sobota, 28 czerwca 2014

Rozbitek - Chuck Palahniuk





Po "Rozbitka", drugą powieść Chucka Palahniuka, sięgnąłem od razu po "Fight Clubie", zachwycony twórczością autora i pochłonąłem ją jak wariat. W ostatecznym rozrachunku okazała się słabsza od "Klubu walki", ale w tym akurat wypadku słabsza oznacza "rewelacyjna".

Fabuł, jak to u Palahniuka, na pierwszy rzut oka wydaje się prosta - ot historia człowiek, który uprowadził samolot, wypuścił pasażerów i samotnie leci na pewną śmierć, czekając na koniec paliwa katastrofę, nagrywając na czarną skrzynkę spow9iedź z całego swego życia. Ale pod powierzchnią kryje się dużo więcej. Tradycyjna satyra na konsumpcjonizm, cyniczny portret kondycji człowieka, a wreszcie psychoanaliza społeczeństwa związanego konwenansami (i jak w komentarzu na swej stronie pisze sam autor: jest to też satyra na amerykański system edukacyjny). Nie brak też kontrowersji, dziwacznych ciekawostek, szokujących momentów a nawet... elementów fantastyki. Taki zlepek nie tylko trudnych do połączenia kwestii, ale i różnorodnych motywów, mógł pogrążyć tę książkę, jednak wszystko w tym wypadku złożyło się we wspaniałą całość. Zasługa w tym geniuszu Palahniuka i jego biegłości w swoistej konwersacji z czytelnikiem, ale i ascetyczny, chaotyczno-achronologiczny styl, znany już z "FC", nie jest bez znaczenia.

I oczywiście in plus stanowi ciekawy zabieg stylistyczny z malejącą numeracją stron i rozdziałów. A także dodatek w postaci zakładki z ilustracja zaprezentowaną na okładce.

Brawa!

I tylko jedna rzecz mnie drażni. Lech Jęczmyk jest świetnym tłumaczem, może z nieco staromodną manierą, ale niezaprzeczalnie zna się na rzeczy. Tym bardziej dziwi mnie przekład tytułu, bo angielskie słowo "Survivor" nie oznacza :rozbitka"a "ocalałego", które to pojęcie mieści w sobie nie tylko zakres znaczenia słowa "rozbitek", ale i pełniej oddaje sens faktu, ze główny bohater to jedyny ocalały z pewnej sekty.

Nie mnie: jeśli ktoś lubi Palahniuka a nie czytał "Rozbitka", musi nadrobić ten błąd. Książka jest wspaniała, niebanalna i chce się do niej jeszcze nie raz wrócić. Polecam.


czwartek, 26 czerwca 2014

Niewidzialne potwory - Chuck Palahniuk



"Niewidzialne potwory" to pierwsza powieść jaką napisał Chuck Palahniuk, jednak dopiero wydana jako trzecia jego książka. Wszystko przez to, że wydawcy uznali ją za zbyt kontrowersyjna i nie chcieli opublikować. Wówczas Chuck napisał rzecz z założenia bardziej szokującą "Fight Club", a kiedy stał się sławny, mógł wreszcie opublikować swój powieściowy debiut. A jak jest to książka?

W porównaniu z dwoma pierwszymi utworami ("Fight Clubem" o "Rozbitkiem") jest zdecydowanie słabsza. Niestety na tle większości późniejszych również. Do tego Chuckowi wkradły się drobne błędy fabularne, a to jak na tego autora poważna sprawa.

Nie znaczy to jednak, że "Potwory..." są złą książką, bo to nie prawda. Styl nadal jest tu typowo palahniukowy, narracja achronologiczna, a kontrowersji, zaskoczeń i zwrotów akcji nie brakuje. Niestety momentami sprawia to wrażenie nieco wysilonego, a szkoda. Może to po prostu nie moja bajka, bo historia opowiada o świecie mody, ale takie są moje odczucia i wątpię bym się mylił - Chuck bowiem z mało interesujących mnie tematów potrafił wykrzesać z siebie coś, co rozpalało moją wyobraźnię, a teraz tego zabrakło.

Nie mniej warto jest polecić ją każdemu, kto lubi niebanalne lektury, ostro satyryczne i szokujące pomysłami. Szczególnie jeśli do tego interesuje się modą.

Opętani - Chuck Palahniuk



Chuck Palahniuk to pisarz, który od początku swej kariery starał się być oryginalny. A to pisząc powieść z malejącą licbą stron i rozdziałów, a to tworząc oryginalny przewodnik po najbardziej niecenzuralnych miejscach swojego miasta. Teraz natomiast zrobił rzecz najbardziej oryginalną z dotychczasowych: a mianowicie powieść, która zarazem jest zbiorem opowiadań i zbiorem poematów. Ale po kolei.

Fabuła "Opętanych" przedstawia się następująco. Grupa typowych dla Palahniuka bohaterów stanowiących zlepek najgorszych cech ludzkich, przybywa do pustego, starego domu, w którym mają przejść kurs pisarski. Snując własne opowieści starają się przede wszystkim znaleźć sposób na zostanie sławnym. Zamiast poświęcić się pisarstwie, niszczą wszelkie zapasy i postanawiają udawać, że są tu przetrzymywani siłą. Kiedy wyjdą i opowiedzą swą historię mediom, staną się wreszcie upragnionymi celebrytami. Jest ich jednak zbyt wiele i tak rozpoczyna się gra mająca na celu wyeliminowanie jak największej liczby konkurentów...

Palahniuk w "Opętanych" przedstawił wręcz obsesyjne dążenie do bycia sławnym. I ludzi gotowych na wszystko byle zaistnieć w świadomości mas. Jest to więc znów ostra satyra konsumpcjonizmu, ale również i przerysowany celowo portret ludzkiego okrucieństwa, które, jak pokazuje Palahniuk, od wieków się nie zmieniło.
W kwestii kontrowersji aż trudno jest wymienić do czego posunął się Chuck. Mamy tu bowiem np. kanibalizm, sadyzm, dziwaczne praktyki seksualne (zawarte w "Opętanych" opowiadanie "Flaki" to historia - autentyczna zresztą - chłopaka, który masturbując się w basenie wyrwał sobie odbyt - w życiu jednak, w odróżnieniu od bohatera książki nie przeżył tego zdarzenia), pedofilię, wtykanie żyletek w otwory seks-lalek, opowieść o naziście wykorzystującym seksualnie i mordującym żydówki w obozie koncentracyjnym i mnóstwo innych, wstrząsających rzeczy zawartych na stronach powieści. Wszystko ułożone w formie Poemat bohatera, opowiadanie o nim (albo jego własne opowiadanie) i rozdział książki.

Jak widać Palahniuk wytoczył to swoje najcięższe działa. Może nie do końca jest to świeże, czy spełnione (wielu zbyt otwarte zakończenie może po porostu zirytować), ale nie ulega wątpliwości, że to jedna z najlepszych książek Palahniuka i naprawdę warto po nią sięgnąć.

Achaj, tom 1 - Andrzej Ziemiański



Achaja to księżniczka Troy. Ma jednak jeden podstawowy problem - jej macocha jej nieznośni - i z tej przyczyna Achaja trafia do wojska. Na froncie zostaje wzięta do niewoli i tylko cudem uchodzi z życiem.
Co z tym jednak ma wspólnego stary cwany skryba zakonny Zaan, porywczy, nieobyty młodziak Sirius, a także czarownik Meredith, który otrzymał misję od samego Boga?

Achaja trafiła na moją półkę z wymiany książek. Pokładałem w niej spore nadzieje, jako że Ziemiańskiego zdążyłem już poznać i polubić, do tego pamiętałem pozytywne opinie z poświęconej fantastyce prasy... Ale kiedy zacząłem czytać, pojawiło się rozczarowanie. Początek był tak klasyczny, że aż sztampowy, styl lekki, ale nie wnoszący nic naprawdę ciekawego, postacie dość papierowe... Odłożyłem książkę i zabrałem się za inne rzeczy.

Wróciłem jednak do lektury po jakimś czasie i szybko przekonałem się, że odkładać Achai nie było warto. Powieść zaczęła się rozkręcać, nabierać oryginalności, intrygować. Dokończenie jej nie zajęło mi wiele czasu. I bawiłem się świetnie. Nie brak w niej akcji, humory, brutalności, seksu (choć łagodnego), przekleństw (tak typowych dla Ziemiańskiego), tajemnicy... Niby jest to powieść fantasy, niby nie brak w niej magii i dziwnych zjawisk, ale jest zdecydowanie bardziej przyziemna, realna, niż można by sądzić. Zaliczam to in plus, jako że za czystym fantasy (szczególnie heroic) nie przepadam.

Cóż więc mogę rzec w ramach podsumowania? Że książkę zdecydowanie warto poznać. Jak na polskie fantasy, jest to rzecz zdecydowanie bardzo udana, jedna z lepszych, jakie w tym gatunku rodzimych autorów czytałem, odpowiednio gruba, dobrze wydana, nieźle zilustrowana... I przystępna ceną. Zapewnia całkiem sporo niezłej rozrywki, trochę typowych mądrości i filozofowania też znalazło się na kartach, a to wystarcza, by nie żałować czasu poświęconego książce.

Polecam.

środa, 25 czerwca 2014

Hulk: Planeta Hulka - Greg Pak, Michael Avon Oeming, Aaron Lopresti,Carlo Pagulayan



Hulk sprawia zbyt wiele kłopotów. Herosi wystrzeliwują go w kosmos, gdzie nie będzie już stanowił zagrożenia.  Jednak nasz zielony olbrzym przypadkiem trafia na zamieszkałą planetę, gdzie zostaje schwytany i zmuszony do bycia gladiatorem. Szybko też buntuje się i staje na czele podobnych mu straceńców, w walce przeciwko władcom planety. I wszystko wskazuje na to, że jest istotą, jaką przepowiadały legendy...



Oto komiks, który choć powstał niedawno, cieszy się statusem dzieła już kultowego, doczekał się filmu animowanego na jego podstawie, a także wprowadził Hulka w kolejne wielkie wydarzenie, czyli "War World Hulk", które objęło kilka serii. Na razie jednak jesteśmy w połowie zmagań Zielonego Olbrzyma na obcej planecie i na tym się skupmy.



Pierwsze, co rzuca się w oczy, to rysunki. Są udane, całkiem przyjemne dla oka, z komputerowym kolorem, którego użyto z głową. Scenariusz też jest całkiem udany. Początek nawet bardzo. Niestety potem fabuła traci część z atrakcyjności i realności, jaką prezentuje na początku, i skupia się na odkrywaniu przed nami nowego świata. Czy to źle, czy dobrze, kwestia jest indywidualna, nie mniej ja liczyłem na coś nieco większego.



Co nie znaczy, że komiks jest zły. Wręcz przeciwnie, czyta się go jednym tchem, ani przez chwilę nie nuży, momentami intryguje i to bardzo... Pod wieloma względami przypomina mi cykl "Armada" - scenariusz jest na podobnym poziomie, choć rysunkom daleka do wspomnianej serii - tak w ogóle mógłbym "Planetę Hulka" określić mianem najbardziej europejskiego z amerykańskich komiksów, jaki czytałem. Czy to dobrze czy źle, znów stanowi sprawę indywidualną, choć ja zaliczam to in plus, jako porcję świeżości do nieco skostniałego i dość hermetycznego rynku komiksowego w USA.



A sam album (jak zwykle znakomicie wydany i za przystępną cenę), polecam każdemu, kto obok komiksu nie przechodzi obojętnie.



