztery" to dobry kryminał, lekko napisany, ale wciągający, intrygujący i mający całkiem niezły klimat. Początek, co prawda, choć już od pierwszych stron na czytelników czeka konkretna akcja, jakoś mnie nie porwał. Dopiero wraz z rozwojem fabuły, powieść zaczęła angażować mnie coraz bardziej. Ciekawi bohaterowie (a jest ich naprawdę wielu), udana zagadka, do tego dobre poprowadzenie całości sprawiły, że "Sześć Cztery" czytało mi się naprawdę przyjemnie, a orientalne smaczki tylko dodały całości charakteru.


Do tego powieść jest naprawdę dobrze napisana. Nie wybitnie, ale to w końcu pozycja rozrywkowa i jako taka sprawdza się znakomicie. Styl jest lekki, a całość, choć liczy 700 stron, nie nuży. Miłośnicy thrillerów i kryminałów na pewno będą bardzo z "Sześć Cztery" zadowoleni.


A ja dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie egzemplarza do recenzji

piątek, 25 maja 2018

Duch zagłady - Graham Masterton

INDIAŃSKA APOKALIPSA


Nieważne, jakich głupot nie wymyśliłby Graham Mastertona – a każdy, kto czytał choćby kilka z jego książek wie, że tych nigdy nie brakowało – ani w jaką sztampę by nie popadł, jego dzieła mają coś, czego brakuje większości jego konkurentów – napięcie i grozę. Czasem wsączające się powoli, czasem atakujące nas znienacka. I chociaż autor sięga po wszystkich doskonale znane chwyty, robi to z takim talentem i buduje za ich sprawą tak niesamowity klimat, że nie sposób nie zachwycić się tym elementem jego twórczości. Dodajcie do tego dosadną brutalność, która potrafi zrobić autentyczne wrażenie, lekki, gawędziarski styl i poprowadzenie akcji w sposób kojarzący mi się z kinowymi horrorami lat 80. XX wieku, a dostaniecie przepis na znakomite książki. I taki jest też trzeci tom serii o Manitou, który spodoba się nie tylko miłośnikom brytyjskiego mistrza grozy.


Wszystko zaczyna się niewinnie – jak zawsze. Pewna kobieta przygotowuje potrawy na wieczór szabasowy, wszystko idzie dobrze, a przynajmniej dopóki nie zaczynają niepokoić ją pewne hałasy. Włamywacz? Przed włamywaczem przynajmniej mogłaby się obronić – dziwna siła, która zaczyna działać w jej mieszkaniu zaczyna przesuwać meble, pojawiają się dziwne cienie, a potem… Potem nie ma już ratunku.

Ofiar tajemniczych wydarzeń jest więcej. Ludzie, wraz z całymi budynkami, znikają pod ziemią albo giną na różne, makabryczne sposoby. Podobne rzeczy dzieją się w całym kraju a tłumaczenia o ruchach sejsmicznych niczego nie wyjaśniają. Harry Erskine, jasnowidz, który sądził, że zły indiański duch Misquamacus został już ostatecznie pokonany, znów będzie musiał stawić mu czoła. Tylko czy będzie w stanie, skoro demon, w zemście za los Indian, rozpoczął prawdziwą apokalipsę?


„Manitou” to nie tylko bodajże najsłynniejszy cykl w dorobku Grahama Mastertona, ale też i jedno z jego najlepszych dokonań. Duża w tym zasługa faktu, że to właśnie w serii poświęconej indiańskiemu złemu duchowi pisarz powściągnął swoje pornograficzne zapędy, a także dodał solidną dawkę humoru. Poza tym całość jest klimatyczna i nastrojowa. W trzecim tomie dochodzi do tego wszystkiego wręcz epicki rozmach i mnóstwo widowiskowych scen, które poprzednio były właściwie nieobecne.


Niestety ta część nie jest wolna od błędów. Zdarza się, że Masterton zapomina co sam napisał w poprzednich tomach, a oczekiwany wielki finał okazuje się być zbyt szybko poprowadzony. Po monumentalnych wydarzeniach i akcji rozpisanej na niemal czterysta stron, wydaje się jakby ucięty i zbyt oczywisty. Ale na tym na szczęście minusy się kończą.


