środa, 30 października 2019

Kaczogród Carla Barksa: O kawałek sznurka i inne historie z roku 1956 - Carl Barks

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ WCALE


Piąty tom „Kaczogrodu” Carla Barksa nie spieszył się za bardzo z pojawieniem się na sklepowych półkach. Pierwotnie zapowiadany na sierpień tego roku, został ostatecznie przesunięty o dwa miesiące. Ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale, szczególnie w takim przypadku. Bo „O kawałek sznurka i inne historie z roku 1956” to po prostu rewelacyjny komiks dla czytelników w różnym wieku, mądry, zabawny i świetnie wykonany. I jakże ważny dla miłośników kaczego świata, bo oferujący im debiuty Granita Forsanta i Wolframika.


Co jednak poza pierwszymi występami tych postaci znajdziecie w niniejszym tomie? Wiele niezapomnianych historii. Część z nich jest doskonale znana wszystkim miłośnikom Kaczek, którzy regularnie czytali „Kaczora Donalda”, część to rzeczy nigdy dotąd nie wydane. Krótkie, długie – wszystkie bez wyjątku świetne i godne polecenia.

W tytułowej historii Sknerus będzie miał okazję poznać Granita Forsanta i przekonać się, kto rzeczywiście jest najbogatszym kaczorem świata. Potem wraz z Donaldem i siostrzeńcami wyruszy na poszukiwania legendarnej korony Czyngis Hana, a jeszcze później nasz bogaty acz skąpy kaczor za pomocą hipnozy przekonuje się, jak można poszukiwać skarbów przodków. To jednak zaledwie początek. Co wyniknie, kiedy Sknerus postanowi sprawdzić kto lepiej poradzi sobie z własnym interesem – Donald czy Goguś? Dodatkowo w tomie znajdziecie jeden z moich ulubionych komiksów Barksa, który od dzieciństwa wspominam z wielkim sentymentem: historię o tym, jak siostrzeńcy odkrywają jak ocalić lokomotywę, która ma się rozbić, ale nikt nie chce ich słuchać…


Cóż można powiedzieć o tym tomie, jeśli nie to, że jeżeli podobały Wam się dwa poprzednie tomy (chyba nie mogło być inaczej, prawda?) „Kaczogrodu” Carla Barksa, teraz tym bardziej nie będziecie zawiedzeni. Nie ma tu co prawda tak legendarnych i przełomowych tytułów, jak w pierwszych dwóch albumach, ale nie myślcie, że jest słabiej. To wciąż rewelacyjne komiksy dla całej rodziny, ponadczasowe i niezwykle wciągające. Jeśli zaś nie czytaliście, a chcielibyście zacząć swoją przygodę od tego tomu, nic nie stoi na przeszkodzie, bo poszczególne opowieści są niezależne od siebie, czyta się je lekko, szybko i przyjemnie, a i znalazło się w nich miejsce na głębię, przesłanie i klimat.


Całość, tradycyjnie już, została też znakomicie zilustrowana. Klasyczna, prosta, ale urzekająca kreska naprawdę wpada w oko i doskonale pasuje do całość. Świetny jest też kolor, oparty na najnowszych wydaniach, odświeżony, a jednak doskonale pasujący do całości i zachowujący charakter dawnych prac. Wszystko to wieńczy rewelacyjne wydanie: dobrej jakości papier kredowy, twarda oprawa, znakomite tłumaczenie, bogactwo wszelkiej maści dodatków, od okładek w wykonaniu Barksa, przez jego prace związane z poszczególnymi komiksami, po teksty poboczne opowiadające np. o postaciach występujących w tomie. Powiedzieć, że polecam gorąco to jak nic nie powiedzieć.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Providence #2 - Alan Moore, Jacen Burrows

SEKS, GROZA I NAPIĘCIE


Komiksy Moore'a inspirowane dziełami H.P. Lovecrafta to dzieła specyficzne i albo się je kocha, albo nienawidzi. Scenarzysta bowiem bierze na warsztat wszystkie ważne i mniej ważne elementy jego twórczości i życia, jednocześnie podlewa je rzeczami, których w dziełach samotnika z Providence próżno jest szukać. W konsekwencji w ręce czytelników trafia mocne, pełne seksu, przemocy i wulgarności dzieło, co do którego można mieć właściwie jeden zarzut: że nie jest genialne, a tego po Moore’ze należałoby oczekiwać. Wciąż jednak to kawał bardzo dobrego horroru, w którym spotykają się thriller, kryminał i historia i który warto polecić miłośnikom prozy Lovecrafta.


Lata dwudzieste XX wieku. Robert Black to dziennikarz i pisarz. Racjonalista, który trafił w sam środek dziwacznych wydarzeń. Wraz z kontynuacją swojego śledztwa i postępem prac nad powieścią Robert wchodzi coraz głębiej w dziwny, mroczny i przerażający świat. Świat niepokojących postaci, gdzie istnieje księga, która rzekomo wywołuje szaleństwo u każdego, kto tylko ją przeczyta. Czyżby i dziennikarz padł jej ofiarą? I dokąd doprowadzi go to wszystko?


Chociaż nie znajdzie się nikt, kto zaprzeczyłby, że podstawową inspiracją dla komiksów z tej serii były prace H.P. Lovecrafta – co potwierdza też sam autor – trzeba pamiętać, że wszystko swój początek wzięło…  z kłopotów finansowych. Historie zebrane w tomie „Neonomicon”, czyli pierwszej części cyklu, powstał, bo Alan Moore potrzebował pilnie pieniędzy na rachunki. Nic więc dziwnego, że zrodziło się z tego dzieło inne, niż te, do jakich przyzwyczaił nas scenarzysta. I w tym samym tonie utrzymane jest też „Providence”. To dekonstrukcja mitów Cthulhu i twórczości Lovecrafta, ale dokonana na nieco prostszym, stricte rozrywkowym poziomie.