Ocena: 6,5/10

How the Jew Saved Christmas: A New Christmas Tale - Chuck Palahniuk



JAK ŻYDÓWKA OCALIŁA ŚWIĘTA: NOWA OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Tę opowieść lubią snuć szefowie sklepów. Opowiadać ją swoim pracownikom. Wydarzyła się kilka lat temu, a jej bohaterką była Miley Burke, pracownica jednego ze sklepów. Co roku w okresie świątecznym każdy z pracowników losował innego, któremu w sekrecie kupował gwiazdkowe prezenty. Byli też tacy, którzy losowali sami siebie i obsypywali się wymarzonymi rzeczami, ale tego roku Miley znalazła w swojej przegródce podarki, które przeszły wszelkie granice... przyzwoitości...

Kolejne opowiadanie Chucka i kolejny rewelacyjny tekst. Kiedy zacząłem go czytać, po prostu nie mogłem się oderwać, a po skończeniu, otrząśnięcie się nie przychodziło łatwo. Niby nie dzieje się tu nic typowo chackowego (w sensie ochydztw i dziwactw, kontrowersji), a finał jest nieco przewidywalny, ale...

Właśnie. Emocje aż wgniatają czytelnika w fotel. Śmiech, smutek, gorycz... Wszystko przeplata się tu w idealnych proporcjach, a finał, choć jest jaki jest, jest również ciepły i idealnie świąteczny.

Kto więc kocha twórczość niepokornego pisarza z Portland, powinien jak najszybciej poznać to opowiadanko. A kto nie zna, niech nadrobi ten błąd i cieszy się wielkością jego talentu.

A opowiadanie znajdziecie pod adresem http://www.bbook.com/jew-saved-christmas/.

Miłej lektury!

wtorek, 24 czerwca 2014

Ghost in the Shell - Masamune Shirow



Dziś sięgam po rzecz kultową, która ukazała się 10 lat temu wysiłkami wydawnictwa JPF po 12 latach od premiery oryginału. Rzecz, która dzięki filmowi stała się sławna na cały świat. The Ghost In The Shell.

Major Motoko Kusanagi pracuje w sekcji 9 Wydziału Bezpieczeństwa. Sekcja ta zajmuje się przede wszystkim ściganiem hakerów i przestępców cybernetycznych. Mamy bowiem rok 2029 i świat uległ zmianie. Ludzi stali się niemal cyborgami, a Sztuczna Inteligencja jest tworem, z którym żyjemy na co dzień. I w takich właśnie okolicznościach w życiu Motoko pojawia się tajemniczy cyberterrorysta Władca Marionetek. Postać, która wywróci życie pani major do góry nogami...

Cóż można powiedzieć o tej mandze, skoro chyba wszystko zostało już powiedziane? Szeroko omawiali ją bowiem nie tylko ludzie z branży  w pismach typu Kawaii ale też i tzw poważni krytycy tak literaccy jak i filmowi. Nie mniej jednak spróbuję wtrącić w to swoje trzy grosze.

Fabuła GitSa jaką przedstawiłem dwa akapity wyżej to jedynie krótki wycinek tego, co prezentuje nam autor. Postać zresztą ciekawa, bowiem nigdzie nie znajdziecie jego zdjęcia, a nazwisko Shirow Masamune to jedynie pseudonim artystyczny. Ale wracając do fabuły, to manga (licząca prawie 350str) złożona jest z 12 rozdziałów domkniętych prologiem i epilogiem i każdy prawie (poza 11 i 12, które wraz z epilogiem tworzą zamkniętą historię) opowiada o zupełnie innych przygodach sekcji 9. W każdej ścigają terrorystów i mierzą się z wielką polityką i najnowocześniejszą technologią. Gdzieś w trakcie pojawia się wspomniany Władca Marionetek i zaczyna powoli zmieniać wszystko.

Fabuła jest więc bardzo skomplikowana, okraszona technicznym żargonem i mnóstwem polityczno-ekonomicznych rozmów, które utrudniają lekturę. Chaos dodatkowo wprowadzają liczne komentarze autor na marginesach wyjaśniające szczegóły techniki, zachowań, nazw, własnych jego przemyśleń, streszczające akcję, której narysować się nie dało, a nawet polecające lektury! Są t komentarze ciekawe, nie przeczę, ale jednak zaburzają ciągłość lektury. Lektury zresztą bardzo wymagającej i trudnej, bowiem niczego nie mamy podanego wprost. Wszystko prawie - mówię o wyjaśnieniach - jest tu głównie sugerowane.

Do tego dochodzi też dużo filozofii (ale nie nachalnej, za co należą się brawa), autoparodii a także humoru (który niestety, ale dla przyzwyczajonych do jednolitości europejczyków, stanowi pewien dysonans).

Poza tym mamy też rysunki i kolor. W obu wypadkach nasuwa mi się tylko jedno słowo: cudowne. Z jednej strony rysunki są uproszczone i niechlujne, a z drugiej w tym właśnie tkwi ich siła. Są bowiem dynamiczne, szczegółowe i fascynujące wizją świata i bohaterów. Kolory zachwycają natomiast dopracowaniem i faktem, że 90% wykonane zosatły farbami, przez co stają się prawdziwymi arcydziełami. Ich ocena to bez dwóch zdań 9/10.

I pozostała jeszcze kwestia polskiego wydania. Jak napisano jest to wersja DELUX i nie skłamano. Większy format od zwyczajowego, kolorowe strony (choć nie na kredzie), obwoluta i znakomite tłumaczenie z zachowaniem oryginalnych onomatopei (przypisy zamieszczono obok, ale niestety nie zawsze). Do tego cieszy również fakt, że dostajemy wersję pełną (to jest nie pozbawioną sen wręcz pornograficznych, które jednocześnie są dość ważne dla akcji).

Po prostu cudo!

Kupować w ciemno, szczególnie że GitS nadal jest dostępny w sprzedaży.

Video Girl Ai, t 1 - Masakazu Katsura





Nastoletni Moteuchi Yota jest zakochany w ślicznej Moemi. Jak to jednak bywa w takich przypadkach, nie dość, że u płci przeciwnej nie ma powodzenia, to jeszcze Moemi kocha jego najlepszego przyjaciela. Bez wzajemności. Mimo bólu Yota postanawia pomóc jej go zdobyć. I nagle natrafia na dziwną wypożyczalnię wideo i w jego ręce trafia kaseta z filmem dla dorosłych. Tylko, że nie jest to zwykły film - z tv wychodzi Ai, dziewczyna, która ma mu zapewnić przyjemność i pomóc zdobyć ukochaną. Problem w tym, że przez uszkodzone wideo, nie jest do końca taka, jak być powinna...

Oto najlepsza manga romantyczna jaką czytałem. Wzruszająca manga pełna łagodnej erotyki i prawdziwie wielkich momentów. Narysowana genialnie, idealna pod każdym względem...

Polskie wydanie też jest niezłe, szarawy papier na jakim w Japonii wydawane są mangi (plus to, czy minus, sami oceńcie - dla mnie jest nieco za cienki i strasznie rozmazuje się na nim tusz), dobre tłumaczenie, galeria... Minus jest taki, że masa onomatopei pozostała bez przekładu.
Nie mnie manga to wielka i po prostu nie mogę jej nie polecić!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Appleseed, cz1 Masamune Shirow



Deunan Knute i cyborg Briareos Hecatonchires żyją w świecie przyszłości, gdzie po wielkiej ogólnoświatowej wojnie, Ziemia zmieniła się niemal w pustynię. Na ulicach grasuję gangi a nieliczni przeżyli muszą walczyć o przetrwanie. Okazuje się jednak, że świat wygląda całkiem inaczej niż sądzili. Oto zawarto bowiem pokój i w wielkim mieście gromadzą się ludzie. Mieście, współczesnej wieży Babel, gdzie jednak nie wszystko jest takim, jakie się wydaje...

Najsłynniejszą obok GiTSa mangę pana Shirow było nam dane poznac dzięki uprzejmości wydawnictwa TM-Semic. Można tu jednak powiedzieć niestety. Jest to kawał dobrej mangi, nieźle narysowanej (choć GiTS bije ją pod tym względem) i co najważniejsze spójnej (z czym Shirow niestety miewa problemy). Jednak polskie wydanie to koszmar. Format B5 (amerykański), marny papier, słabe tłumaczenie i dzielenie tomu na 2 części (i to w trakcie rozdziału), że już o braku tytułów nie wspomnę, to żenada. Nie mniej jest to Pesteczka, legendarna manga, i poznać wypada.

Tylko czemu nie wydano jej do końca? Nie rozumiem, skoro potem dawano takie marne dzieła jak Dirty Pair?

Chobits, t.1 Nanase Ohkawa, Mokona Apapa, Tsubaki Nekoi, SatsukiIgarashi



19 letni Hideki Motosuwa znajduj na śmietniku komputer, który w obecnych czasach równa się androidowi o ciele dziewczyny. Zabiera go więc do domu, ale gubi płytę z oprogramowaniem. Jednak wbrew logice komputer - potrafiący wymówić jedynie Chii, które to słowo staje się jego imieniem - działa i potrafi się samoistnie uczyć. Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o nieposiadającej numerów seryjnych Chii, Hideki poznaje Kokubunjiego, który odkrywa niezwykłą moc tkwiącą w Chii, a także opowiada mu legendę o Chobitsach - komputerach, które same myślą i działają. Czyżby Chii była jednym z nich? Gdy zaczyna węszyć w sieci, dostaje mailem tajemnicze zdjęcie komputera o wyglądzie Chii podpiętego do dziwnych kabli. Chii zaprzecza, że to ona, ale pikanterii dodaje niepełny napis widoczny na stroju postaci ze zdjęcia: ...hobit. Czyżby legenda byłą jednak prawdą? I co z tym wszystkim ma wspólnego tajemnicza książka znaleziona w księgarni?

8 - tomowa seria pań z Clampa, autorek m.in. X czy Card Captor Sakura, rozpoczyna się rewelacyjnie. Zupełnie odmiennie od innych dokonań autorek, lżej, bardziej wesoło i lekko (także jeśli chodzi o niemal pozbawione charakterystycznej dla Clampa czerni rysunki), ale nie mniej tajemniczo i zachwycająco. Fabułą gmatwa się coraz bardziej, coraz więcej tajemnic wypływa na powierzchnie i coraz bardziej zżywamy się z bohaterami. I choć "Chobits" wydaje się - na pierwszy rzut oka - opowieścią dla nastolatków, nie stroniącą od erotyki i wulgarnych czasem żartów, to mogę śmiało powiedzieć, że to manga dla wszystkich. Szczególnie jeśli lubi się urocze romantyczne historie i niezwykłe wielopiętrowe zagadki. Ja uwielbiam i nie dość, że dałem się porwać rewelacyjnie skonstruowanej fabule, to jeszcze Chii zauroczyła mnie na równi co Hidekiego.

Po prostu cudo! szczególnie, że polska edycja (kolorowe strony na papierze kredowym, oryginalny układ stron, obwoluta) po prostu zachwyca na równi z mangą.

Akira tom 1: Wypadek Tetsuo Katsuhiro Ōtomo



Rok 2019. Po wybuchu trzeciej wojny światowej zniszczony świat zaczyna się odbudowywać. Japonia to miejsce pełne brutalności i bezprawia. Nastolatki żyją tu głownie dla nielegalnych wyścigów motocyklowych. I w trakcie jednego z nich dochodzi do wypadku. 15-letni Tetsuo, by nie przejechać dziwnej osoby na zamkniętej autostradzie, rozbija się, a tajemniczy osobnik, władający dziwnymi mocami, znika. Zjawiają się wojskowi, Tetsuo zostaje zabrany do szpitala, a jego przyjaciele przypadkiem wmieszani zostają w intrygę mającą cos wspólnego z niejakim Akirą…

Na liście 100 najlepszych komiksów wszechczasów Akira zajmuje wysoką pozycję i poza Usagi Yojimbo, jest jedyną mangą się na niej znajdującą. Jest to też dzieło życia wybitnego mangaki Katsuhiro Otomo, znanego z choćby „Domu” (horroru w podobnej tematyce) i trzeba przyznać, ze wszystkie powyższe przymiotniki mają w sobie dużo prawdy.
Oczywiście, to dopiero pierwszy tom, i ocenić nie mogę jeszcze zbyt obiektywnie, mając po prostu zbyt mało materiału, nie mniej całość zapowiada się tajemniczo, mrocznie i ciekawie.