Całość jest bowiem napisana w sposób naprawdę znakomity, lekki, przyjemny w odbiorze i zapadający w pamięć. Styl Mastertona jest bardzo plastyczny, typowy dla rozrywkowych powieści, ale też o wiele lepszy, niż w większości tego typu pozycji. Do tego mamy ten klimat, znakomite sceny grozy i równie świetne brutalne elementy, a wreszcie także humor czasem zahaczający o satyrę. Wszystko to czyta się naprawdę dobrze i ma ochotę na więcej. A błędy? Każdy miłośnik horroru wie, że to część uroku tego gatunku i tak, jak ja z pewnością chętnie przymknie na to oko. A warto, bo kto dobrze bawił się przy poprzednich tomach, będzie „Duchem zagłady” zachwycony. Ja ze swej strony polecam – dobra lektura na letnie popołudnia z dreszczykiem gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

środa, 23 maja 2018

451 stopni Fahrenheita - Ray Bradbury

KSIĄŻKA W OBRONIE KSIĄŻEK


Ray Bradbury to zdecydowanie jedno z największych i najbardziej rozpoznawalnych nazwisk autorów fantastyki. Choć tworzył w okresie, kiedy literatura tego typu przeżywała swój rozkwit, a rynek zalewały najróżniejsze dzieła mistrzów gatunku, zdołał wybić się i zostać zapamiętanym. Stworzył wiele pamiętnych dzieł, a do najlepszych z nich zdecydowanie należy „451 stopni Fahrenheita” – antyutopijna przypowieść stająca w obronie samych książek.


Fabuła całości jest w zasadzie prosta. Ameryka przyszłości to miejsce pozornie przyjazne dla swoich obywateli, bo zapewniające im bezpieczeństwo. W rzeczywistości jednak to mocarstwo, które toczy bezsensowne wojny, a swoich obywateli ogłupia za pomocą telewizji. Nic więc dziwnego, że w takim społeczeństwie książki są zagrożeniem, którym zajmują się „strażacy”, paląc je. Jednym z nich jest Guy Montag, który, jak na swój zawód przystało, daleki jest od bycia miłośnikiem literatury. Kiedy jednak poznają ją, nastoletnią Klarysę McClellan, zbierającą książki buntowniczkę, w jego umysł wsączają się wątpliwości. To ona zadaje mu pytanie, które staje się iskrą zapalną i zaczyna zmieniać „strażaka”. Tylko co z takiej zmiany może wyniknąć?


„451 stopni” to chyba najbardziej znana z powieści Bradbury’ego. Po raz pierwszy wydana w 1953 roku, cztery lata później doczekała się pierwszej adaptacji tv (choć stworzonej bez zgody autora), potem filmu kinowego (1966), wersji teatralnej, radiowej, komiksowej a nawet gry komputerowej. Jedni jego dziełem się zachwycali, przerażeni wizją jak żywcem wziętą z czasów drugiej wojny światowej, choć inspirowanej polityką McCarthy’ego, inni, jak Stanisław Lem, wytykali jej infantylność. Obie strony mają trochę racji, bo jest sporo naiwności w antyutopii Bradbury’ego, jednak całość wciąga, składnia do myślenia i potrafi zaniepokoić.


Dzieło, którego tytuł oznacza temperaturę, w której papier zaczyna się palić, nawet teraz jest fascynującą lekturą. Nieco ciężką, jeśli chodzi o wykonanie, za to satysfakcjonującą. Bradbury nie rozwleka się tu, nie buduje powoli napięcia i klimatu – karty szybko wykłada na stół i rzuca nas w wir wydarzeń rozgrywających się w świecie, gdzie wartości rodzinne zostały wywrócone, tak samo jak sama kultura. Autor przestrzega nas przed ogłupiającym wpływem telewizji i broni książek, które są dla niego (i każdego czytelnika) czymś więcej niż tylko zapisanym opowieściami papierem. Robi to w sposób może i infantylny, ale pełen uroku. I trudno nie przyznać mu racji.