W odróżnieniu od Lovecrafta jednak Moore, który przepuszcza całość przez filtr własnej wrażliwości, wkracza na tereny ostrej erotyki, czyli coś, czego samotnik z Providence nie poruszał w swojej twórczości i czego w życiu unikał, traktując jako obowiązek, nie przyjemność. W „Providence” nie ma jednak tylu mocnych scen, co w „Neonomiconie”,  bo autor nie chce dawać upustu swoim fantazjom, a jedynie przełamać pruderię literatury sprzed wieku i złożyć wielki hołd Lovecraftowi. I robi to w takim stylu, że tylko prawdziwi fani dzieł ojca Cthulhu wyłapią je wszystkie. Dla tych, którzy nie są z nimi aż tak zaznajomieni, przygotowano jednak porcję informacji o odniesieniach i nawiązaniach.


A jak rzecz wypada od strony graficznej? Cóż, nie jestem miłośnikiem kreski Burrowsa, która jest sterylna i czysta, ale brak jej prawdziwego mroku. Wciąż jednak zebrane tu komiksy wypadają dobrze pod względem ilustracji, a dzięki kolorowi, zbudowany zostaje udany nastrój. Miłośnicy prozy Lovecrafta jak i fani Moore’a (rzecz jest lepsza od chociażby jego „Promethei”) na pewno nie pożałują sięgnięcia po ten tytuł. Dobra rozrywka z dreszczykiem gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Superman Action Comics #1: Niewidzialna mafia - Brian Michael Bendis, Ryan Sook, Patrick Gleason, Yanick Paquette

CZEGO NIE WIDZI SUPERMAN?


„Superman: Action Comics” był bezwzględnie najlepszą z serii „Odrodzenia”. Pisany przez legendarnego scenarzystę przygód Człowieka ze Stali Dana Jurgensa, odświeżał stare dobre motywy i postacie, dorzucał do nich świetną zagadkę i pomyślany był tak, by kupować zarówno nowych, jak i stałych czytelników. Wraz z 1000 zeszytem Jurgens (jak i odpowiedzialni za poboczną serię zatytułowaną po prostu „Superman” autorzy) przekazał pałeczkę Bendisowi. Pierwsza napisana przez niego fabuła była niezłą powtórką z rozrywki, ale jak widać zarówno po miniserii „Człowiek ze Stali”, jak i niniejszym albumie, otwierającym regularny cykl, Bendis zaczyna odnajdywać się w przygodach Supermana i serwuje nam kawał naprawdę dobrej lektury nie tylko dla miłośników postaci.


Czy jest coś, czego ktoś taki jak Superman nie widzi? Owszem, jeśli coś jest ukryte w ołowianym opakowaniu, nawet jego superwzrok zawodzi. Ale czy tylko wtedy?
Na ulicach Metropolis pojawia się właśnie nowe zagrożenie, które umyka zarówno spojrzeniu Człowieka ze Stali, jak i reporterskim zdolnościom jego alter ego, Clarka Kenta. Gdy Clark zajęty jest pracą nad nowym tekstem i pogrążony w rozmyślaniach nad brakiem swoich bliskich, przestępczy świat miasta zostaje przejęty przez istotę zwaną jako Red Cloud. Superman nie ma jeszcze pojęcia z jakim zagrożeniem przyjdzie mu się zmierzyć…


Bendis to jeden z najlepszych, najbardziej cenionych i zarazem najbardziej wpływowych scenarzystów w komiksowej branży i czego by się nie dotknął, zmienia to w kurę znoszącą złote jajka. Wystarczy wspomnieć, jak genialnie odświeżył postać Spider-Mana serią „Ultimate Spider-Mana”, która dała początek całemu uniwersum i stała się podstawą dla filmowej trylogii o Pajęczaku Sama Raimiego (a także dla filmu „Spider-Man: Homecoming”). Albo zachwycające opowieści o „Daredevilu”, będące najlepszym, co seria miała do zaoferowania od czasu rewolucji, jaką wywołał w niej Frank Miller. Świetne też były jego serie o X-Menach pisane w ramach Marvel Now, podobnie jak i eventy robione dla tej właśnie linii wydawniczej. Nic więc dziwnego, że po jego „Supermanie” wiele sobie obiecywałem, tym bardziej, że od pewnego czasu znów jestem fanem postaci. A co z tego wyszło?


Przede wszystkim nie jest to dzieło genialne ani rewolucyjne. Bendis skupia się na zaserwowaniu nam przede wszystkim dobrej, dynamicznej rozrywki. Jego opowieści to lekka, ale niegłupia lektura, na tyle samodzielna by było można zacząć od niej przygodę z tą postacią. Całość czyta się szybko i przyjemnie, a jednocześnie ma się ochotę na więcej.  jednocześnie jej wielkim plusem jest fakt, że autor nie spieszy się z prowadzeniem akcji i skupia na tym, co wychodzi mu najlepiej – życiowych sprawach i rozterkach, dzięki czemu całość czyta się lepiej, niż „Człowieka ze Stali”, choć już nie tak miło ogląda. Co nie znaczy, że rysunki w „Niewidzialnej mafii” są złe. Wręcz przeciwnie, to kawał świetnej roboty, ale nic nie zastąpi mi Jima Lee.


Konkluzja będzie oczywista. Warto po ten album, jak i po wszystkie tytuły z Supermanem pisane przez Bendisa sięgnąć. To dobra rozrywka, a jednocześnie nie wątpię, że autor jeszcze pozytywnie mnie zaskoczy. A miłośnicy gry „Pojedynek superbohaterów” dostaną tu nie lada bonus – kartę z Marsjańskim łowcą ludzi.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Asteriks #38: Córka Wercyngetoryksa - Jean-Yves Ferri, Didier Conrad

ASTERIKS I ZBUNTOWANA NASTOLATKA


Fani „Asteriksa” nie mają w ostatnim czasie powodów do narzekań. Ledwie niespełna miesiąc temu w ich ręce trafiło bogate w dodatki, jubileuszowe wydanie pierwszego tomu serii, wznowione z okazji sześćdziesięciolecia powstania postaci, a już możemy cieszyć się kolejnym komiksem. Tym razem padło na najnowszą odsłonę przygód dzielnych galów, 38 już tom, zatytułowany „Córka Wercyngetoryksa”. I chociaż jest to komiks stworzony przez kontynuatorów cyklu, wciąż to kawał świetnej rozrywki, którą warto polecić wszystkim czytelnikom niezależnie od wieku.