Może scenariusz jest póki co na 7 gwiazdek, nie mniej ilustracje to już pełna 8 oceny. Brak tu jednak klimatu, jaki miał rewelacyjny Domu, ale mam nadzieję, że historia nabierze tempa a w rysunkach będzie więcej czerni, która zawsze u Otomo mnie zachwycała.

Pan Mercedes - Stephen King



POD NIEBIESKIM MERCEDESEM

Brady Hartsfield to seryjny morderca, który zabija8 osób wjeżdżając w tłum na targach pracy. Nigdy nie zostaje złapany, ale gdy ścigający go policjant, Bill Hodges, przechodzi na emeryturę, zaczyna z nim zabawę w kotka i myszkę, chcąc doprowadzić go do samobójstwa, a zarazem dokonać wielkiej masakry. Policjant, który cierpi na depresję nagle odzyskuje sens życia i zaczyna własną grę z mordercą...

King powraca z kolejną całkiem pokaźną (choć jak na jego możliwości, nie przesadnie pokaźną) powieścią. Mówi się, że to jego pierwsza powieść detektywistyczna, ale nie jest tak do końca. Opowieści o policjantach pisał wielokrotnie (głównie w konwencji grozy), ale nie zabrakło też w jego bibliografii powieści niemal stricte detektywistycznej, czyli znakomitego "Colorado Kid". Jak radzi sobie tym razem?

Początek jest znakomity i wciągający. Szybko jednak pojawiają się pierwsze minusy. Właściwa akcja jest bowiem opowiedziana w czasie teraźniejszym, co rzadko dobrze wychodzi. Kingowi wyszło nieźle, nie mniej parę zgrzytów, w tym translatorskich, znalazło się na kartach.

Poza tym in minus zaliczyłbym także swoistą schematyczność powieści. Jej konstrukcja i bohaterowie są tak klasyczni, że czasem aż to drażni. King pełnymi garściami czerpie z literatury noir (a także z własnych, ogranych już schematów konstrukcji postaci i akcji), co ujmuje uroku tej powieści.

Nie mniej "Pan Mercedes" (pomimo infantylnego tytułu), to powieść znakomita, wciągająca, nie stawiająca na zagadkę "kto jest mordercą" - co zawsze łatwo przewidzieć i co psuje niemal każdy aktualny thriller psychologiczny czy powieść detektywistyczną - tylko ujawnia jego tożsamość na początku i skupia się na psychologii. Zabieg niby znany z dzieł Thomasa Harrisa, i niby słabszy niż u niego (psychologia Kinga przypomina dokonania z jego "Czarnej bezgwiezdnej nocy", choć jest kilka błyskotliwych momentów), ale nadal urokliwy i wart poznania. Szczególnie, że na tle podobnych dzieł (choćby "Wołania kukułki" Rowling), jest to książka na pewno warta poznania i wydania na nią niecałych 40 zł.

Fani Kinga nie będą zawiedzeni, fani tego typu literatury, którzy Króla nie zdołali jeszcze poznać, też nie. Nie będzie to może powieść, którą uznają za wybitną i zachwycą się nią, jak żadną inną, ale też i nie rozczaruje, dostarczy masy ciekawych wrażeń (plus rewelacyjną postać Holly - choćby dla niej warto) i nikt nie pożałuje poświęconego na lekturę czasu.

P.S. Mam jednak wrażenie, że ta powieść to typowy kingowy przerywnik pomiędzy poważniejszymi rzeczami i liczę, że zapowiedziana na 11 listopada tego roku powieść "Revival", a także kontynuacja "Pana Mercedesa" planowana na rok 2015 "Finders Keepers", przyniosą wiele radości.

wtorek, 17 czerwca 2014

Dziewczyna i chłopak wszystko na opak Wendelin Van Draanen




Bryce to nastolatek, który za sąsiadkę ma Juli, rówieśnicę zakochaną w nim do szaleństwa. Zakochaną tak bardzo, że on nie może tego znieść. Na unikach kontaktu z nią, by przypadkiem nie zachęcić jej do czegoś więcej, spędza większość czasu. Wszystko zaczyna zmieniać się pewnego dnia, gdy Bryce poważnie zrani Juli. Zdarzenie to zacznie uświadamiać mu jego prawdziwe uczucia do Juli. Tylko czy teraz nie jest już za późno?

Po "Dziewczynę i chłopaka..." (swoją drogą, wierne tłumaczenie angielskiego tytułu "Fliped", nie ma co...) sięgnąłem, bo zachęciła mnie okładka. Moja natura romantyka nie pozwoliła mi nie wziąć choćby książki do ręki i nie przerzucić kilku stron w celu zapoznania się ze stylem. Ale jeszcze zanim się z nim zapoznałem, wiedziałem, że powieść kupię. Wystarczył uroczy opis z tyłu.

I tak chwilę potem płaciłem już za "Dziewczynę i chłopaka..." i jeszcze tego samego dnia brałem się do lektury. I wpadłem po uszy.

Stylistycznie powieść okazała się lekka, minimalistyczna, ciekawa i przyjemna. Pełna ciepła i humoru sprawiła, że przez kilkadziesiąt stron siedziałem z głupim zapewne uśmieszkiem, a przez całą resztę z masą najróżniejszych emocji. Wzruszenia, zdenerwowania (przy łzach Juli chciałem złapać tego całego Bryce'a i...), smutku, nadziei, radości, rozbawienia... Całej palety uczuć, które rzadko mi się zdarzają przy okazji lektur. Polubiłem Bryce'a, choć lubić go się nie dało, i polubiłem Juli, bo nie można było nie polubić tej uroczej dziewczyny, która za nic ma konwenanse. Polubiłem ich życie i losy i kibicowałem ich miłości. Nie sądziłem jednak, że dam powieści tak rzadko przyznawane przeze mnie 8 gwiazdek. W końcu ile razy czytałem coś podobnego? Początkowa nienawiść, późniejsza miłość i wreszcie wielki happy end. Ale wtedy dobrnąłem do końca (przyznam, że siedząc jak na szpilkach) i...

Tak, po takim zakończeniu autorka zasłużyła sobie na 8 gwiazdek.

Po nim i po tym, jak cudownie przedstawiła te same zdarzenia z perspektywy dwóch różnych płci. Niuanse i różnice w postrzeganiu tego samego i upiększaniu wersji zdarzeń.

Owszem, nie jest to powieść bez wad. Gdyby ich nie miała, byłoby 10, a nie 8. Trochę zabrakło mi w tym problemów okresu dojrzewania, przez autorkę absolutnie pominiętych (wiem, że z założenia jest to książka również dla młodych, ale trochę realizmu, by się przydało), ale to chyba jedyne czego brak poczułem. Cała reszta jest na swoim miejscu, jest taka jak należy i to cieszy.

A poza tym, kto przy lekturze tak uroczej książki chciałby narzekać?

Tak więc konkluzja mojej recenzji będzie przewidywalna: kto uwielbia urocze, niewinne i po prostu słodkie romanse, ale nie pozbawione realizmu i goryczy, po książkę sięgnąć powinien i to bez zastanowienia. Bez względu na wiek. Choć szczególnie polecam ją osobom młodym, albo sentymentalnym. Nauczą się czegoś o życiu i przeczytają coś bardziej wartościowego od cukierkowego "Zmierzchu".

Cudowna książka!

I tylko jedno pytanie do kobiet: czy my, faceci, naprawdę jesteśmy tak beznadziejni?

Most do Terabithii Katherine Paterson




Jess ma 10 lat i kocha bieganie i rysowanie. Życie nie jest jednak dla niego łatwe. Jego rodzina jest biedna, a siostry wyśmiewają siez jego zainteresowań. Wszystko zmienia spotkanie nowej sąsiadki, Leslie, rówieśnicy, która pokazuje mu, co to znaczy siła wyobraźni...

Po raz pierwszy z "Mostem..." zetknąłem się w wersji filmowej. Ekranizację kupiłem bez większych oczekiwań, ponieważ była tania. Spodziewałem się średniego, acz niezłego filmu w stylu "Opowieści z Narnii", ale dostałem w zamian coś, co po prostu mnie zachwyciło. Dobiło dubbingiem, ale wstrząsnęło realizmem i zwrotem akcji, który wywrócił mój świat do góry nogami. Zapragnąłem przeczytać powieść, ale na pragnieniu się skończyło, bowiem zdobycie jej okazało się niemożliwe. Aż do teraz.

Przyznam się, ze otwierając "Most..." miałem mieszane uczucia i pewne obawy. Czy książka przeznaczona dla 10 latków może być dobra? Harry Potter był jednym z nielicznych wyjątków, które zachwycały, lecz większość zawsze okazywała się porażką. Coś, co pokochałem w wersji filmowej, w wersji literackiej okazywało się gniotem niemal nie do przebrnięcia.

Na szczęście - i chwała Ci za to, pani Patterson! - powieść, choć prosta stylistycznie, a wręcz ascetyczna w opisach, okazała się lekką, przyjemna i zachwycająca lekturą, od której nie mogłem sie oderwać, dopóki jej nie skończyłem w kilka godzin od wzięcia tomu do rąk.

Fabuła jest tutaj identyczna z filmem z drobnymi jednak różnicami. Mniej w niej fantastyki niż w filmie, a więcej prawdy i realizmu. Życie bohaterów nie jest lekkie, a wyobraźnia nie kreuje im aż tak niezwykłych istot, jak spece od efektów specjalnych, i jest to jak najbardziej in plus. Terabithia bowiem to nie magiczna kraina po drugiej stornie szafy, a zaledwie niewielki las, w którym bohaterowie dają upust swej fantazji. T odskocznia od rzeczywistości i codzienności pełnej obowiązków, szkoły i dojenia krów. Dzięki niej czują, że żyją i mogą pokonywać swoje słabości.

Bohaterowie też są bardzo ludzcy. Zazdrośni, niedojrzali, czasem chamscy i mściwi. Jest w nich dobro, ale nie brak im też okrucieństwa. Jess to dzieciak, który wierzy w Boga, bo musi i wcale mu się to nie podoba. Leslie to dziewczyna, która z religią nie miała dotąd styczności, ale to, co odkrywa, jest dla niej piękne, choć nie czuje konieczności wiary. Zderzenie ich światów zmienia oboje i daje im coś wspaniałego.

A potem następuje wolta i... Oglądałem film, pamiętałem wydarzenia i sądziłem, że jestem na to gotowy. Przecież książka już mnie nie zaskoczy, wiem co się zdarzy, wiem... Wiem, że się myliłem. Nie zaskoczyła, to prawda, bo przecież od filmu nie różni się niczym, jak już wspominałem, ale i tak dostałem od niej po głowie. Nie oszczędziła mnie, wstrząsnęła, doprowadziła niemal do łez. Zachwyciła.

I dlatego polecam ją gorąco wszystkim. I dużym i małym. Od jej premiery minęły 34 lata, ale pomimo drobnych wzmianek o hipisach czy Wietnamie, nie straciła nic na swej wymowie, czy aktualności. I nie straci nigdy.

Jednym słowem: Wielkie dzieło, do którego chce sie wracać i wracać.

Jurassic Park Michael Crichton




Alan Grant to światowej sławy paleontolog. Wraz z pomocnicą zostaje zaproszony przez wspomagającego jego badania miliardera, Hammond, na wsypę, na której dzięki inżynierii genetycznej odwzorowano dinozaury. Park ma stać się atrakcją turystyczną, ale istnieje obawa, że część zwierząt uciekła na ląd i dokonuje ataków. Grant i inni specjaliści mają zbadać sprawę, nieświadomi, jakie grozi im niebezpieczeństwo...