„451 stopni” to dobra fantastyka. Mogłaby co prawda bardziej subtelnie skłaniać do myślenia, ale patrząc na współczesną, tonącą w bylejakości literaturę science fiction, dzieło Bardbury’ego jest naprawdę udane. Dobrze napisane, ciekawe, oferujące konkretne przesłanie i zwracające nam uwagę na wiele różnych tematów, warte jest polecenia każdemu, kto ceni dobrą literaturę niezależnie od gatunku. Dobrze więc, że wśród nowości pojawiło się właśnie kolejne wydanie tej powieści.

Smocze kły - Michael Crichton

PRZED „PARKIEM JURAJSKIM”


W tym roku mija ćwierćwiecze od powstania „Jurassic Parku”, filmu opartego na powieści Michaela Crichtona z 1990 roku. W tym roku mija także dziesięć lat od śmierci pisarza. Wspominam o tych dwóch rzeczach nie przypadkiem, bowiem właśnie na rynek trafiła najnowsza powieść amerykańskiego autora. „Smocze kły”, bo o niej mowa, to książka napisana w roku 1974, ale wydana dopiero pośmiertnie. A jest to pozycja ważna, bo stanowiąca zapowiedź „Parku Jurajskiego” właśnie – i przy okazji naprawdę udana, choć fakt, że nie wydano jej za życia kazał domniemywać coś zupełnie innego.


Rok 1876, Ameryka, Dziki Zachód. Czas kowbojów, walk z indiańskimi plemionami, gorączki złota, bezprawia, niewyobrażalnego okrucieństwa, a zarazem przygód. William Jason Tertullius Johnson, jak wskazuje już samo jego nazwisko, pochodzi z elit. Syn armatora z Filadelfii, student Yale College, jak wielu mu podobnych, jest rozpuszczony, leniwy i chce przede wszystkim spełniać swoje zachcianki. Ale jego życie wywraca się do góry nogami, kiedy jeden z jego kolegów, a zarazem rywali, podpuszcza go do wykazania się męstwem. William, chcąc dorównać koledze, który był w Kansas City, oznajmia, że on także zamierza wybrać się na Dziki Zachód. Pierwsze, co przychodzi mu do głowy, to ekspedycja sławnego paleontologa, profesora Marsha. Zakład zostaje przyjęty, żaden z chłopaków nie zamierza przegrać, William cudem dostaje się do ekipy naukowca, jako fotograf, niestety szybko Marsh uznaje go za szpiega swojego konkurenta, Cope’a, a student zostaje porzucony w samym środku miasta, w którym nie chciałby się znaleźć. Tak zaczyna się jego wielka przygoda u boku samego Cope’a, która pokaże mu prawdziwe oblicze Dzikiego Zachodu…


Michael Crichton był autorem niezwykłym. Być może wystarczyłoby wspomnieć fakt, że jest jedynym pisarzem, który w jednym roku miał na swoim koncie najbardziej popularny film, serial i powieść, ale byłoby to wielkim niedomówieniem. To on bowiem dał nam takie książki, jak sfilmowane „Andromeda znaczy śmierć”, „Kongo”, „Kula”, „Wschodzące słońce” czy „Park Jurajski”, stworzył też serial „Ostry dyżur”. A to, oczywiście, między innymi. Ja, co prawda, nigdy nie byłem wielkim fanem jego twórczości. Doceniałem i doceniam naukową stronę powieści Crichtona, zagłębianie się w temat, ukazywanie nam jak najbardziej realnych wizji i niezwykłą wyobraźnię, jednak zawsze było w tym coś zachowawczego. Pewna sterylność typowa dla tekstów z gatunku literatury faktu, co nie do końca pasowało mi w twórczości z założenia przecież przygodowej.


W „Smoczych kłach” jest podobnie. Znajdziecie tu pewien dystans, mający przekonać nas, że mamy do czynienia z relacją z prawdziwych zdarzeń, a nie fikcją (o czym dodatkowo zapewnia mnóstwo postaci historycznych, pojawiających się na kartach powieści), ale też i niezwykłą siłę wyobraźni. Przygodę, klimatyczną treść i zapowiedź największych pomysłów pisarza. „Smocze kły” śmiało można uznać nawet za prequel „Parku Jurajskiego”, opowiada w końcu o początkach paleontologii. I to w fascynujący sposób – tym ciekawszy, że przecież ta gałąź nauki nie kojarzy nam się zbytnio z Dzikim Zachodem.