Witajcie w wiosce dzielnych Galów, która jako jedna nie daje się Rzymianom, którzy podbili cały kraj. Wszystko dzięki magicznemu napojowi, zapewniającemu im niezwykłą siłę i czyniącemu niepokonanymi. Do tej pory przeżyli niejedną szaloną przygodę, co jednak czeka ich teraz?

W wiosce zjawia się nastoletnia córka wodza Wercyngetoryksa. Już samo pojawienie się temperamentnej, buntowniczej dziewczyny byłoby nie lada problemem, ale to nie wszystko. Nastolatka jest bowiem poszukiwana przez Juliusza Cezara i tylko tutaj może znaleźć schronienie. Ale co z tego wszystkiego wyniknie? Na Asteriksa i Obeliksa, a także pozostałych ich towarzyszy, czeka kolejna niezwykła, niebezpieczna, ale i zabawna przygoda!


„Córka Wercyngetoryksa” to album stworzony z okazji 60-lecia istnienia „Asteriksa”. Z powodu tak okrągłego jubileuszu, jego premierę na całym świecie zapowiedziano na 24 października 2019 roku. A to oznacza, że w Polsce album ten staje się najszybciej wydanym w naszym kraju w całej historii cyklu. Miłośnicy postaci mają wiec powody do zadowolenia, tym bardziej, że to kolejny naprawdę dobry tom. Niczego innego jednak nie można się było spodziewać, bo zarówno klasyczne odsłony serii pisane przez Goscinnego i rysowane przez Uderzo urzekały, i urzekają też nowe, nawet jeśli czasami próżno szukać w nich oryginalności.


I oryginalna nie jest też napisana przez Jean-Yvesa Ferriego „Córka Wercyngetoryksa”. Motyw z krewnym odwiedzającym wioskę jest już fanom dobrze znany, podobnie, jak charakter bohaterki i niektóre elementy ogólne. Ale przecież cała ta seria, jak i chyba wszystkie tego typu klasyczne dzieła, oparta jest na powtarzalności motywów. Ważne, żeby całość była dobrze wykonana. I jest, nie wybitnie, ale śmiesznie, zabawnie i z przesłanie, a przy okazji całość wciąga, nie tak, jak najlepsze odsłony cyklu, ale wciąż w naprawdę dobrym stylu.


Ale za to rysunki są wprost znakomite. Nieco uwspółcześnione, jednak zachowujące klasyczny styl, charakter i ten niezapomniany klimat. Dobry kolor i równie dobre wydanie wszystko to ładnie uzupełniają, a całość warta jest polecenia zarówno długoletnim fanom serii, jak i nowym odbiorcom. Familijna, dobra rozrywka na poziomie zapewniona.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




wtorek, 29 października 2019

Ramen: Zupa szczęścia i miłości - Tove Nilsson

ZNALEŹĆ RAMEN IDEALNY


Ramen to najlepsza zupa jaka istnieje. Jeśli uważacie inaczej, albo go nie jedliście, albo próbowaliście taniej wersji instant – albo po prostu szwankują Wam receptory smakowe. Innej możliwości po prostu nie ma. Nie można bowiem nie lubić azjatyckiej kuchni (sam nie jestem fanem np. sushi, choć maki z węgorzem, krewetką w tempurze tudzież z omletem lubię), jednak ramen to jedna z najgenialniejszych potraw, jakie istnieją. Od chwili, kiedy po raz pierwszy go spróbowałem, nie mogę przestać raz na jakiś czas wracać do niego. I chętnie też go przyrządzam, dlatego nie mogłem nie sięgnąć po niniejszą książkę. I chociaż nie napisała jej Japonka ani nawet Azjatka, „Ramen: Zupa szczęścia i miłości” to kawał świetnej pozycji dla miłośników tematu, pełnej ciekawostek, inspiracji i kompleksowego podejścia do tematu.


Ramen (nazwa oznacza rodzaj makaronu, choć spotkałem się też z przekładem „ciągnąć kluchę” ;) ) to w najprostszym ujęciu taki azjatycki odpowiednik rosołu. Rzecz nietypowa dla kuchni japońskiej (ale jak większość ich przysmaków, pochodząca z Chin), bo najczęściej tworzony z użyciem czerwonego mięsa, co w kraju, który swoją gastronomię oparł na owocach morza, nieczęsto się zdarza. I jednocześnie obok sushi to największy towar eksportowy Kraju Kwitnącej Wiśni – oczywiście jeśli chodzi o jedzenie – a także inspiracja dla każdemu dobrze znanych zupek instant.

Tove Nilsson zabiera nas w podróż po bogatym świecie ramenu, pokazując nam najróżniejsze jego odmiany (ramen miso, ramen kimchi, green curry ramen, cold dashi ramen). Jednocześnie krok po kroku omawia rzeczy związane z tą zupą (od podstawowych przyborów, przez podstawy typu bulion czy makaron, po dodatki), a także prezentuje nieco innych dań, choćby udon z dipem sezamowym, tsukemen syczuański, sobę, okonomiyaki czy gyozę. A wszystko to w jednej, ładnej książeczce, która tylko zaostrza apetyt…


Ramen poznałem całkiem niedawno temu. Owszem, wcześniej znałem go z odsłony instant, ale to było zupełnie coś innego. Zabrałem moją lepszą połowę na randkę do azjatyckiej knajpki, ona wybrała ramen z masłem orzechowym i… przepadliśmy. Od tamtej pory spróbowaliśmy niejednej zupy z Japonii, ale nic nie pobiło tej orzechowej wersji, do której wracamy dość regularnie. I regularnie szukamy nowych ramenowych smaków, a niniejsza książka to naprawdę warta poznani inspiracja. Jej autorka sama poszukuje nowych przepisów, w tym tego idealnego (i tego, czym można zastąpić niektóre oryginalne, trudno dostępne poza Japonią produkty).