Pamiętam, jak jako dziecko fascynowałem się dinozaurami. To był czas ich powrotu do zainteresowania ludzkości, w znacznym stopniu wywołany tą powieścią i filmem, który powstał na jej podstawie i ja dałem się temu porwać. Marzyłem, by samemu zostać paleontologiem, kolekcjonowałem czasopisma z wymarłymi bestiami, figurki, komiksy...

Teraz w końcu przeczytałem powieść i choć okazała się słabsza od filmu Spilberga, nadal chętnie polecę ją wszystkim, którzy cenią sobie dobrą literaturę przygodową w nieco oldschoolowym stylu.

A koro o stylu mowa, to Crichton, choć pisze przeciętnie i rzemieślniczo, nie odstrasza i nie przynudza. Pomysłowości również mu nie brak, choć często szwankuje napięcie, a retardacje są tak oczywiste, że przestają spełniać swą rolę.

Na minus należy też zaliczyć błędy. Nie mówię tu o kwestiach nauki, która zrobiła spory postęp i wiele teorii Michela straciło rację bytu, ale błędy logiczne, w których Tyranozaur dokonuje rzeczy nie zgodnych z biologią i fizyką, a dinozaury, które na początku mają znakomity słuch, nagle nie słyszą, jak człowiek zeskakuje na półkę.

To nie są jedyne błędy (choćby łopatologiczne przesłanie też drażni co chwila), ale w ostatecznym rozrachunku książkę i tak czyta się znakomicie i nie mogę dać jej niższej oceny. Szczególnie, gdy ma na swych kartach tak znakomitą postać, jak matematyk-cynik, Malcolm.

To - Stephen King



Stephen King kocha pisać o małych miasteczkach, dziecięcych bohaterach, szkole i wakacyjnych przygodach, a co najważniejsze świetnie mu to wychodzi. Utwory o tym traktujące (Ciało, Carrie czy Christine) należą do absolutnej czołówki najlepszych jego prac i pod tym względem "To" również się w niej znajduje. Jednakże King ma też inną widoczną tu tendencję i nie chodzi mi wcale o rozwlekłość, która tu raczej jest plusem, a o psucie zakończeń. I tak jest w przypadku To, choć fabuła była więcej niż obiecująca.

O czym jest ta powieść? O grupce ludzi, którzy w dzieciństwie przeżyli coś niezwykłego i koszmarnego a po latach koszmar powraca do ich życia. Nie pamiętają jednak zdarzeń z przeszłości i dlatego nie bardzo wiedzą co się dzieje. Tak samo jak my.

King wspaniale wykorzystał pomysł powolnego odkrywania tajemnic. Akcja jednak toczy się szybko a co najważniejsze przejmująco i angażująco dla czytelnika. Stephen to mistrz pisania o dzieciach w sposób nieupiększony i brudny. W sposób prawdziwy. U niego dorastający bohaterowie to nie cukierkowe postacie, czyste i nieskazitelne, a zwykłe osoby, które próbują pierwszych w swym życiu używek i zaczynają odkrywać co to seks. I w tej warstwie King jest genialny i pierwsze 3/4 powieści to majstersztyk godny oceny 9. Świetne są też wątki tajemnicze: poprowadzone z napięciem, emocjami i wspaniałymi opisami wciągają lepiej niż niejeden film akcji, a i zdarzają się tak rzadkie u Króla momenty grozy. Całości dopełniają tak kochane przez stałych czytelników nawiązania nie tylko do dzieł Stephena ale i (a nawet przede wszystkim) do znanych horrorów, których motywami żąglowanie sprawie radość nie tylko Kingowi ale i czytelnikom. Wszystko jednak psuje zakończenie. Typowo kingowe, wyjaśniające to co powinno zostać tajemnicą (albo sugestią) i opisujące to czego nie da się opisać w sposób by nie było to głupie. Poza tym wątki iście pedofilskie (podobno King czytał tę powieść swoim dzieciom - jeśli tak, obawiam się czy nie mają jakiegoś urazu psychicznego), które łaskawie przemilczę, nie działają na korzyść "Tego".

Nie mniej z tą jedną najdłuższych książek Kinga warto się zapoznać. A jeśli chodzi o fanów autora to dla nich pozycja obowiązkowa. Nie dość, że nawiązania do niej znajdziemy potem mnóstwo razy (od "Bezsenności" przez "Łowcę snów" po "Dallas' 63"), to jeszcze całość ważna jest dla sagi Mroczna Wieża.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Kroniki. Tom 1. Smoki Jesiennego zmierzchu Tracy Hickman, Margaret Weis




Na początku książka trochę nużyła zbyt oczywistymi odniesieniami do Tolkiena i innych znanych autorów, ale w miarę czytania coraz bardziej wciągała a i autorzy jakby złapali własny rytm i styl. Pod koniec po prostu nie mogłam się oderwać. I choć książka nie zachwyca to jest dobrym dziełem w konwencji fantasy i żaden miłośnik tego stylu się nie rozczaruje. Do tego postacie są naprawdę dobrze skonstruowane. To co mi się jeszcze spodobało to narracja czasem z boku, czasem z perspektywy poszczególnych bohaterów. Obawiałam się też, że jak to często się zdarza autorzy pójdą w stronę przesadnego patosu, jednak oprócz scen wzruszających i bohaterskich mamy dużo humoru i zabawnych sytuacji.

Tatuś Muminka i morze Tove Jansson




Po ,,Zimie Muminków" najlepsza część o przygodach tych sympatycznych stworzonek. Pełna melancholii opowieść o kryzysie w życiu Tatusia Muminka i jego próbie odzyskania autorytetu u rodziny.Jest to też opowieść o samotności, mimo iż Muminki są zamknięte na małej wyspie paradoksalnie oddalają się od siebie. Nie umieją ze sobą rozmawiać ani wyrazić swoich uczuć.
W książce mamy też parę tajemnic do rozwikłania i to czyni ją bardziej atrakcyjną.
Jedynie na minus trochę końcówka wypadła, rozumiem dlaczego autorka tak zakończyła tą powieść, ale jednak czegoś brakuje, mam wrażenie,że książka po prostu się urywa.

Nocna zmiana Stephen King




Pierwszy zbiór opowiadań Kinga to już rzecz absolutnie kultowa. Rzecz, z której pochodzą takie dzieła , jak "Dzieci Kukurydzy", "Magiel", "Czasami wracają" itd. Rzecz, którą trzeba przeczytać koniecznie, nie tylko jeśli jest się fanem Kinga.

Wszystkie opowiadania składające się na ten zbiór stoją na bardzo wysokim poziomie. Wprawdzie część z nich jest przewidywalna aż do bólu, ale wszystkie poza słabym "Kosiarzem trawy" (do ekranizacji którego mam wielki sentyment, jako że będąc małą dziewczynką byłam pod dużym wrażeniem efektów z tego filmu) czyta się lekko i "przyjemnie" (w cudzysłowiu - w końcu większość to opowieści grozy).

Szkoda tylko, że obecny King zatracił tę jakże znakomitą stylistykę, jaką zaprezentował na początku swej kariery, a która w powyższym zbiorze jest doskonale widoczna. Szczególnie widoczne jest to w chyba najlepszym opowiadaniu "Nocnym przypływie", stanowiącym preludium do "Bastionu". Opowiadaniu, które pod względem psychologiczno-obyczajowym zachwyca, wstrząsa i przeraża tym, co w nas, ludziach jest najgorsze. A w końcu to te motywy zawsze są u Króla najlepszą częścią jego dzieł.

Ręka mistrza - Stephen King



Edgar Freemental w wypadku samochodowym traci rękę i zdrowie. Cierpiąc na problemy psychiczne i niekontrolowane napady złości doprowadza do rozpadu swojego małżeństwa. Za radą lekarza przeprowadza się na Dumę Key - wyspę na Florydzie - na której ma zacząć nowe życie. Szybko odkrywa w sobie niesamowity tlent malarski a także to, że wyspa kryje w sobie wiele tajemnic...

"Ręka mistrza" to ciekawy przypadek w bibliografii Kinga, stanowi bowiem przykład autoplagiatu popełnionego z... autoplagiatu. Bo "Ręka..." to nic innego jak swoista przeróbka "Worka kości" (który stanowił przeróbkę "Lśnienia") i to jest jej główny zarzut. Nie mniej jest to powieść świetna stylistycznie (choć mamentami nie wolna od typowo kingowych dłużyzn) i dająca się czytać jednym tchem. Fascynuje też jej tajemnica, mroczne sekrety tkwiące w wyspie, ale kiedy King przechodzi do wyjaśniania wszystkiego, fabuła zaczyna kuleć. Paradoksalnie najbardziej logiczne zaczynają się wydawać elementy abstrakcji a nie to, co logiczne być powinno. Nie zawodzą za to znakomite elementy obyczajowe, ale z czasem ustępują (niestety) fantastyce, która już najwyższych lotów nie jest (choć niektóre elementy grozy są naprawdę udane i bardzo plastyczne). Podobnie jest też z nawiązaniami do innych dzieł autora, które w "Ręce..." stanowią prawdziwy rarytas dla stałych czytelników - subtelny i niemal niezauważalny.

Trochę więc szkoda, bo można było zrobić z "Ręki..." wybitna powieść, a nie tylko naprawdę niezłą. Nie mniej jednak jak na powieśc, która powstała po strasznie trudnym dla czytelników okresie twórczośći Króla (po powieściach w stylu "Historia Lisey", czy ostatnich tomach "MW"), jest dzieło bardzo nawet udane i godne polecenia. Emocji dostarczy Wam bardzo dużo, a chyba w tym przypadku nie trzeba wiele ponad to.

piątek, 13 czerwca 2014

Dotyk zła - Alex Kava



Maggie O'Dell to kobieta po przejściach. Nic w tym dziwnego skoro jest agentką FBI zajmującą się portretami psychologicznymi seryjnych morderców. Kiedyś porwana nawet przez jednego z nich, teraz zmaga się z demonami tych wspomnień. Nick Morelli to małomiateczkowy szeryf, który ciągle tylko uwodzi kobiety. jednak i ona zmaga się ze swoimi demonami - postacią ojca, któremu wciąż star się dorównać. Oboje spotykają się, gdy w okolicy zaczyna grasować seryjny morderca małych chłopców. I choć sytuacja jest napięta, między obojgiem zaczyna się rodzić uczucie...

"Dotyka zła", debiutancka powieść Alex Kavy, nie jest może oryginalnym thrillerem, bo w tym gatunku tematyka wyczerpała się chyba na Thomaie Harrisie (choć autorka bardzo i na tym polu się stara), ale na pewno sprawnie i emocjonująco napisanym. atmosfera jest tu gęsta od zagrożenia i pełna napięcia, a sylwetki bohaterów wyraźne i przekonujące. Może nie do końca przekonuje np. wątek takiego zaangażowania Maggie w śledztwo, skoro jest tylko specjalistką od portretów a nie agentką terenową, ale na pewno jest on lepiej umotywowany niż w dalszych tomach. Ale jakie to ma znaczenie, skoro książkę czyta się po prostu rewelacyjnie. Nawet jeśli czasem opisy autorki balansują na cienkiej granicy, gdzie napięcie może zamienić się w niezamierzony wybuch śmiechu.

Polecam gorąco nie tylko zwolennikom mocnych wrażeń.