Poza tym Crichton pisze dobrze – lekko, prosto, przyjemnie. Dużo tu faktów, dużo wiedzy, ale podanej w przystępny sposób i włożonej w interesujące ramy. Miłośnicy nauki, jak również westernów, fantastyki i książek przygodowych będą z tej powieści bardzo, bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony polecam gorąco, bo „Smocze kły”, mimo mojego narzekania, to naprawdę świetna lektura, a mi osobiście przypomniała dziecięce marzenia o zostanie paleontologiem. Marzenia zbudowane przecież na fali popularności tematyki dinozaurów we wczesnych latach 90., która była zasługą Crichtona właśnie.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Mushishi #2 - Yuki Urushibara

BAŚNIOWY FOLKLOR


"Mushishi" to manga nieoczywista - i to pod wieloma względami. Przy okazji pierwszego tomu pisałem, że po opisie spodziewałem się czegoś zupełnie innego - bardziej zbliżonego do horroru. Tymczasem w moje ręce trafiła historia, a dokładniej szereg różnych historii, połączonych ze sobą postacią głównego bohatera, którym bliżej do baśniowego folkloru. Czasem bardzo dziwnych, czasem prostych, zawsze klimatycznych. I chociaż, jak wspomniałem, miałem co do tego tytułu zupełnie inne oczekiwania, ostatecznie "Mushishi" okazało się naprawdę dobrą mangą i z każdym kolejnym rozdziałem, bawię się tylko coraz lepiej.


Tytułowy Mushishi to człowiek zajmujący się badaniem Mushi. Co się kryje za tą nazwą? Istoty nie z tego świata. Daleko im zarówno do zwierząt, jak i ludzi, przybierają najróżniejsze, dziwaczne kształty, dlatego też od zawsze wywoływały w człowieku obawę, a jednocześnie budziły szacunek. Potrafią też infekować ludzi, co najczęściej wiąże się z obdarowaniem ich niezwykłymi, często kłopotliwymi zdolnościami. Mushishi więc nie tylko badają i starają się zrozumieć owe byty, ale jednocześnie usiłują leczyć ludzi, którzy nie są w stanie poradzić sobie z tym, co w ich życiu powoduje obecność Mushi. Jednym z nich jest Ginko, który podróżuje po świecie, pomagając w takich przypadkach. Nigdzie nie może jednak osiąść na dłużej, bo sam przyciąga byty, którymi się zajmuje…


"Mushishi" to manga balansująca na cienkiej granicy oddzielającej fascynującą baśniowość od śmieszności. Autorka w swoich fabułach wymyśla najdziwniejsze, często wręcz absurdalne rzeczy. Czytanie tego tytułu przypomina lekturę legend i opowieści naszych przodków, w których czasem jest nutka tajemnicy, czasem zaś prosty urok przypowieści. Jest tu odrobina grozy, jest magia, są uczucia, jest też coś na kształt przygody. Bohaterowie, choć zdystansowani i chłodni, szybko zdobywają naszą sympatię. Same pomysły na kolejne Mushi i problemy z nimi też są interesujące.


Najlepszy w całości jest jednak klimat. Lekki, ale duszny. Niezwykły, choć nie brak mu też pewnej dozy przyziemności. Jest w tym naiwny urok i dojrzałość także się znajdzie. Poza tym bardzo dobrze wypada też szata graficzna - delikatna, czasem wręcz oniryczna, świetnie pasuje do treści. Nie znajdziecie tu zbyt wiele mroku, jednak seria wcale go nie potrzebuje. Autorka wie, jak w prosty sposób stworzyć coś niesamowitego i jak nas tym uwieść. A udaje jej się to znakomicie.


Jeśli chcecie dobrej, lekkiej i wcale nie oczywistej mangi fantastycznej, "Mushishi" o tytuł dla Was. Na początku nie byłem do serii przekonany, ale wraz z kolejnymi rozdziałami całość mnie kupiła i bawiłem się znakomicie. Polecam, bo to dobra i naprawdę znakomicie wydana (kolorowe strony i ta przyjemna w dotyku okładka) manga.