Ramen: Zupa szczęścia i miłości” to wynik tych właśnie poszukiwań. Wynik ciekawy, także pod względem historycznym, przystępny  i zachęcający do gotowania. Wszystko tu jest prosto, jasno i szczegółowo przedstawione, a także bogato zilustrowane zdjęciami. W skrócie, naprawdę bardzo udana książka dla miłośników gotowania, jak i laików. Przystępna i kompleksowa, ładnie wydana, warta jest polecenia wszystkim miłośnikom ramenu i kuchni nie tylko orientalnej.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński iS-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




poniedziałek, 28 października 2019

Liga Sprawiedliwości: Bez Sprawiedliwości - Scott Snyder, James Tynion IV, Joshua Williamson, Francis Manapul

TAJEMNICA, CUD, MĄDROŚĆ, ENTROPIA


Nie ma chyba co ukrywać, że po ten album nie sięgnąłem ani ze wglądu na scenarzystę, choć jest nim niezły wyrobnik Scott Snyder (James Tynion IV i Joshua Williamson już tak dobrze sobie nie radzą), ani ze względu na ilustracje, bo fanem Francisa Manapula nigdy nie zostanę. Co zatem mnie przekonało? Oczywiście Lobo, moja ulubiona postać z DC. Tylko dla niego poznałem takie komiksy, jak „Odważni i Niezłomni: Władcy Losu”, „Liga Sprawiedliwości kontra Suicide Squad” czy „Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni #2: Światło w Butelce”. I chociaż Lobo pojawiający się w głównonurtowych albumach nie jest tym psycholem, którego uwielbiam, to w końcu i tak jest to jakiś dodatek do kolekcji. Jednocześnie „Liga Sprawiedliwości: Bez Sprawiedliwości” to po prostu niezły komiks, który fanom DC przypadnie do gustu.


Event „Metal” wstrząsnął uniwersum DC i je odmienił. Teraz nadszedł czas stawić czoła jego konsekwencjom. Przebudzone zostają Tajemnica, Cud, Mądrość i Entropia, cztery byt, które zagrażają wszystkiemu. Tylko połączone siły superbohaterów i niektórych antybohaterów mogą stawić im czoła, ale jak poradzą sobie cztery nowe, niepasujące do siebie drużyny w walce z wrogami?  I kto wróci żywy z tego zadania, a kto polegnie?


Ta miniseria trochę przypomina event. Spektakularna akcja, plejada bohaterów, szybkie tempo, ważne wydarzenia… Znacie doskonale ten schemat. Podobnie, jak w „Metalu” tak i tu sam pomysł nie jest jakiś szczególny. Brak tu też nowości. Ale jednocześnie całość czyta się szybko i przyjemnie, nie nudzi ani przez chwilę, a i ma kilka bardziej udanych momentów. W skrócie: to taki komiksowy blockbuster, który pochłania się przyjemnie, dla chwili relaksu.


A jak wypada sam Lobo? Na pewno nie tak, jakbym marzył. Minęły już bowiem czasy, kiedy jego przygody pisał Keith Giffen, przekraczając wszelkie granice kontrowersji i dobrego smaku, a Bisley genialnie to ilustrował. Tutejszy Lobo jest jak z innych współczesnych komiksów, ugładzony, łagodniejszy i z przyciętymi pazurkami. Nie do końca odnajduje się w tej konwencji… a jednak i tak kradnie cały show, wypadając nieźle na tle harcerzykowatej reszty.


I nieźle wypadają rysunki. Grafika to nic specjalnego, ale jak na tego artystę nie jest źle, a momentami można nawet trafić na naprawdę udane sceny. Do tego dochodzą dobre wydanie i dobry przekład. Kto lubi komiksy DC, a w szczególności Ligę Sprawiedliwości, nie będzie miał powodów do narzekań. A wręcz przeciwnie. I należy też docenić pojawienie się Lobo. Kto wie, jeśli młode pokolenie czytelników go polubi, może doczekamy się powrotu klasycznych historii o tym szalonym rzeźniku. „Lobo/Authority” byłoby strzałem w dziesiątkę.







Darwin: Jedyna taka podróż - Fabien Grolleau, Jérémie Royer

GROLLEAU I ROYER – DRUGA TAKA PODRÓŻ


Twórcy, którzy dali nam udany album „Audubon. Na skrzydłach świata” powracają. Tym razem Fabien Grolleau i Jérémie Royer na warsztat biorą postać, która pojawiła się na krótko w ich poprzednim dziele, samego Darwina. Jeśli więc podobały Wam się losy człowieka, który postanowił stworzyć atlas ptaków, również dzieje słynącego z teorii ewolucji uczonego przypadną Wam do gustu. W końcu to komiks niemal identyczny z „Audubonem”, zarówno pod względem tematyki, wykonania, jak i podejścia do samej biografii.