Maggie O'Dell to kobieta po przejściach. Nic w tym dziwnego skoro jest agentką FBI zajmującą się portretami psychologicznymi seryjnych morderców. Kiedyś porwana nawet przez jednego z nich, teraz zmaga się z demonami tych wspomnień. Nick Morelli to małomiateczkowy szeryf, który ciągle tylko uwodzi kobiety. jednak i ona zmaga się ze swoimi demonami - postacią ojca, któremu wciąż star się dorównać. Oboje spotykają się, gdy w okolicy zaczyna grasować seryjny morderca małych chłopców. I choć sytuacja jest napięta, między obojgiem zaczyna się rodzić uczucie...

"Dotyka zła", debiutancka powieść Alex Kavy, nie jest może oryginalnym thrillerem, bo w tym gatunku tematyka wyczerpała się chyba na Thomaie Harrisie (choć autorka bardzo i na tym polu się stara), ale na pewno sprawnie i emocjonująco napisanym. atmosfera jest tu gęsta od zagrożenia i pełna napięcia, a sylwetki bohaterów wyraźne i przekonujące. Może nie do końca przekonuje np. wątek takiego zaangażowania Maggie w śledztwo, skoro jest tylko specjalistką od portretów a nie agentką terenową, ale na pewno jest on lepiej umotywowany niż w dalszych tomach. Ale jakie to ma znaczenie, skoro książkę czyta się po prostu rewelacyjnie. Nawet jeśli czasem opisy autorki balansują na cienkiej granicy, gdzie napięcie może zamienić się w niezamierzony wybuch śmiechu.

Polecam gorąco nie tylko zwolennikom mocnych wrażeń.

Serca Atlantydów - Stephen King



Bobby Garfield to typowy nastolatek. Dziecko żywe i pragnące poznawać wszystko co zakazane. Kiedy w jego domu zamieszkuje starszy mężczyzna Ted Brautigan, wydaje się on być zwyczajnym człowiekiem. Ciekawym, ale zwyczajnym. Ale to tylko powierzchowność, bo Ted kryje w sobie wielką tajemnicę...

"Serca Atlantydów" to pozycja ciekawa w dorobku Stephena Kinga. Stanowi bowiem zbiór opowiadań/nowel, a zarazem każdy z tekstów w niej zawartych łączy się z pozostałymi w jedną wielką całość. Opowieść rozgrywającą się w latach 1960-1999. I choć niemal każda z opowieści za głównego bohatera ma kogoś innego, a nawet różni się stylem narracji (a to pierwszo a to trzecioosobowym), trudno mi nazwać serca inaczej jak powieścią. Sagą życia kilku osób.

To nie jest horror, a fantastyki jest w nim jak na lekarstwo. I nie ma ona nic wspólnego z Atlantydą jak mógłby sugerować tytuł. To, co King serwuje nam na tych 512 stronach książki to przede wszystkim opowieści obyczajowe. Bliskie zresztą biografii autora: dziecko wychowane przez samotną matkę, utrata niewinności, wojna w Wietnamie... długo można by wymieniać. Ale w tym tkwi właśnie największa siła "Serc..." a w szczególności dwóch tekstów, absolutnych perełek w dorobku Mistrza: "Mali ludzie w żółtych płaszczach (1960)" (sfilmowanego potem) i tytułowego "Serca Atlantydów" (1966).

Emocjo dosłownie wciskają czytelnika w fotel, walą po głowie i wzruszają niemal do łez. Do tego intrygujące tajemnice (które King rozwiązuje dopiero w kolejnych powieściach "Buicku 8" i ostatnim tomie sagi "Mroczna Wieża") i wspaniała psychologia postaci. I oczywiście świetne, niezepsute zakończenie (z czym u Króla bywa różnie) a także lekka, wciągająca stylistyka.

Po prostu super. Książka, którą śmiało mogę polecić wszystkim ceniącym sobie dobrą literaturę. A dla fanów Kinga (a w szczególności MW) to pozycja obowiązkowa.

Bobby Garfield to typowy nastolatek. Dziecko żywe i pragnące poznawać wszystko co zakazane. Kiedy w jego domu zamieszkuje starszy mężczyzna Ted Brautigan, wydaje się on być zwyczajnym człowiekiem. Ciekawym, ale zwyczajnym. Ale to tylko powierzchowność, bo Ted kryje w sobie wielką tajemnicę...

"Serca Atlantydów" to pozycja ciekawa w dorobku Stephena Kinga. Stanowi bowiem zbiór opowiadań/nowel, a zarazem każdy z tekstów w niej zawartych łączy się z pozostałymi w jedną wielką całość. Opowieść rozgrywającą się w latach 1960-1999. I choć niemal każda z opowieści za głównego bohatera ma kogoś innego, a nawet różni się stylem narracji (a to pierwszo a to trzecioosobowym), trudno mi nazwać serca inaczej jak powieścią. Sagą życia kilku osób.

To nie jest horror, a fantastyki jest w nim jak na lekarstwo. I nie ma ona nic wspólnego z Atlantydą jak mógłby sugerować tytuł. To, co King serwuje nam na tych 512 stronach książki to przede wszystkim opowieści obyczajowe. Bliskie zresztą biografii autora: dziecko wychowane przez samotną matkę, utrata niewinności, wojna w Wietnamie... długo można by wymieniać. Ale w tym tkwi właśnie największa siła "Serc..." a w szczególności dwóch tekstów, absolutnych perełek w dorobku Mistrza: "Mali ludzie w żółtych płaszczach (1960)" (sfilmowanego potem) i tytułowego "Serca Atlantydów" (1966).

Emocjo dosłownie wciskają czytelnika w fotel, walą po głowie i wzruszają niemal do łez. Do tego intrygujące tajemnice (które King rozwiązuje dopiero w kolejnych powieściach "Buicku 8" i ostatnim tomie sagi "Mroczna Wieża") i wspaniała psychologia postaci. I oczywiście świetne, niezepsute zakończenie (z czym u Króla bywa różnie) a także lekka, wciągająca stylistyka.

Po prostu super. Książka, którą śmiało mogę polecić wszystkim ceniącym sobie dobrą literaturę. A dla fanów Kinga (a w szczególności MW) to pozycja obowiązkowa.

Hotel New Hampshire - John Irving



Właściwie trudno jest powiedzieć coś o fabule "Hotelu New Hampshire" bez zdradzania jakichś ważnych dal rozwoju akcji treści, bowiem jest to książka dziwna pod tym względem. Nie znajdziemy tu żadnego wątku przewodniego ani tematu głównego, tak samo jak nie znajdziemy właściwie odpowiedniego słowa, by określić gatunek jaki powieść reprezentuje. O czym więc jest "Hotel..."? Najprościej i najszczerzej powiedziawszy o życiu. Tym zwykły i codziennym, pełnym problemów i smutku. Opis z tyłu okładki wspominający o karłach, jeżdżących na motorach niedźwiedziach i kolejnych wcieleniach mściwego psa Smutka sugerowałby surrealistyczny horror, ale tak naprawdę w książce nie spotykamy ani grozy ani tym bardziej fantastyki. Fabuła toczy się życiowo. Opowiadana przez Johna Berry'ego, jednego z dzieci Wina, snutej historię poznania się jego rodziców, ich związku, małżeństwa, prowadzonego przez nich hotelu, przeprowadzki i podobnych kwestii. I o ile wydawać by się mogło, że tego typu powieść będzie przynudzać, to szybko okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. "Hotel..." zachwyca już od pierwszej strony i nie puszcza czytelnika ze swych objęć do samego finału.

A czego przez ten czas nie uświadczamy! Emocji jest masa: złość, radość, smutek, podniecenie, zdenerwowanie. Czytelnik dzięki lekkiemu i niesamowitemu stylowi narracji zostaje wciągnięty w losy Berrych, zupełnie jakby nagle stał się może nie członkiem rodziny, ale ich bliskim przyjacielem. Kiedy więc dochodzi do pewnej tragedii (powiem tylko, że związanej z przelotem do Wiednia), naprawdę chce nam się płakać. Czytelnik ma wrażenie, że stracił kogoś bliskiego, kogoś kogo znał i trudno mu się z tego otrząsnąć.

Autor nie żałuje nam też kontrowersji. Tematy homoseksualizmu, aborcji, terroryzmu, prostytucji czy nawet kazirodztwa są tu na porządku dziennym. Całość pełna jest erotyki, ale nie nachalnej, podanej wręcz wstydliwie, załagodzonej i pełnej niedomówień. A całość okraszono czarnym humorem (czasem nawet bardzo czarnym) i mnóstwem sytuacji wręcz zdawałoby się idiotycznych. Czytamy kolejny wymysł autora i stwierdzamy, że tym razem palnął prawdziwą głupotę. Dajemy mu się jednak zwieść. Kilka zdań dalej bowiem wszystko układa się w logiczną całość, do której po prostu nie można mieć zastrzeżeń. Są to oczywiście zabiegi, które dają czytelnikowi dużo do myślenia, ale nie nachalnie. Dają mu bowiem wybór: albo zechce zagłębić się w przesłanie, jakie dany fragment niesie, albo po prostu dobrze się będzie bawił.

Trudno więc jednoznacznie sklasyfikować "Hotel..." Jest tu coś z tragikomedii i komediodramatu. Sporo autor zaczerpnął z satyry i typowych sag rodzinnych, a nawet poezji. Znajdziemy tu coś z Forresta Gumpa i z Chucka Palahniuka (choć to raczej w Forreście lub u Palahniuka znajdziemy coś z "Hotelu..."). Znajdziemy tu emocje i leniwie czasem prowadzoną narrację. Znajdziemy miłość i brud. Piękno i brzydotę. Znajdziemy życie.

I dlatego właśnie warto. Nawet, jeśli czasem tępo spada (zdawałoby się - paradoksalnie - w najbardziej dynamicznych momentach) a czasem patos nieco drażni. Polecam. Całym sobą.

I, cytując książkę, Smutek zawsze na wierzch wypływa, ale życzę Wam byście zdrowi mijali otwarte okna.

Ocena: 7,5

Bastion - Stephen King



Tajemniczy wirus wynaleziony przez wojsko wydostaje się z laboratorium. W krótkim czasie zabije kilka miliardów ludzi. Nieliczni ocaleli muszą odnaleźć się w postapokaliptycznym świecie. Jednak szybko odkrywają, że nie przypadkowo przeżyli. Mają do wykonani misję, do której wskazówkami okazują się być dziwne nawiedzające ich sny...

Do tej książki Kinga wiele lat temu podchodziłem nic niemal o niej nie wiedząc. Słyszałem, ze jest kultowa i nie chciałem dowiadywać się o niej niczego więcej. Szczególnie, że uwielbiałem już wówczas Kinga i chciałem przeżyć lekturę jak najpełniej.

I na początku było świetnie, ale niestety im dalej tym książka zaczynała nużyć pewną monotonią i wręcz epickimi (by ładnie nazwać to wodolejestwo) opisami. Ale nie mogłem na to narzekać, nie kiedy Stephen rozpisywał się tka nad moim ulubionym elementem jego dział - wątkami obyczajowymi. Kiedy jednak zakończyłem tę powieść roześmiałem się z politowaniem dla jej zakończenia, które było po prostu nijakie i nie pasujące do całości. Oto bowiem (uwaga spoiler!) konfrontacja, na którą czekaliśmy od dobrych 500 stron w ogóle nie nadchodzi, a powieść kończy się szybko i nagle jakby sam autor miał dość ciągnięcia tego i znudził się opowiadaniem historii, którą ciągnął przez ok 1000 stron. A to rozczarowuje i to bardzo.
Jeśli jednak przeboleć zakończenie (wielokrotnie King bywał gorszy - np "To" cz "Stukostrachy" rozczarowywały całkowicie) książka jest całkiem niezłą, postapokaliptyczną zabawą pełną trupów, obrzydliwości, wyludnionych scenerii i najgorszych ludzkich zachowań. A także nadziei i wiary.