A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 22 maja 2018

Deadpool #9: Wszystko, co dobre… - Brian Posehn, Gerry Duggan, Mike Hawthorne, Salva Espin

KONIEC DEADPOOLA


W końcu nadszedł ten moment - "Deadpool" z Marvel Now dobiega końca. W tym tomie nie tylko losy bohatera dobiegają finału (spokojnie, będą kolejne części), ale też i seria świętuje swój niemały jubileusz - 250 numer przygód Najemnika z Nawjką. Dla jego miłośników to więc nie lada gratka, tym bardziej, że całość trzyma dobry poziom wyznaczony przez poprzednie albumy. Jest zatem zabawnie, krwawo i daleko od poprawność politycznej, a szybkie tempo nie pozwala się nudzić.


Deadpool narozrabiał. W wyniku wydarzeń znanych jako "Axis", kiedy to źli stali się dobrzy, a dobrzy źli, przeszedł wewnętrzną przemianę i stał się Zenpoolem - pacyfistą. Teraz owa przemiana jest już za nim, ale nasz biedny Najemnik musi jakoś odreagować. Angażuje się więc w kolejne zadanie. Robota z jednej strony wydaje się prosta, jak to zadanie dla korporacji energetycznej, z drugiej trzeba ją wykonać na Bliskim Wschodzie, więc można liczyć na atrakcje. Deadpool oczywiście zaczyna rzeź, ale jeszcze większa masakra czai się na horyzoncie, bo oto jego wrogowie z Ultimatum chcą się zemścić. A nie będzie to zemsta chłodna ani bezkrwawa...

Na tym jednak nie koniec. Wielki jubileusz Deadpoola, jak jego wesele, nie może obejść się bez gości. Strony albumu nawiedza więc cała plejada marvelowskich gwiazd, do tego dowiecie się co by było gdyby nasz Najemni posiadł Rękawicę Nieskończoności i czy można go... zabić. Oj będzie się działo.


Przyznam, że najbardziej w przypadku tego albumu liczyłem na historię o Rękawicy Nieskończoności. Miała ona bowiem zadatki na naprawdę niezłą opowieść. Pamiętacie może "Lobo/Masak"? Tam heros podobny do Deadpoola, przynajmniej jeśli chodzi o zachowanie, został "nosicielem" maski dającej mu niemalże boskie moce. Było więc duże pole do popisu, jednak twórcy przygód Najemnika nie wykorzystali danej im możliwości. Ale "Wszystko, co dobre" to wciąż udany album. W szczególności jego finał.


Zebrane tu komiksy oferują nam zarówno większą opowieść, jak i mniejsze historyjki, które śmiało można by chyba nazwać skeczami. Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie. Zabawa jest udana i stanowi całkiem miłą odtrutkę na patetyczne superhero. Dużo w tym akcji, sporo krwi, trupów też nie brakuje, jednocześnie całość łączy się z wydarzeniami marvelowskiego uniwersum, co tylko dodaje "Deadpoolowi" wagi. Do tego dochodzi udana szata graficzna, odpowiednio realistyczna i cartoonowa zarazem, czasem eksperymentująca z formą, czasem przestylizowana. I, oczywiście, dobre wydanie.


Aż szkoda, że to już koniec. Z drugiej strony, kiedy piszę te słowa, wśród nowości na naszym rynku ma się pojawić kolejny tom "Deadpoola", zbierający różne opowieści o nim, a już niedługo na sklepowe półki trafi następny z klasycznymi przygodami tego bohatera. Miłośnicy mają więc na co czekać, a jeśli jeszcze nie znają „Wszystko, co dobre…”, koniecznie powinni to zmienić. Będą bardzo zadowoleni.