Rok 1831. Młody Charles Darwin, jeszcze nie ten sławny naukowiec, a lekkomyślny, ale pełen pasji student, trafia na pokład okrętu „Beagle”. Nie wie jeszcze co go czeka i jak odmieni go ta pięcioletnia wyprawa. Kiedy w roku 1836 Darwin z niej powróci, nie będzie już tym samym człowiekiem, co dotychczas…


Na wstępie wspomniałem, że album „Darwin: Jedyna taka podróż” to rzecz niemal identyczna z pozycją „Audubon. Na skrzydłach świata” powracają”. Ci, którzy ją czytali, doskonale wiedzą, czego się spodziewać, ale tym, którzy niemieli w swoich dłoniach owego komiksu (a zachęcam, bo to ciekawa rzecz), należy się kilka wyjaśnień. A zatem tu i tam mamy do czynienia z biograficznym komiksem przygodowym. Z tym, że w obu przypadkach jest to biografia luźna i swobodna. Konkretny i dbałość o detale historyczne autorzy pozostawiają historykom i biografom, sami zaś skupiają się na lekkiej, wciągającej opowieść o podróży. I pasji, która owej podróży staje się początkiem. A wszystko to osadzone w dziwach świata sprzed niemal dwóch wieków, gdzie nie brak humoru i zachwytu nad naturą i otoczeniem.


Wszystko to jest lekkie, proste i przyjemne w odbiorze. Całość czyta się szybko, ale z ciekawością, w końcu nie brak tu faktów i ciekawostek. Zresztą lekkość ta nie wyklucza kilku dramatycznych czy nawet nieco makabrycznych scen. Poza tym całość ma też interesujący klimat i nawet jeśli postacie nie są jakoś genialnie skrojone, zapadają w pamięć. A co z rysunkami? Cóż, te są niemal identyczne, jak w „Audubonie”, a co za tym idzie, dość cartoonowe postacie trafiają do naprawdę dobrze uchwyconego świata. Całość jest barwna (kolory zresztą budują znakomity nastrój albumu), odpowiednio realistyczna i mająca swój urok. Nie wszystkie plansze zachwycają tak samo, ale jest tu kilka perełek, przy których lepiej zatrzymać się na dłużej.


Jako całość to kawał dobrego komiksu. Bardziej przygodowego, niż biograficznego, ale sympatycznego i wartego poznania. Ładnie wydany, „Darwin” spodoba się miłośnikom lekkich historii podróżniczych. Zainteresowani postacią głównego bohatera też znajdą tu coś dla siebie.


Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Człowiek ze Stali - Brian Michael Bendis, Jim Lee, José Luis García-López, Ivan Reis, Jason Fabok, Evan Shaner, Steve Rude, Ryan Sook, Kevin Maguire, Adam Hughes

ZNISZCZYĆ KRYPTOŃSKĄ RASĘ



W 1986 roku John Byrne stworzył miniserię „Człowiek ze Stali”, a potem zajął się pisaniem regularnej serii o jego przygodach, będącej jej rozwinięciem. Teraz, ponad trzy dekady później identyczną drogą idzie Brian Michael Bendis, świetny scenarzysta, który po odejściu z Marvela do DC zajął się pisaniem przygód Supermana. I nawet jeśli jego komiksy nie są tak przełomowe, jak Byrne’a, to kawał świetnej rozrywki, w dobrym stylu kontynuującej najlepszą serię z „Odrodzenia”, jaką bez dwóch zdań był „Action Comics” Dana Jurgensa. Co prawda zabrakło tu trochę oryginalności, ale i tak zabawa jest udana i nie wątpię, że scenarzysta jeszcze nieraz zdoła nas zaskoczyć.


Dla Supermana ostatni czas nie był najlepszy. Co prawda wraz z Lois doczekał się syna i jako jedyny superbohater sprzed „Flashpointu” zdołał wrócić do naszej rzeczywistości, jednak jednocześnie musiał zmierzyć się z powrotem swoich największych wrogów, faktem, że Luthor jest teraz dobry, śmiercią swojego tutejszego odpowiednika i wieloma innymi rzeczami, w tym szokującą prawdą o tym, co w ostatnich chwilach istnienia Kryptona stało się na tej planecie. Teraz jednak jest jeszcze gorzej… Wszystko za sprawą pojawienia się Rogola Zaara, bezlitosnej, morderczej istoty, która odpowiada za zniszczenie jego rodzinnego świata i nie tylko jest zdolna do zabicia Człowieka ze Stali, ale też ma jeden cel – wytępienie wszystkich przedstawicieli kryptońskiej rasy. Czy Superman i jego kuzynka zdołają powstrzymać tak potężne zagrożenie?


Jaki jest ten komiks? Przede wszystkim dynamiczny. Są tu zapowiedzi spokojniejszych i bardziej przyziemnych wątków, ale na te przyjdzie jeszcze czas. Póki co Bendis zabiera się za dokończenie tego, co rozpoczął w finale #1000 zeszytu „Action Comics”, kiedy to przejął pisanie serii. Owszem, pokazane tam starcie było mocno wtórne (pierwsze skojarzenia z epicką sagą o Doomsdayu czy pojedynkiem z Massacre’em okazały się jak najbardziej słuszne) a i sam główny zły nie wypada jakoś przerażająco, ale sama opowieść jest jak najbardziej udana.


Potężny wróg, epickie starcia, szybka akcja i prostota całości sprawiają, że „Człowieka ze Stali” czyta się właściwie jednym tchem. Sam pomysł, choć daleki od jakichkolwiek nowości, został tu dobrze wykorzystany i poprowadzony. Cały ten album to właściwie jeden wielki komiksowy odpowiednik kinowego blockbustera. Spektakularny, efekciarski, momentami jednak też efektywny i naprawdę wciągający. 180 stron połyka się dosłownie na raz, bez chwili nudy. I trudno nie docenić faktu, że Bendis, w ten czy inny sposób, postarał się wywrócić w życiu bohatera to i owo do góry nogami, nawet jeśli podobnych zabiegów było już wiele.