Cztery pory roku -Stephen King



To byłą jedna z pierwszych książek Kinga jakie przeczytałem i w dużej mierze to jej zawdzięczam fascynację tym autorem. Trzy bowiem z czterech zawartych w niej nowel, należą do jednych najlepszych utworów w dorobku Króla i pokazują prawdziwy geniusz tego autora.

Pierwsza z nich to legendarni „Skazani na Shawshank” i po jej przeczytaniu tylko jedno przychodzi do głowy – film choć wierny, nie dorasta jej do pięt. I dlatego moja ocena historii to 8/10.

Druga, „Zdolny uczeń”, jest jeszcze lepsza: bardziej wciąga, bardziej emocjonuje, bardziej szokuje i choć może nie jest tak przewrotna jak „Skazani...”, to przy jej wielkości wyrządziłbym jej krzywdę oceniwszy mniej niż na 8,5.

Trzecia, „Ciało”, to już absolutna perełka, jeden z najlepszych utworów Kinga i bez dwóch zdań najlepsza nowela jaka wyszła spod jego ręki. Typowa dla niego opowieść o pisarzu i dzieciństwie, z pierwszoosobową narracją i wspaniałą lekkością. Wspaniała, nostalgiczna... Cudo! 9,5, to moja ocena.

I wreszcie ostatni i najsłabszy za razem tekst „Metoda oddychania”. Średnio udana, dość makabryczna historia z przesadzonym zakończeniem, która stanowi jedyny horror w tym zbiorze. Mimo tych minusów, dla fanów Króla tekst raczej obowiązkowy, łączący się z pewnym opowiadaniem ze „Szkieletowej załogi”. Ocen jednak to tylko 6, bo przecież mogło być dużo lepiej.

Jaka więc jest moja ostateczna konkluzja odnośnie tego zbioru? Przewidywalna: kto nie czytał, niech jak najszybciej nadrobi ten błąd, szczególnie że kieszonkowe wydanie kosztuje ledwie kilkanaście złotych, bo nie co dzień zdarza się książka tak wysokich lotów w literaturze popularnej.

Stukostrachy - Stephen King



Stephen King to jeden z moich ulubionych autorów, ale często zdarza mu się popełnić dzieła naprawdę ciężkostrawne. I choć chciałbym powiedzieć, że w przypadku Stukostrachów, jednego ze swych najdłuższych dzieł, tak nie jest, to nie mogę.

Fabuła jest typowo Kingowa: otóż główna bohaterka natyka się na coś dziwnego w ziemi i zaczyna to odkopywać. Wywołuje to lawinę zdarzeń, które prowadzą do całkowitej przemiany ludzi w okolicy i serii dziwacznych zdarzeń.

Niby jest wszystko to co u Króla kochamy najbardziej: powolne zawiązanie akcji, małomiasteczkowe klimaty, duża liczba bohaterów, wiele wątków obyczajowych (w tym osobistych - jeden z głównych bohaterów Gardner to jakby sam Stephen, alkoholik po przejściach)... ale czegoś w tym brak. Akcja toczy się za wolno, King często przynudza, a styl jest naprawdę momentami ciężkostrawny. Do tego masa pomysłów jest kompletnie nietrafiona (ożywione sprzęty gospodarstwa domowego, czy temat miesiączkowania wałkowany raz po raz, w odróżnieniu od "Carrie", tu pozbawiony sensu, jakby był upustem jakiejś dewiacji autora), a wiele wytłumaczeń banalnych i nieprzekonujących.

A plusy? Jest sporo nawiązań do innych dzieł Kinga (choćby Talizmanu), nie brak momentami fajnego klimatu rodem z tanich thrillerów sf a na dokładkę mamy jeden z rozdziałów poświęcony Bece Poulson (kiedyś opowiadanie "Revelations of Becka Poulson" dołączone do wydania specjalnego "Szkieletowej załogi", zekranizowane, ale nie wznawiane i nigdy nie wydane po polsku). Jednak nie ratuje to książki.

Fani Kinga sięgnąć jednak po nią powinni. Choćby dla wyrobienia własnego zdania. Reszta: na własną odpowiedzialność.

Mega Giga, tom 5: 1001 Prac



Komiks ten wpadł w moje ręce przypadkiem, ale z sentymentu postanowiłem go przeczytać i muszę przyznać, bawiłem się naprawdę dobrze. Kilka komiksów zawartych w tym tomie (Chudy literat, Smykałka do biznesu, Nocna zmiana w skarbcu i Kochany pan dyrektor) okazało się naprawdę znakomitymi, choć i trafiła się nudny "Wyspa doktor Muro".

Tak więc całość chętnie polecam dzieciom, jak i tym, którzy nadal mają w sobie chętnego na odrobinę niezobowiązującej infantylnej rozrywki berbecia.

czwartek, 12 czerwca 2014

Blaze - Richard Bachman



Clayton Blaisdell junior to olbrzymi, lecz ograniczony umysłowo bandyta. Zawsze współpracował z George'em, ale teraz George nie żyje, a Blaze (jak wszyscy go zawsze zwali) ciągle słysząc go w swej głowie, podejmuje się dokończenia wymyślonej przez niego akcji porwania dziecka zamożnego małżeństwa dla okupu. Tylko, co będzie, kiedy zakocha się w noworodku...?

King wymyślił Richarda Bachmana pod koniec lat 70, ponieważ pisał za dużo książek, a wydawca nie chciał wypuszczać na rynek tylu dzieł z jednym nazwiskiem. King zaczął więc wydawać pod pseudonimem powieści, które nie za bardzo pasowały do niego: krótkie, pozbawione fantastyki i zdecydowanie bardziej dosadne, niż reszta jego twórczości. Kiedy jednak został zdemaskowany, po wydaniu "Chudszego" w połowie lat 80, porzucił pseudonim. Nie na zawsze jednak, bowiem w 1996 roku wydał pod tym nazwiskiem "Regulatorów", a dekadę później "Blaze'a" właśnie.

Co można o tym tytule powiedzieć?

Przede wszystkim, że jest to prawdziwy Bachman. Nie jak "Chudszy" czy "Regulatorzy" - powieści grozy typowe dal Kinga - ale właśnie obyczajowy, surowy i dosadny. Pesymistyczny. Krótki. Stylistycznie nie Kingowy.

Czy to źle?

Absolutnie nie, bo książka po prostu zachwyca. Nie brak w niej emocji, genialnej psychologii i typowo bachamnowskiego zakończenia. Stylistycznie rzecz jest lekka, przyjemna i szybka w lekturze. Mocna, zachwycająca szczególnie rewelacyjnymi retrospekcjami i nie dająca się odłożyć na półkę przed końcem.

I za to ja po prostu kocham i polecam wszystkim tym, którzy uwielbiają inteligentną i przejmującą rozrywkę na wysokim poziomie.

Mile 81 - Stephen King




CHASING "CHRISTINE".

10 letni Pete Simmons miał być pilnowany przez brata, ale ten wolał wybrać się z kumplami (bandą nazywającą się Rip-Ass Riders - Zajebistymi Jeźdźcami) na skakanie na rowerach ze skraju żwirowego wyrobiska. Zostawiony sam sobie Pete wyrusza więc do opuszczonego punktu obsługi podróżnych przy tytułowej 81 mili. Ogląda tam zostawione przez starszych erotyki a wreszcie upija się znalezioną wódką i zasypia. Tymczasem obok budynku zatrzymuje się zabłocone kombi. Dziwna rzecz, skoro w Maine nie padało od dawna. Kilku podróżnych zatrzymuje się to sprawdzić.
Gdy Pete się zbudzi, po podróżnych zostanie tylko kilka przedmiotów i dwójka przerażonych dzieci. Zacznie się walka o przetrwanie.

"Mile 81", e book Kinga tuż sprzed wydania "Dallas '63", to jak się można domyślić rzecz napisana głownie na zamówienie. Nowela, którą można postawic obok takich dzieł, jak "UR", "The Plant", czy "Riding the Bullet". Na pólce Kinga-eksperymenty-z-nową-technologią )by zacytować tu Wesleya z "UR"). Eksperyment z nowelą na iPada (który też odgrywa w historii pewną rolę) Czy to udany eksperyment? Nieszczególnie, choć wielkiego rozczarowania nie dostarcza czytelnikowi.

Właściwie "milę.." podzielić można na 3 części: świetny początek (dziecięcy bohater, wgląd w życie na przedmieściach a la w "Ciele"), średni środek (krwawe i nieprzekonujące, czasem śmieszące nawet elementy grozy, choć obyczajowa warstwa trzyma pewien poziom) i niezłe zakończenie, otwarte i pozostawiające nie odpowiedzi a domysły. Zakończenie trochę jakby z "Pod kopułą" a zdecydowanie więcej ze "Sklepiku z marzeniami". I choć styl jest niezły, choć nie idealny (czasem dzieci wyrażają się zbyt dorośle, czasem zbyt infantylnie), jakby pisany na szybko i nie brak też emocji (szczególnie w finale), to niestety to wszystko już było choćby w Christine czy Buicku 8 - i w obu przypadkach zdecydowanie w lepszym wykonaniu.

King jak zawsze puszcza oko do fanów (nawiązania do Christine chociażby) ale jest to jakby zrobione na siłę, bez finezji, choć ze swoistym urokiem.

I cóż mogę dodać: fani Kinga "milę..." poznać powinni, fani horrorów pewnie też, ale reszta co najwyżej może, bowiem jest wiele dzieł dużo lepszych z bibliografii Kinga i na nich przede wszystkim warto się skupić. Choć myślę, ze jeśli po Milę sięgnięcie nie będziecie zbytnio zawiedzeni.

Życie i czasy Sknerusa McKwacza t.1 - Don Rosa




Sknerus McKwacz rodzi się w bidnej szkockiej rodzinie. Zaczynając jako pucybut marzy o wielkim świecie i bogactwie. W końcu wyrusza na wyprawę statkiem i tak zaczyna się jego przygoda.

I cóż można o tym komiksie powiedzieć? Chycba tylko najkrócej jak sie da. Że jest to cudowne dzieło. Najwybitniejsza historia ze świata Kaczora Donalda. Śmieszna, przejmująca, wzruszająca. Dzieło uniwersalne, dużo większe niż mogłoby się wydawać po tematyce. Wspaniała opowieść o chciwości, upadku ideałów, zakłamaniu i łamaniu barier. Nagroda Eisnera - taki komiksowy odpowiednik Oscara zasłużona i to jak najbardziej. Polecam dzieciom, ale przede wszystkim dorosłym, bo komiks ten można odebrać na naprawdę wielu poziomach.

Lektura idealna dla wszystkich sentymentalnych ludzi.

Batman: Rok pierwszy - Frank Miller, David Mazzucchelli, Richmond Lewis



Bruce Wayne powraca do Gotham City po latach od śmierci rodziców. Cel ma tylko jeden: walczyć ze zbrodnią. Ma wyszkolenie i pieniądze, nawet możliwości, ale brak mu cierpliwości i pomysłu jak tego dokonać.

Tymczasem do Gotham przybywa też James Gordon z ciężarną żoną. Chce walczyć ze złem, jako policjant, ale czy w mieście, gdzie nie ma skorumpowanych stróżów prawa jest to w ogóle możliwe?


Rok 1986 był chyba najważniejszym rokiem dla komiksu amerykańskiego. Oto nagle grupa ludzi stworzyła pięć dzieł, które zmieniły infantylne opowieści o ludziach w trykotach w pełne głębi i psychologii komentarze społeczne. Te pięć dzieł to "Strażnicy" Moore'a i Gibbonsa, "Man of Steel" Byrne'a, "Powrót Mrocznego Rycerza" Millera, "Daredevil: Odordzony" Millera i Mazzuchelliego i oczywiście "Rok pierwszy".