Inwazja porywaczy ciał - Jack Finney

KSIĄŻKA PORYWAJĄCA UMYSŁ


Ważkie tematy, wysmakowany styl, literackie wysublimowanie, fascynująca głębia i skomplikowane postacie o złożonym, przekonującym rysie psychologicznym – tego nie znajdziecie w „Inwazji porywaczy ciał”. Nawet jeśli doszukiwać się w dziele Jacka Finneya analogii społeczno-politycznych, a bez tego się nie da, nie wykazuje ono szczególnie wielkich ambicji. Poza tym, choć to klasyka, nie grzeszy świeżością, bo wcześniej podobne tematycznie dzieła stworzyli choćby Wyndham, Dick, Bradbury czy Heinlein. A jednak „Inwazja porywaczy ciał” nie potrzebuje żadnej z powyższych rzeczy by wciąż intrygować, poruszać, dostarczać niesamowitych wrażeń i porywać – że ucieknę się do tak niewyszukanego porównania. To świetna lektura i kolejny dowód na to, że powieści sprzed kilkudziesięciu lat wciąż mają w sobie magię, której brak większości współczesnych dokonań tego typu.


Rok 1976. Miles Bennell jest lekarzem w niewielkiej mieścinie Mill Valley w Kalifornii, gdzie wiedzie swoje dość nudne, przewidywalne życie samotnego wdowca. Aż pewnego październikowego dnia w jego gabinecie, już po godzinach przyjęć, zjawia się Becky Driscoll. W liceum się przyjaźnili, przez pewien czas nawet spotykali, ale to już pieśń przeszłości. Becky przychodzi do niego, bo ma kłopot. Jej kuzynka zaczęła się dziwnie zachowywać, jakby była niespełna rozumu, a jednak w jej słowach jest taka moc, że trudno im nie ulec. Kobieta twierdzi bowiem, że jej wujek nie jest sobą. Nie zmienił się, wygląda tak samo, jak dotychczas, jego zachowanie także pozostało niezmienne, ale… Właśnie, kobieta czuje, że to nie jest on, jakby coś innego zajęło miejsce krewnego. Miles wybiera się z wizytą do krewnej Becky, nie zauważa co prawda niczego dziwnego w wujku, niemniej już wkrótce będzie musiał na poważnie rozważyć słowa kuzynki swojej przyjaciółki, bo w mieście przybywa osób, które dostrzegają dziwne zmiany w swoich bliskich…


Swego czasu ta wydana w 1955 roku powieść nie zdobyła uznania krytyków. Ich, łagodnie rzecz ujmując, nieszczególnie pochlebne opinie nie powstrzymały czytelników przed sięgnięciem po „Inwazję porywaczy ciał”. Tak samo zresztą, jak twórców filmów – już rok po premierze do kin weszła pierwsza adaptacja, a do roku 2007 powstało ich jeszcze trzy oraz kilka parodii. Na tym polu opowieść poradziła już sobie o wiele lepiej, zdobywając uznanie i kult, ale wszystko przecież zaczęło się od książki, a ta, wbrew wszelkim pozorom, jest naprawdę udana.


Dzieło Finneya nie jest co prawda wyszukane literacko, fabularnie prezentuje się prosto, a postacie nie mają zbytniej głębi, ale „Inwazja porywaczy ciał” jest dokładnie tym, czym miała być – dobrym horrorem science fiction. Niepokojąca atmosfera panująca na stronach już właściwie od samego początku, buduje znakomity klimat. Całość jest naiwna, nie ma się co oszukiwać, ale w porównaniu do współczesnych książek grozy, jest to tytuł naprawdę udany. Czyta się go lekko, szybko i przyjemnie. Ma też pewne drugie dno, choć to sprawia raczej wrażenie powstałego przypadkowo, niż z ambicji autora. Nie da się też powieści odmówić autentycznej siły, która oddziałuje na umysł czytelnika. Czy nie po to właśnie sięga się po grozę?


Do tego trzeba też wspomnieć o znakomitym ilustrowanym wydaniu. Prace Piotra Herli, kojarzące się nieco z ilustracjami szwajcarskiego rysownika Thomasa Otta, wypadają naprawdę znakomicie. Nawet czcionka, jaką napisano tytuł – jakby żywcem wzięta z Millerowskiego „Sin City” – prezentuje się dobrze. Co prawda nie wszystkie grafiki powalają na kolana, ale wszystkie są udane, a wśród nich znaleźć można kilka absolutnych perełek.