Co trzeba zauważyć, zebrane tu zeszyty zostały zilustrowane w naprawdę znakomity sposób. Najlepiej wypada tu Jim Lee ze swoją dopracowaną kreską, ale i pozostali artyści też nie zawodzą. Album pod względem graficznym prezentuje się realistycznie, dynamicznie i nastrojowo. Całość zaś to rzecz warta polecenia miłośnikom Supermana, a zarazem komiks, od którego nowi czytelnicy mogliby zacząć swoją przygodę z serią. W skrócie: dobre otwarcie, nowego, ciekawego runu, który warto będzie śledzić. Oby Bendis został przy serii jak najdłużej.






niedziela, 27 października 2019

Miedziaki - Colson Whitehead

PRZETRWAĆ PIEKŁO


Colson Whitehead, autor „Kolei podziemnej”, powraca z nową książką. „Miedziaki”, bo o nich mowa, skusiły mnie nie tylko pozycją autora (Pulitzera i National Book Award nie zdobywa się od tak sobie), ale też, a może przede wszystkim, samym opisem. I tak oto w moje ręce trafiła, rewelacyjna, porywająca i momentami porażająca opowieść rozliczeniowa, od której ciężko jest się oderwać, choć nie jest to lektura łatwa i przyjemna.


Witajcie w latach 60. XX wieku na amerykańskim Południu. Tu segregacja rasowa nasila się, a inny kolor skóry wystarczy by przekreślić karierę i życie. Wystarczy tylko znaleźć się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie.

W takiej sytuacji znajduje się młody Elwood Curtis, chłopak mający przed sobą perspektywy. Niestety pech chce, że zamiast na wymarzonej uczelni, ląduje w Miedziaku – ośrodku wychowawczym. To, co jednak dzieje się w jego murach z wychowaniem nie ma zbyt wiele wspólnego. Odczłowieczani, katowani i gwałceni wychowankowie nie mają szans na chwilę spokoju. Co gorsza ci, którzy próbują cokolwiek z tym zrobić, znikają. Jak Elwood przetrwa to piekło? I jak ono na niego wpłynie?


Na wstępie napisałem, że „Miedziaki” nie są lekturą ani łatwą, ani przyjemną, ale nie jest to tak do końca prawda. Styl, w jakim całość została podana pochłania się z czystą przyjemnością. Niby książka napisana jest prosto, a jednak widać w niej talent, wielkie literackie wyczucie i siłę – siłę wymowy, przekazu i samego pisarstwa Whiteheada. Jest w tym piękno, jest smakowanie języka, słów, połączeń między nimi, zachwyt z kreowania / odtwarzania świata i bohaterów… To nie jest łatwa powieść, nie jest też czysta, jednak w całym jej brudzie tkwi piękno, którego nie sposób nie docenić, jeśli lubi się dobrą, niebanalną literaturę.


A „Miedziaki” mogły się nie udać, chyba nikt nie może mieć co do tego żadnych wątpliwości. Opowieści o ośrodkach wychowawczych nie sposób zliczyć. Popkultura serwowała nam je od wielu dekad i to w najróżniejszych konfiguracjach i gatunkach. Mnóstwo było komedii i opowieści dla dzieci ku pokrzepieniu serc, nie brakowało ważkich dramatów, a i horrory nie unikały jakoś tej tematyki. Czy można mieć w tej kwestii jeszcze świeżego i nowego do powiedzenia? Pewnie tak, ale Whitehead tego nie robi. Robi za to coś innego – opowiada doskonale to, co już było, zachwycając sposobem, w jaki to robi.


Jego powieść nie jest gruba. Już samo 280 stron nie jest jakimś epickim rozmiarem, a dochodzi do tego jeszcze całkiem spora czcionka. Ale na tak ograniczonej przestrzeni autor serwuje nam realistyczną, mocną historię, zaludnioną krwistymi, świetnie nakreślonymi postaciami, które wiodą swoje życia w znakomicie uchwyconym świeci. Przede wszystkim jednak mamy tu do czynienia z przerażającą opowieścią o odczłowieczeniu, niesprawiedliwości, upodleniu i najgorszych ludzkich cechach. Jest tu zagadka rodem z thrillerów, ale to, co najmocniej oddziałuje na odbiorcę, to uświadomienie sobie prawdziwości „Miedziaków”, inspirowanych przecież Florida School for Boys.


Kto zatem lubi ważkie, ambitne książki, koniecznie powinien poznać to dzieło. Miłośnicy miałkich, nijakich współczesnych powieści rozrywkowych nie mają tu czego szukać, ale ci, potrafiący docenić prawdziwe literackie piękno będą zachwyceni. I tylko to się liczy.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Osada - Camilla Sten

OSADA WIDMO


Film „Osada” z 2004 roku dla fanów twórczości M. Nighta Shyamalana okazał się sporym rozczarowaniem. Ja jednak, choć widziałem i widzę jego mankamenty i logiczne potknięcia, dobrze bawiłem się w trakcie seansu, dlatego widząc tytuł i opis niniejszej powieści, nie zastanawiałem się długo. Co prawda oba dzieła w ostatecznym rozrachunku poza tytułem właśnie niewiele więcej mają ze sobą wspólnego, jednak w ręce czytelników trafia dzieło, które spodoba się zarówno miłośnikom, jak i przeciwnikom filmowej „Osady”.


Mieszkańcy osady Silvertjärn znikają. Nikt nie ma pojęcia, co się stało. Mija sześćdziesiąt lat, a postępu w wyjaśnieniu zagadki jak nie było, tak nie ma. Tu na scenę wkracza młoda dokumentalistka Alice, która od najmłodszych lat fascynuje się tym, co spotkało ludzi ze Silvertjärn, dlatego wraz z ekipą znajomych zjawia się w mieścinie-widmo, by w formie filmu opowiedzieć o tym, co się stało i być może rozwikłać zagadkę. Żadne z nich nie ma jednak pojęcia z czym przyjdzie im się zmierzyć w trakcie pobytu…


Wspomniany już na początku film Shyamalana, choć nie do końca spełniony, okazał się sporym hitem – przy budżecie rzędu 60 milionów dolarów, zarobił łącznie 256.7 mln. Jednocześnie pojawiły się głosy zarzucające filmowi splagiatowanie pomysłów z książki „Running Out of Time” Margaret Peterson Haddix. Całkiem słusznie zresztą, ale nie będę wnikał w szczegóły, na wypadek, gdybyście dopiero zamierzali poznać film. Powieści Camilli Sten, choć odwołuje się do klimatu shyamalanowskiej „Osady”, fabularnie bliższa jest np. „Wiosce morderców”. Z kinowym hitem z 2004 roku w szczególności łączy ją jedna rzecz: a mianowicie to, że nie ma sensu zdradzać czy mamy tu do czynienia z horrorem, czy thrillerem.