W czym tkwi siła tej opowieści? Odpowiedź brzmi we wszystkim. Od przedstawienia postaci (Batman to człowiek pełen rozterek, nie bohater a terrorysta, Gordon to uczciwy glina, który popełnia błędy jak np. zdrada żony itp), świata (skorumpowane, brudne Gotham pełne świateł seks-neonów i przybytków spod szyldu XXX) po fabułę (tu nie ma super łotrów czy super mocy - Batman i Gordon walczą z korupcją i nadużywaniem władzy, a także z własnymi słabościami). Genialny scenariusz Millera zachwyca od pierwszych stron, pełen nawiązań do klasycznego Batmana i pełen nazwisk twórców służąych za nazwiska bohaterów (Loeb czy Finger). Rysunki Mazzuchelliego również, choć są maksymalnie uproszczone (niemal identyczne z ilustracjami Wagnera do legendarnego Batman: Twarze). A kolor to perełka minimalizmu i artyzmu zarazem.


Nic dziwnego, że komiks znalazł się na 6 miejscu listy największym komiksów w historii bijąc na głowę takie opowieści jak "Dark Phoenix", czy "Marvels". Jednym słowem cudo, które powinien poznać każdy, nie tylko fan powieści graficznych.


P.S. Batman: Początek był filmem w dużym stopniu opartym na tym komiksie, ale o wiele gorszym, płytszym, pozbawionym polotu, sensu, dramaturgii i psychologii od dzieła spółki Miller / Mazucchelli.

Batman: Powrót Mrocznego Rycerza - Frank Miller, Lynn Varley, KlausJanson



Bruce Wayne nie jest już Batmanem. Jako człowiek mający już na karku kilkadziesiąt lat i mniej sprawności niż kiedyś, wiedzie życie emeryta. Jego wrogowie siedzą w Arkham, więc może sobie pozwolić na ten luksus. A przynajmniej tak mu się wydaje. W Gotham rozpoczyna się seria upałów, które stają się przyczyną wzrostu przestępczości. Bruce nękany własnymi demonami z przeszłości nie może wytrzymać sam ze sobą. Musi powrócić z emerytury i zmierzyć się nie tylko z bandytami czy własną słabością, ale również i Jokerem...


"PMR" to komiks legendarny i fakt, że po polsku ukazał się tak późno, jest jakąś wielką pomyłką. Na szczęście się ukazał i to w naprawdę dobrym wydaniu: papier kredowy, świetna jakość druku i tylko brak twardej oprawy nieco smuci, bo dzieło tria Miller/Varley/Janson absolutnie na nią zasłużyło.


Dlaczego? Jest to kolejny komiks Millera, który złamał wszelkie reguły. Do tej pory żaden z bohaterów nie miał prawa się zestarzeć. Nie miał prawa odchodzić na emeryturę i zmagać się ze wszystkimi aspektami swego wieku i człowieczeństwa. Batman zawsze się wyróżniał. Swym brakiem nadludzkich mocy, cierpieniem psychicznym, podatnością na zranienia, ale Miller uczynił go przede wszystkim istotą ludzką. Rozchwianą, często bojącą się i nie potrafiącą poradzić sobie z własnymi lękami. Bruce, mimo iż jest staruszkiem, ciągle rozpamiętuje scenę śmierci rodziców. Ciągle zmaga się z tym, co doprowadziło go do włożenia maski i nie potrafi zwalczyć. Poddaje się więc temu. I poddaje się żądzy zemsty, choć ciągle nie jest w stanie nikogo zabić.


Świetny jest też kontrast pomiędzy nim a Supermanem, który ani odrobinę się nie zestarzał, a na dodatek pracuje dla rządu i jako jedyny jest oficjalnym superbohaterem. Kontrast i paradoks, bo choć obaj się przyjaźnią, wbrew woli będą musieli stanąć ze sobą do walki, i tylko jeden wyjdzie z niej żywy...


Kolejnym świetnym wątkiem jest puszczanie oka do stałych czytelników komiksów. Mamy oto nowego Robina, a raczej Robin, nieco szaloną nastolatkę, która nie zdaje sobie sprawy z tego co zabawa w herosa ze sobą niesie. Mamy samozwańczych synów Batmana i dawnych bohaterów w tle. Bohaterów, z którymi Miller nie obszedł się łagodnie. Catwoman jako właścicielka agencji towarzyskiej, zbrzydzona i utuczona przez lata, czy Green Arrow, który stracił rękę, ale nadal chce walczyć i strzelać z łuku...


Ale to wszystko tak naprawdę jest niczym innym jak tłem dla satyry na Zimną Wojnę i politykę USA lat 80 XX w. Tłem dla komentarza popkulturowego dla zarzutów, że komiks to rozrywka dla dzieci i idiotów. I hołdu dla tego wspaniałego medium.


A całość ilustrują znakomicie minimalistyczne i celowo uproszczone rysunki Millera (niemal zupełnie pozbawione charakterystycznej dla niego zabawy czernią), doskonale podkreślone pastelowymi barwami autorstwa Lynn Varely (prywatnie żony Millera).


Nie dziwi więc fakt, że na liście 100 najlepszych komiksów wg Wizarda "PMR" znalazł się na miejscu 3 (pokonany przez "Strażników" i "Mausa"). Polecam, choć nie wszystko jest tu może idealne, w szczególności beznadziejny przekład Kreczmara, który nie zna chyba zbyt dobrze języka i nawet czas teraźniejszy myli mu się z przeszłym...

Sin City: Do piekła i z powrotem - Frank Miller


Wallace to bohater wojenny, który obecnie ledwie wiąże koniec z końcem zarabiając na swym talencie artystycznym. Pewnej nocy przypadkiem ratuje Esther, czarnoskórą niespełnioną aktorkę, która usiłuje popełnić samobójstwo. Czas spędzają na rozmowie i Wallace szybko zakochuje się w Esther, ale nagle dziewczyna zostaje porwana przez ludzi pułkownika. Dlaczego? To pytanie nurtuje Wallace'a, ale istotniejszy jest fakt uratowania ukochanej z rąk mafii. Tak zaczyna się kolejna wendetta w Mieście grzechu...


Ostatni tom Sin City, tom największy objętościowo ze wszystkich dotychczasowych (296 str), to może nie najlepszy z komiksów cyklu, a rysunkowo wręcz najsłabszy (za to wahałem się czy nie obniżyć oceny o 1 gwiazdkę), ale co tu dużo mówić - i tak jest to dzieło wielkie. Fabularnie dostajemy to co zwykle: znakomitą historię o miłości, zemście i sprawiedliwości wbrew prawu. Czarny kryminał z rewelacyjną psychologią postaci, mocną fabuła dla dorosłych, z dużą dozą przemocy i erotyki.


Czy sa jakieś zmiany? Owszem. wprawdzie jedna, ale duża. Dostajemy bowiem w końcu coś więcej niż tylko czarnobiałe strony z odrobiną tuszu (czerownego, niebeskiego, żółtego) to tu to tam. Tym razem kilknaście stron dostajemy w rewelacyjnym kolorze Lynn Varley (żony Millera) i są to z pewnością najlepiej stworzone strony w całym tomie. I choć im bliżej końca tym rysunki są coraz gorsze (choć w samym finale jest na powrót lepiej), te sceny na pewno zostaną w naszej pamięci na długo.


Czy jest to godne podsumowanie serii? Tak. I to nie tylko serii, ale i pewnego okresu twórczości Millera - najlepszego, jeśli chodzi o ścisłość. W zwidach bohatera wywołanych narkotykami spotykamy m.in. Elektrę, Marthę Washington, roboty z "RoboCopa" (w końcu Miller był scenarzystą 2 i 3 części filmu), Big Guya i Rustyego czy Samotnego Wilka (z mangi, do której Miller robił okładki). Poza tym sporo popkulturowych nawiązań (Rambo, Brudny Harry, Zorro - czyżby kłaniał się Batman?) i oczywiście do poprzednich tomów - w ladrach dostrzeżemy Dwighta, Wallenquista, Błękitnooką czy Manute'a.


I choć może nie jest to najlepszy tom, a rysunkowo najsłabszy (niestety, ale Miller ciąży już do karykatur w stylu DK2), to komiks jest to znakomity. Rozwiązuje wiele wątków, wyjasnia wiele rzeczy i kończy się tak, jak powinna kończyć się ta opowieść - definitywnie, ale i w pewien sposób otwarto. Z amsą emocji, które dostarcza czytelnikowi.


Wspaniały komiks dla tych, którzy szukają w tym medium czegoś więcej niż tylko rozrywki na parę chwil.

Sin City: Girlsy, gorzała i giwery - Frank Miller


6 tom Sin City to dla odmiany zbiór 11 krótkich opowieści, w których różni bohaterowie (w tym absolutnie nie powiązani z tomami się znajdą - choć pojawia się np. Marv czy Dwight czy John Hartigan) przeżywają problematyczne przygody w Mieście Grzechu.


I cóż można o tym tomie powiedzieć? Kolejna świetna rzecz sygnowana nazwiskiem pana Millera to przede wszystkim. Świetne scenariusze, różnorodne rysunki, choć wszystkie w sincitowych klimatach i jak zwykle masa świetnej zabawy dla dorosłych na najwyższym poziomie.


Nie jest jednak idealnie. Z tym tomem jest pewien problem i nie mam tu na myśli wcale zepsutego (jak zawsze) tłumaczenia. Chodzi po prostu oto, że właściwie nie wiadomo kiedy go czytać. Jest to w końcu zbiór wydawanych to tu to tam opowieści na przełomie lat 94 - 97 XX w. a co za tym idzie każdą należy czytać pomiędzy innymi tomami. Mamy tu np. przygody Dwighta wspomniane w tomie 6, czy opowieści o Marvie, ale do lektury absolutnie po "Żółtym draniu".


Nie jest to jednak nic, co byłoby minusem w klasycznym rozumieniu tego słowa. Po prostu brak mi w tym jakiejś chronologii. Nie mniej komiks to świetny i kto nie zna, niech się wstydzi.

Sin City: Rodzinne wartości - Frank Miller

Brunon był kiedyś cynglem, potem politykiem, a teraz nie żyje. Wszystko przez to, ze zabił przypadkiem bratanicę szefa mafii. Jego historii słucha Dwight i ma ku temu pewien cel. Ma misję do wykonania, a dostanie się w łapy gangsterów to jeden z jej celów...


Kolejny tom Sin City to dzieło na poziomie "Krwawej jatki", słabsze od poprzedniego, ale żeby tylko takie bywały komiksy, nikt nie mówiłby, ze to rozrywka dla dzieci. Mocny, krwawy, brutalny scenariusz, świetna psychologia i zachwycające autorskie ilustracje Millera. Nic dodać, nic ująć.


I tylko kilka słów na koniec: mimo marnego tłumaczenia, brać w ciemno!

Sin City: Ten żółty drań - Frank Miller

Johna Hartigan to chyba jedyny uczciwy glina w Mieście Grzechu. Do emerytury pozostała mu godzina, ale trafia na ślad porwanej 11 - latki Nancy Callahan. Nancy uprowadził syn senatora, z zamiarem zgwałcenia i zamordowania, jak 3 poprzednie ofiary. John ratuje dziewczynkę, a pedofila masakruje, ale ten dobry uczynek ma swoje następstwa. Ranny i wrobiony w gwałt na Nancy trafia do więzienia. Spędza tam 8 lat dopóki Nancy znów nie zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo...


Jeśli spojrzycie na listę komiksów wszech czasów "Ten żółty drań" będzie czekał na was na bardzo wysokiej pozycji. Uznany za najlepszy tom Sin City, za jeden z najlepszych komiksów na świecie, kusił was będzie do sięgnięcia po niego. I gwarantuję wam, nie będziecie żałować. Komiks zachwyca zarówno scenariuszem jak i rysunkami. Emocjami, które wzruszają, wstrząsają o zachwycają. Przepiękną historią o miłości silniejszej niż godność czy życie.