Jeśli lubicie literackie horrory, koniecznie powinniście poznać „Inwazję porywaczy ciał”. Nie tylko dlatego, że wypada, ale przede wszystkim dlatego, że warto. Tu nawet infantylność ma swój urok.


A ja dziękuję wydawnictwu Vesper za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 21 maja 2018

Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni #2: Światło w butelce - Robert Venditti, Ethan Van Sciver, Rafa Sandoval, Jordi Tarragona

GREEN LANTERNI I LOBO


Jeśli mam być szczery, nie sięgnąłem po ten album dlatego, że jakoś szczególnie podobał mi się poprzedni tom, ani tym bardziej bo jestem fanem tytułowego bohatera. Owszem, pierwsza część "Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni" była niezłą lekturą rozrywkową, ale niczym ponad to. Poza tym miłośnikiem Green Lanterna nigdy nie byłem i pewnie nie będę. Co zatem przekonało mnie do niniejszego komiksu? Drobiazg - to tu po raz pierwszy i jedyny w epizodzie pojawia się w naszym kraju poflashpointowy Lobo, a akurat tego szalonego rzeźnika uwielbiam bardziej, niż jakiegokolwiek innego bohatera DC. To jednak nie wystarczyłoby żeby album był udany, na szczęście "Światło w butelce" ma też niezłą fabułę i udaną szatę graficzną, dzięki czemu nie zawodzi jako pozycja mająca dostarczyć niezobowiązującej rozrywki.


Hal Jordan wrócił. Wrócił też Korpus Sinestro, jego najwięksi przeciwnicy, którzy obecnie stali się nowymi stróżami prawa w kosmosie, gdzie porządek zaprowadzili silną ręką. Czy z tego może wyniknąć coś dobrego? Nie, kiedy na horyzoncie pojawia się nowy, potężny wróg, z jakim nikt nie miałby szans. Członkowie Korpusu Zielonych Latarni, którzy przetrwali wielką masakrę, łączą siły z Yellow Lanternami z Sinestro by rozprawić się z przeciwnikiem. Zaczyna się wielka kosmiczna walka…


Komiksy o Green Lanternie, szczególnie w tej odsłonie, to rozrywka dla miłośników kosmicznych przygód. Nie jest to komedia w stylu "Strażników Galaktyki" (przynajmniej tych kinowych), to takie gwiezdne superhero łączące space operę z supermocami służącymi po obu stronach konfliktu. Dużo bohaterów, wielkie zagrożenie, spektakularne sceny - album ten przypomina wielkie kinowe hity. Miłośnicy Green Lanterna natomiast dostaną tu kilka ciekawych postaci, jak White Lantern czy Orange Lantern, a także zakończenie wątków pozostałych po pierwszym tomie.


Przede wszystkim jednak "Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni #2: Światło w butelce" to lekki, prosty, ale udany komiks rozrywkowy. Nie ma tu miejsca na nudę, cały czas coś się w nim dzieje, na dodatek sama akcja także jest ciekawa. To, że pojawia się tu Lobo z "New 52" jest bardzo przyjemnym dodatkiem. Cóż z tego, że jest to jego następca (Lobo znany doskonale także polskim czytelnikom okazał się oszustem, który przypisał sobie jego zbrodnicze "zasługi"), i tak - przynajmniej w moim przypadku - należy to zaliczyć albumowi in plus.


Do tego nie rozczarowuje też szata graficzna. Realistyczna, przyjemna dla oka i naprawdę. Dobrze oddaje klimat całości, prezentując nam interesujące kosmiczne scenerie i dobrze pokazane bardziej dynamiczne sekwencje. Bohaterowie też zostali wyraźnie rozrysowani, a całość uzupełnia pasujący do tego kolor. Wszystko to wypada lepiej niż się spodziewałem, dlatego z czystym sumieniem polecam Wam ten komiks. Rozejrzyjcie się za nim wśród nowości, bo warto.