Nie ważne jednak od tego, co wolicie – straszaki czy dreszczowce – „Osada” to rzecz, która przypadnie Wam do gustu. Zbudowana na mieszance motywów, których zakres rozciąga się od legend o kolonii Roanoke, po elementy rodem z „Blair Witch Project”, opowieść Sten nie jest wcale wtórna. To całkiem udana, grająca na sentymentach miłośników mocnych wrażeń i puszczająca do nich oko powieść, która naprawdę świetnie się czyta nawet nie znając inspiracji. Bo mamy tu ciekawą zagadkę, udany klimat, napięcie, zagrożenie czające się na każdym kroku, niezłą akcję… Bohaterowie? Nie są to zbyt złożone w swoim psychologicznym rysie postacie, ale tragedii też nie ma.


W skrócie: udana lektura w sam raz na Halloween. Może i stylistycznie mogłaby być lepsza, jednak potrafi wciągnąć na tyle, by podobne mankamenty straciły na znaczeniu. Dlatego ze swej strony miłośników opowieści z dreszczykiem zachęcam do jej poznania.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

sobota, 26 października 2019

Kaczor Donald #1000 (11/2019) - Kari Korhonen, Peter Snejbjerg, Daniel Branca i inni.

1000 KACZORÓW


„Kaczor Donald” to pismo już kultowe nie tylko dla dzieci. Wydawane od 25 lat, nawet mimo spadku popularności, wciąż się ukazuje i ma całkiem nieźle. Widać to po wydaniu 1000 już numeru, który właśnie pojawił się na rynku. I choć początkowo nic nie zapowiadało świętowania przez wydawcę jubileuszu, ostatecznie powstał ciekawy, sentymentalny numer, po który warto sięgnąć.


Zawartość, jak na współczesne „Donaldy” jest o dziwo ciekawa i utrzymana na niezłym poziomie. Zabawny komiks o Gogusiu, chcącym zostać sławnym, sympatyczna historia o Donaldzie zbierającym z siostrzeńcami żurawinę, trochę wspominek z młodości Sknerusa (chyba najlepsza rzecz numeru) czy niezła opowieść o inflacji. Do tego przeciętniak poświęcony Pluto i kilka krótkich form trzymających niezły poziom, dają ciekawy, różnorodny efekt.


Zawartość komiksowa, choć nie wybitna, jest więc niezła. Duży plus, że nie ma tu kiczowatych koszmarków nawiązujących do „Kaczych opowieści”. Nawet gadżet w postaci świecącej ręki trupa wypada nie najgorzej. Ale całość ratuje dodatkowa wkładka jubileuszowa. Z jednej strony niby to nic takiego, ot dwa plakaty (drzewo genealogiczne w wykonaniu Rossy, znane zarówno ze „Sknerusa”, jak i dawnego plakatu z „KD”, do którego zbierało się naklejki i grafika z porcją okładek z różnych okresów) i trochę wspominek, ale sprawia sympatyczne wrażenie.


Dostajemy tu bowiem porcję ciekawostek z całego okresu wydawania pisma. Po drugie wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem, legendarnym redaktorem pisma. Dodatkowo mamy kody QR do zeskanowania, dzięki czemu możemy pobrać cyfrową wersję pierwszego numeru „KD” oraz komiks „Korona Czyngis Chana” Barksa. Na koniec czeka konkurs z solidnymi nagrodami. Dobrze, że wydawca poszedł w tę stronę i zaserwował nam coś takiego. Można było postarać się bardziej, rzucić na rynek pogrubione wydanie, w którym znalazłyby się jakieś kultowe dodatki (któraś z gier byłaby super), ale i tak jest dobrze. Polecam zatem fanom, warto mieć ten numer w swojej kolekcji.

piątek, 25 października 2019

Upadek Gondolinu - J.R.R. Tolkien (redakcja: Christopher Tolkien)

OSTATNIA Z WIELKICH OPOWIEŚCI


Syn Tolkiena nie odpuszcza i choć od śmierci jego ojca minęło już ponad czterdzieści pięć lat, nieprzerwanie co jakiś czas wypuszcza na rynek kolejne jego dzieła. A właściwie kolejne wersje znanych już wszystkim prac, tudzież przekładów. Po opublikowanych jakiś czas temu tomów „Beren i Lúthien” i „Opowieści o Kullervo”, nadszedł czas na „Upadek Gondolinu”. Szumne zapowiedzi, jakoby miała być to powieść (i to taka, która na wydanie czekała ponad sto lat) nie do końca odpowiadają prawdzie, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Książka, która w polskiej edycji trafia właśnie w ręce czytelników, to sentymentalno-pożegnalne dzieło, które poznać powinni wszyscy miłośnicy prozy Tolkiena.


Pierwsza Era istnienia Śródziemia. Elfickie miasto Gondolin staje się areną niebezpiecznych wydarzeń. Oblegane przez siły Morgotha, przekonuje się co znaczy zdrada i bohaterstwo. Powoli jednak nachodzi czas jego upadku…


Historia „Upadku Gondolinu” sięga aż 1917 roku. Tolkien, którego od wydania „Hobbita” dzieliło wówczas jeszcze dwadzieścia lat, w trakcie rekonwalescencji po bitwie pod Sommą, zaczął spisywać właśnie tę opowieść. Jak potem wspominał, była to pierwsza historia ze Śródziemia spisana na papierze. Zanim jednak ukazała się drukiem, jako część „Silmarilionu” w 1977 roku, autor od czterech lat już nie żył. Potem miłośnicy mogli poczytać nieco inne wersje zarówno w „Niedokończonych opowieściach”, jak i w opracowaniu „The History of Middle-earth”, a teraz nadszedł czas by poznali je wszystkie. Tak oto w ich ręce trafia nie tyle powieść (choć pewne elementy są tutaj jak najbardziej powieściowe), co zbiór różnych fragmentów, notatek i odmiennych wersji tego samego tekstu, pochodzących ze wspomnianych już źródeł (i nie tylko). Specyficzny, ale jakże udany.