Niestety, album ma też spory minus i nie mam tu na myśli kiepskiego tłumaczenia, a błąd fabularny. Uwaga, spoiler! O jakim błędzie mowa? Pedofil wyciąga Johana z więzienia, żeby dorwać Nancy, tak? Tylko po co,skoro po wyjściu John znajduje jej adres w książce telefonicznej? Można to sobie wytłumaczyć, że chodziło o poznanie tajemniczej Cordelli (kto czytał, wie o czym mowa), ale czyżby przez 8 lat się tego sami nie domyślili?


Nie mniej, kupować i to koniecznie. Tak wielkie dzieło to rozkosz dla czytelnika. A błąd, choć tego nie lubię, zawsze można sobie umotywować i nie psuć nim lektury. Cudo!


P.S. A jeśli przyjrzycie się uważnie kadrom w tle dostrzeżecie też i samego Millera. Franka oczywiście.

Sin City: Krwawa jatka - Frank Miller

Dwight znów ma problemy. Sprowadzony przez niego do starego miasta Jack Rafferty ginie. Ginie, bo groził jednej z prostytutek bronią. Tylko, że Jack okazuje się być gliniarzem, a układ wyraźnie mówił, że policjantów dziewczyny zabijać nie mogą. Teraz układ legnie w gruzach i ulice spłyną krwią prostytutek. Chyba, że uda się niezauważenie pozbyć ciała. Nie ułatwia im tego mafia, której zależy na śmierci starego miasta...


Trzeci tom Sin City to kolejny rewelacyjny komiks. Nie tak dobry jak pierwsze dwie części, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z wielkim dziełem. Znakomity scenariusz i świetne rysunki(oba w wykonywaniu Franka Millera) to już standardowe plusy serii. Tym razem akcja dzieje się wyraźnie po akcji tomów poprzednich a Dwight powoli staje się głównym bohaterem serii.


I cóż tu można powiedzieć więcej? Lubicie mroczne, poważne, trudne i znakomite psychologicznie komiksy (i nie tylko)? To bez wahania sięgajcie po Sin City. Arcydzieło.

Django - Quentin Tarantino



Najnowszy film Tarantino to typowa dla niego opowieść o zemście i westernie. Typowy obraz, który wciąż i wciąż kręci na nowo, racząc nim co kilka lat kolejnych widzów. Bo czy jakiś z jego dotychczasowych filmów nie opowiadał o zemście (abstrahując od nowelki w "czterech pokojach")? Czy któryś z nich nie był tak naprawdę krwawym westernem ubranym w inne gatunkowo ubrania? Te4raz różnica jest tylko taka, że naprawdę dostajemy western. Reszta pozostała bez zmian i zachwyca.

Ale po kolei.

Fabuła (oscarowa zresztą) jak zawsze u Tarantino jest prosta jak drut. Oto Dr. Schultz, niemiecki łowca głów, w poszukiwaniu kolejnych bandytów do uśmiercenia poznaje Django. Niewolnika, który zna ich twarze. W ten sposób zostają wspólnikami, a także podejmują się misji ratowania Broonhildy, ukochanej Django, z rąk brutalnego Candyego... Zaczyna się masakra.

Wszystko, jak widać jest więc po staremu. Dużo krwi (przesadnie, co jest taratinowską tradycją), dużo przemocy (czasem nieuzasadnionej, czyli jak zawsze), genialna muzyka (kradziona, tradycyjnie, z innych filmów, bo Tarantino z zasady kompozytorów nie zatrudnia), genialne dialogi i zdjęcia. I aktorstwo z oscarowym Waltzem na czele (choć moim zdaniem przyćmił go genialny DiCaprio). Razem łączy się to w najdłuższy film Quentina w karierze, ale i jeden z najlepszych zarazem. Choć właściwie to nieodpowiednie słowo. Bowiem Tarantino ma same genialne filmy (te, które reżyserował), jeśli nie liczyć słabej Jackie Brown. A "Django" wpasowuje się w tę bibliografię znakomicie.

Dla fanów Tarantino jest to więc rzecz absolutnie konieczna. A reszta? Kto lubi dobre kino, nie zawiedzie się. Nawet jeśli (tak jak ja) nie trawi westernów.

Co do książki, z którą jest film, to stanowi ciekawy przykład książeczki z informacjami zza kulis i ciekawostkami, ale nie jest to nic wielkiego. Ot kolejny podobny gadżet.

P.S. W kwestii dodatków, to otrzymujemy ich niewiele: kilkunastominutowy dokument o realizacji i śmierci członka ekipy, zwiastun soundtracka i zwiastun kolekcji filmów Tarantino. Trochę szkoda, ale przy takim filmie, kogo obchodzą dodatki?

środa, 11 czerwca 2014

The Bachman Books - Richard Bachman (Stephen King)




Zbiór czterech powieści Kinga wydanych przed laty pod pseudonimem Richard Bachman to pozycja, którą poznać powinni wszyscy fani Króla. Nie dość, że są to jedne z najlepszych utworów w jego karierze, to na dodatek w ich skład wchodzi zakazana przez samego Kinga powieść "Rage" a także intrygujący autobiograficzny wstęp, z którego dowiadujemy się skąd wziął się pomysł z wydawaniem pod pseudonimem i jakie losy przechodziły poszczególne zawarte w nim powieści zanim ukazały się drukiem.

A jak prezentują się same powieści?

zbiór otwiera wspomniany już przeze mnie "Rage". Jak wiadomo zakazany owoc kusi najbardziej i jest w tym stwierdzeniu masa prawdy. Powieść, którą King napisał swego czasu pod pseudonimem Richard Bachaman teraz znaleźć jest niezwykle trudno. Zakazana przez samego autora po tym, jak jej egzemplarz znaleziono w pokoju nastolatka, który zachowując się podobnie jak główny bohater, dokonał masakry w szkole, nie jest dziełem łatwo dostępnym. Dlatego długo pragnąłem się z nią zapoznać i kiedy wreszcie udało mi się dorwać nieco już wysłużony egzemplarz The Bachman Books byłem w siódmym niebie. Zacząłem się jednak bać, że legenda tej książki w zderzeniu z szarą rzeczywistością rozczaruje mnie. Zazwyczaj tak to już bywa. Na szczęście lektura okazała się jedna z najlepszych Kina/Bachmana.
Porywającą, wzruszającą i emocjonującą. Taką, po zakończeniu której od razu chce się do niej powrócić.

Fabułą jest tutaj oczywiście prosta i pesymistyczna, jak to zawsze w ksiązkach Bachamana. Nastoletni narrator to dzieciak nie potrafiący poradzić sobie z problemami, ale i agresją. Stres rozładowuje w jeden jedyny znany mu sposób - bójki. W końcu nie wytrzymuje. Coś w nim pęka. Katuje jednego z nauczycieli, a własną klasę wraz z nauczycielką bierze na zakładników. Zabarykadowany w klasie, z policją starającą się z nim negocjować, rozpoczyna swoistą psychologiczną grę, wciągając kolegów w maraton zwierzeń z najintymniejszych szczegółów życia. Sam również odkrywa karty swej przeszłości - rzucające nieco światła na jego zachowanie - a taka otwartość zaczyna rodzić uzależnienie. Syndrom helsiński powoli tworzy się na naszych oczach, fascynuje i przeraża...

Trudno jest właściwie powiedzieć w czym tkwi siła tej cieniutkiej powieści. Może w stylu Bachmana, tak różnym od stylu Kinga - bardziej surowym, ostrym i minimalistycznym - a może w konstrukcji fabularnej, która bazuje głównie na rozmowach. Ale jest to siła niezparzeczalna. I niezaprzeczalna jest innośc tej książki, na tle pozostałych dokonań Kinga/Bachmana. A wszystko z powodu sympatii jaką ewidentnie czujemy do głównego bohatera, choć nie jest on w żadnych stopniu postacia pozytywną. Utożsamiamy sie tu z socjopatą i wcale nie jest nam z tym źle. Dziwne są to doznania, ale jak najbardziej niosące mnóstwo emocji.

Świetne jest również zakończenie - typowo Bachmanowskie. Kto czytał jakąkolwiek książkę pseudonimu Kinga, ma świadomość, że finały, nawey jeśli bohaterowi uda się przeżyć, są skrajnie pesymistyczne, choć z nutką wrednej satysfakcji płynącej z najniższych pobudek - pragnienia zemsty. W "Rage" dodatkowo finał jest również enigmatyczny i wieloznaczny, co dodaje mu atrakcyjności.

Tak więc gorąco polecam, bo warto! I to bez znaczenia czy uwielbiacie Króla czy go nienawidzicie.

Brawo panie King!


Drugą powieścią jest tu słynny "Wielki marsz". Historia grupki nastolatków wyznaczonych do tytułowego show, które jest niczym innym jak wielką wędrówką nagrywaną kamerami dla uciechy tłumu. Haczyk jest tylko taki, że wyłącznie jeden z uczestników może dojść do mety. Reszta zginie po drodze, zastrzelona przez ekipę...

Wizja Kinga tu przedstawiona jest naprawdę chora. A najgorsze jest w niej to, że po części tego typu rzeczy dzieją się w rzeczywistości. Ile już słyszeliśmy o reality show z umierającymi, czy oglądamy wyczyny idiotów pchających się na podium sławy wszelkimi możliwymi metodami. King może nie był prorokiem pisząc "Long Walk" - w końcu Orwell przedstawił nam swoją wizję takiego świata już wcześniej - ale zrobił to z pewną szokującą prawdą, gorszą nawet niż u Orwella.

O stylu nie będę pisał, bo jest identyczny jak w "Rage", a zakończenia równie świetne, choć przyznam się szczerze, że przewidziałem je mniej więcej po kilkudziesięciu stronach.


Jako trzeci tekst dostajemy "Ostatni bastion Barta Dawesa" - opowieść o szaleństwie. Kiedy budowa drogi wkracza w życie tytułowego bohatera zmuszając go do wyprowadzenia się z przeszkadzającego w inwestycji domu - domu, w którym się wychował - Bart postanawia sabotować prace. Gdy jednak do ruiny doprowadza tym swe życie zawodowe i osobiste, wyzbywa się wszelkich oporów...

I tu King znów nie zawodzi tworząc kolejną rewelacyjną historię pozbawioną happy endu, a jednocześnie dającą swoistą nadzieję. Smutną, przygnębiającą i szokującą. Po prostu świetną, choć słabszą od dwóch poprzednich tekstów. Nie mniej godną polecenia każdemu.


Na koniec natomiast dostajemy powieść najbardziej brudną i pesymistyczną nie tylko z czterech zawartych w zbirze, ale wręcz i w całej karierze Króla. Opowieść o człowieku, którego córeczka umiera. By zdobyć pieniądze na leki jego żona zmuszona jest prostytuować się. W tej sytuacji główny bohater postanawia wziąć udział w reality show "Uciekinier". Zasady są proste: on ucieka, zawodowi najemnicy gonią go a cel mają tylko jeden: zabić. Za każdy przetrwany dzień zarabia pieniądze, które trafiają do jego rodziny. Nikt jednak nigdy nie przeżył tego programu...

I znów świetna powieść trafia w nasze ręce. Powieść, która pozostawia nas z posmakiem goryczy, bólem i złością. Ale też i - tradycyjną już nadzieją, mściwą i brudną, ale jednak. Nie ma tu zbytni nic do dodania. Książka, która nie broni się sama, nie jest niczego warta - a ta broni się i to rewelacyjnie.

Tak więc "The Bachman Books" to zbiór który mogę polecić wszystkim. Rewelacyjny, mocny, emocjonujący i nie pozwalający odłożyć się na półkę przed skończeniem lektury. To również popis szczytowej formy Kinga, który udowadnia jak wielkim jest pisarzem.

Ocena: 8,5