Hellboy: Zdobywca Czerw / Dziwne miejsca - Mike Mignola

KONIEC PEWNEJ EPOKI HELLBOYA


Na polskim rynku w chwili obecnej dostępnych jest wiele znakomitych serii. „Hellboy" natomiast bez dwóch zdań należy do ich czołówki. Niesamowicie klimatyczny, świetnie napisany, wciągający i rewelacyjnie zilustrowany, od samego początku dostarcza niezapomnianych wrażeń. I nie inaczej jest w przypadku albumu „Hellboy: Zdobywca Czerw / Dziwne miejsca", kończącego pewną epokę przygód bohatera i dopowiadającego wiele do jego historii.


Rok 1939, Austria. Na zamku Hunte naziści przeprowadzają tajny eksperyment, mający na celu wystrzelenie człowieka w kosmos. Nie wszystko idzie, jak powinno, wkraczają bowiem żołnierze pod dowództwem Homara Johnsona, wywiązuje się strzelanina, ale obie strony konfliktu giną w chwili, kiedy wystrzelona rakieta startuje, uszkadzając zamek.

Sześćdziesiąt jeden lat później rząd amerykański odkrywa niepokojący obiekt zbliżający się do Ziemi. Okazuje się być nim nazistowska rakieta, nie spada jednak samoistnie, bo w trakcie lotu zmienia kurs. Hellboy i homunkulus Roger, w towarzystwie funkcjonariuszki tajnej austriackiej policji służącej im za przewodniczkę ruszają do zamku Hunte, o którym krążą mrożące krew w żyłach legendy i opowieści. Niestety, policjantka skrywa równie wiele tajemnic, co owo miejsce, a na Hellboya czeka kolejna ciężka misja. Być może ostatnia dla Biura do Badań Paranormalnych i Obrony, bowiem działania jego pracodawców wywołują w Piekielnym Chłopcu chęć buntu…


Trzeci zbiorczy tom „Hellboya”, w skład którego wchodzą trzy historie („Zdobywca czerw”, „Trzecie życzenie” i „Wyspa”) to tom niezwykły. Jak wspominałem na wstępie, kończy pewien etap zarówno w życiu naszego bohatera, jak i samej serii. Nie zdradzę czego dowiadujemy się z tego albumu, ani tym bardziej które wątki osiągają swój finał, jednak warto zauważy jedno – od teraz drogi głównego bohatera i BBPO się rozchodzą. Piekielny Chłopiec wybiera własną ścieżkę, a losy jego towarzyszy śledzić można w serii „BBPO”.


Do tego od kolejnego tomu za szatę graficzną zaczną być odpowiedzialni inni artyści. Mieli co prawda przejąć ster już teraz, jednak Mignola w ostateczności sam stworzył całość. I wyszło mu, jak zwykle, rewelacyjnie. Fabuła poszczególnych opowieści jest ciekawa. Mamy tu skrzyżowanie „Z archiwum X” z legendami i folklorem z różnych stron świata, teoriami spiskowymi, nazistowskimi tajnymi eksperymentami, horrorem, historią przygodową i superhero, podlane sporą dawką humoru. Zagadki są interesujące, klimat fascynujący, a bohaterowie złożeni i znakomicie ukazani.


Ale i tak wszystko to przyćmiewa absolutnie zachwycająca szata graficzna. Ilustracje Mignoli są proste, nikt temu nie zaprzeczy, jednak ich mrok, genialnie oddane elementy grozy, niepowtarzalny charakter i kolor, który uzupełnia całość tak idealnie, jak rzadko się to zdarza, budują taki klimat, że nie sposób się nim nie zachwycać. Czy prace artysty straszą? Nie, ale nie znam komiksowego horroru (poza „Domu” Katsuhiro Ōtomo), który by to potrafił. Ale „Hellboy” umie zaniepokoić, a przede wszystkim urzeka. W każdym tomie są takie kadry i plansze, przy których czytelnik zatrzymuje się na dłużej – a potem nieraz do nich wraca. Jak tu nie docenić czegoś takiego?


A wszystko to – i treść, i ilustracje – znakomicie ze sobą współgrają, tworząc niezapomnianą całość. Fanom „Hellboya” niniejszego albumu polecać nie muszę, ale każdy, kto chciałby przeczytać dobry, niebanalny i niezwykle nastrojowy komiks, powinien koniecznie poznać tę serię. Warto, jak mało którą.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.