Bo nie ma znaczenia, czy dostajemy prozę  prawdziwego zdarzenia, czy taką właśnie kronikę – Tolkien to Tolkien i zawsze urzeka swoich czytelników: stylem, rozmachem, dopracowaniem. Tu możemy poznać opowieść, która w „Silmarilionie” pojawiła się w okrojonej wersji ze względu na wymogi spójności tamtego dzieła. Jednocześnie możemy prześledzić ewolucję całej opowieści, a także poznać bogactwo fascynujących nawiązań i zależności, dzięki którym czytelnik może inaczej spojrzeć na wiele rzeczy.


Jednocześnie to piękne i sentymentalne pożegnanie. Christopher Tolkien, syn autora, już w „Berenie i Lúthien” pisał, że to może być jego ostatnia książka. Teraz zapewnia, że „Upadek Gondolinu” (ostatnia z trzech tzw. Wielkich Opowieści – pozostałe to „Beren i Lúthien” właśnie oraz „Dzieci Húrina”) to dzieło, którym kończy karierę z redagowaniem notatek i niedokończonych prac swego ojca. I chociaż znajdą się tacy, którzy będą narzekać, dla fanów Śródziemia będzie to prawdziwy skarb i piękne (także ze względu na rewelacyjne ilustracje Alana Lee – w tym 8 kolorowych) pożegnanie. A po wszystkim zostaje tylko niedosyt – ach gdyby tak zechciał ktoś wydać w Polsce komplet „The History of Middle-earth” i „The History of The Hobbit”, byłoby wspaniale.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Wtajemniczeni: Czarna wołga. Tajemnica z przeszłości – Dorota Suwalska, Marta Krzywicka

WOŁGA UCZY, WOŁG BAWI


Długo wahałem się czy sięgnąć po tę książkę, czy nie. Lubię młodzieżówki, temat był ciekawy, ale kwestie czarnej wołgi swego czasu zgłębiłem tak dokładnie (zarówno od strony faktów, jak i mitów), że wątpiłem, bym jeszcze coś ciekawego mógł przeczytać. Ale sięgnąłem i nie żałuję, bo „Wtajemniczeni” to bardzo sympatyczna powieść, która dla współczesnej młodzieży będzie stanowiła intrygującą wyprawę do czasów PRL-u, połączoną nie tylko z interesująca fabułą, ale i mnóstwem informacji o tamtych czasach.


Główną bohaterką opowieść jest Łucja, w której życiu dzieje się wiele, ale niestety niewiele pozytywnie. Jej rodzice właśnie się rozstali, a ona wraz z matką najpierw przeniosła się do Szczecina, a teraz, kiedy w końcu zaczęło jej się tam układać, obie wracają do Warszawy. Ale nie na stare śmieci na Żoliborzu, a do Rakowca, z dala od dawnych warszawskich przyjaciół. Smutek i samotność stara się zabić słuchaniem muzyki i obserwowaniem przez okno zamyślonej, samotnej kobiety na ławce. Bijące od niej poczucie straty sprawia, że dziewczyna zainteresowuje się nią i tak odkrywa, że kobieta to Anna, planująca happening artystka, która jednocześnie prowadzi śledztwo. Wszystko sprowadza się do tego, że w dzieciństwie zniknęła jej przyjaciółka, Monika. Co naprawdę się z nią stało, nie wiadomo, choć istnieją podejrzenia, że mogła mieć z tym coś wspólnego czarna wołga, legendarny samochód, który w latach 70. XX wieku obwiniano o porwania. Łucja zostaje wciągnięta w całą sprawę, kiedy okazuje się, że mieszka w dawnym mieszkaniu Moniki, a na dodatek znajduje w nim pełne tajemnic pudełko… Do czego doprowadzi ją to wszystko?


Autorka m.in. sympatycznej powieści „Zuźka w necie i w realu” powraca z drugim tomem serii „Wtajemniczeni”. Jeśli, podobnie jak ja, nie czytaliście pierwszego tomu, śmiało możecie o nim zapomnieć. Nie wiem, czy obie książki jakoś się ze sobą łączą, czy są to jedynie niewiązane ze sobą pozycje wydane pod wspólnym szyldem (przychylam się do tej drugiej opcji), ale żeby przeczytać „Czarną wołgę”, nie musicie nic wiedzieć. Chyba tylko tyle, że to naprawdę przyjemna i ciekawa lektura, łącząca w sobie wiele różnych gatunków. Z jednej strony mamy tu obyczajową opowieść dla nastolatków, z drugiej kryminał, wreszcie też przygodową historię. A wszystko to zmiksowane, w jedną naprawdę udaną całość.


Powieść została napisana w sposób lekki i przyjemny, ale nie przesadnie prosty. Tak, by czytało się ją szybko i przyjemnie, a zarazem bez obrażania inteligencji czytelnika. Do tego obok tekstu znajdują się krótkie wstawki, wyjaśniające nam różne aspekty życia w PRL-u i opisujące wydarzenia z tamtego okresu, a wszystko to zostało uzupełnione solidną dawką kolorowych ilustracji i ładnie wydane tak, że młodym czytelnikom z miejsca wpadnie w oko.


I dobrze, bo to sympatyczna, wartościowa lektura. W sam raz na długie jesienne popołudnia i weekendy z książką, która ucząc bawi, bawiąc uczy. A jeśli sięgną po nią starsi, na pewno trąci w nich sentymentalną nutę.


Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.