czwartek, 28 lutego 2019

Lucky Luke #54: Narzeczona Lucky Luke’a - Morris, Guy Vidal

MIŁOŚĆ NA DZIKIM ZACHODZIE


Lucky Luke jest z nami od 1946 roku, kiedy to na rynku pojawił się pierwszy album z jego przygodami, ale dopiero czterdzieści lat później, w albumie „Narzeczona Lucky Luke’a”, w swe sidła dopadła go miłość. Jak to w takich przypadkach bywa, na dzielnego kowboja czekało wiele nieprzewidzianych perturbacji. Teraz poznać je mogą polscy czytelnicy, a przy okazji jak zawsze mogą spodziewać się świetnej zabawy na znakomitym poziomie, nawet jeśli za scenariusz tego tomu nie odpowiada największa gwiazda serii, czyli René Goscinny a Guy Vidal.


Lucky Luke to dzielny kowboj, stróż prawa i rozjemca sporów wszelkiej maści. Na każdym kroku czyhają na niego bandyci – z Daltonami na czele – ale tym razem czeka go zadanie, jakiego by się nie spodziewał. Gdy w mieście pełnym samych mężczyzn dochodzi do katastrofy w postaci bankructwa jedynej pralni, coś na trzeba na to poradzić. Luke wciela się w rolę swata i ochroniarza, kiedy podejmuje się zadania przetransportowania tam żądnych romantycznych uniesień kobiet z miasta mężczyzn pozbawionych. Ale podróż przez bezdroża Dzikiego Zachodu w towarzystwie otaczających go ze wszystkich stron pięknych niewiast, okazuje się wyzwaniem, które może przerosnąć nawet jego siły. Miłość zastawia na Lucky Luke’a swoje sidła, a chociaż w miłości, jak na wojnie – a z konfliktami także zbrojnymi nasz dzielny kowboj ma duże doświadczenie – tym razem może się okazać, że nawet on nie ma szans z „przeciwnikiem”…


Czy jestem fanem Lucky Luke’a? Pewnie tak, skoro przeczytałem już kilkadziesiąt tomów jego przygód i nadal nie mam dość. Ale od przygód dzielnego kowboja wolę dobre opowieści o miłości – a kluczowe jest tu słowo „dobre”, bo to, co powszechnie nosi miano romansów, że już o komediach romantycznych nie wspomnę, bardziej mnie odstrasza niż pociąga. Jeśli więc już miałbym sięgnąć po jakąś historię miłosną utrzymaną w żartobliwym tonie, z pewnością byłyby to filmy z lat 80., które miały w sobie i świeżość, i klimat, i jakąś taką nonszalancję, której brak współczesnym dziełom. Albo komiks taki, jak ten właśnie – stworzony zresztą w latach 80., co tylko przemawia na jego korzyść.


Owszem, jak powszechnie wiadomo to przede wszystkim René Goscinny tworzył najlepsze opowieści o Lucky Luke’u. I to on, wraz z ojcem tego bohatera, czyli Morrisem, przeniósł je nawet na wielki ekran. Ale to nie znaczy, że inni autorzy radzą sobie gorzej. Niejeden twórca pokazał, jak znakomicie czuje się pracując nad tą serią i to samo widać w przypadku scenariusza Vidala. Skonfrontowanie kowboja kawalera, przykładu męskości i samodzielności z miłością, jest rzeczą tak klasyczną, że aż dziwne, iż nikt wcześniej o tym nie pomyślał. Przez to co prawda mogło powiać sztampą, ale schemat ten sprawdza się za każdym razem i doskonale sprawdził się w tym przypadku. „Narzeczona Lucky Luke’a” to kawał dobrej komedii pomyłek, która rozbraja, wciąga i intryguje. I nic nie obchodzi czytelnika, że całość zmierza do z góry oczywistego finału – zabawa jest tak dobra, że poddajemy się jej bez zastrzeżeń.


I tak oto w ręce miłośników dzielnego kowboja – i wszystkich fanów humorystycznych serii europejskich – trafia kolejny tom, który koniecznie powinni poznać. To rzecz do śmiechu, do zastanowienia się i przede wszystkim miłego spędzenia czasu. Jak zawsze polecam gorąco i czekam na kolejne tomy.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Lucky Luke #12: Kuzyni Daltonów - Morris, René Goscinny

POCZĄTEK DALTONÓW


Tradycyjnie, jak co drugi miesiąc, wydawnictwo Egmont serwuje nam właśnie dwa kolejne tomy serii „Lucky Luke”, a pierwszym z nich jest klasyczny album do scenariusza René Goscinnego, „Kuzyni Daltonów”, pochodzący z samych początków przygody tego autora z serią. Jak zwykle w przypadku tego scenarzysty, całość jest lekka, zabawna, niegłupia i wciągająca. Tak co prawda w serii jest właściwie zawsze, ale w tych wczesnych tomach wszystko wciąż jest świeże i pozbawione wtórności, która czasem w późniejszych latach gościła na stronach komiksów o przygodach najszybszego kowboja na Dzikim Zachodzie.


Daltonowie to przestępcy, przed którymi drży Dziki Zachód. Co prawda Lucky Luke zdołał się z nimi rozprawić, ale ich kuzyni chcą pójść w ich ślady. Nie są jednak zbyt obeznani z przestępczym fachem, dlatego zaczynają swoiste szkolenie na prawdziwych bandytów, których nazwisko stanie się postrachem. Jednocześnie chcą zemścić się na dzielnym kowboju za to, co zrobił ich krewnym, ale jak przebiegnie ich spotkanie? I jak potoczy się ich kariera?


Lucky Luke bez Daltonów jest jak Batman bez Jokera, Spider-Man bez Zielonego Goblina czy Smerfy bez Gargamela. Po raz pierwszy, na krótką chwilę pojawili się w pierwszym albumie serii, ale dopiero w tym zaliczyli swój pełnoprawny debiut, by potem pojawić się jeszcze w trzydziestu pięciu tomach. Inspirowani prawdziwymi przestępcami, braćmi Daltonami (którzy swoją drogą też pojawili się w komiksach), stali się głównymi czarnymi charakterami cyklu i nie mogły się bez nich obyć także filmy o przygodach dzielnego kowboja. Wszystko jednak, co przesądziło i sukcesie tych postaci, zaczynając od charakterów, a na pechu skończywszy, zostało zapoczątkowane właśnie w dwunastym albumie „Lucky Luke’a”. A Goscinny, swoim zwyczajem zresztą, wszystko to zrobił w naprawdę znakomitym stylu.


Jak zawsze więc jest śmiesznie, dowcipy są różnorodne, bo zarówno słowne, sytuacyjne, jak i obrazkowe, a w nich nie brak zarówno tych prostych i niewysublimowanych, jak i autentycznej satyry. Mnóstwo tu też przygód i szybkiej akcji, bo tego wymagamy od westernu, nawet jeśli opowiedziany jest bez zbytniej powagi, a całość posiada sporo uroku i świetny klimat. Owszem, mimo odwołań do autentycznych wydarzeń z przeszłości, trudno jest tu szukać historycznych realiów, ale tego nikt przecież nie oczekuje. Świat Dzikiego Zachodu jest więc ukazany przez pryzmat popkulturowego jego postrzegania, a na dodatek odbity w krzywym zwierciadle. Ale dzięki temu zarówno miłośnicy, jak i przeciwnicy opowieści o kowbojach, znajda tu coś dla siebie.


Tym bardziej, że całość jest naprawdę znakomicie zilustrowana (choć pod pewnymi względami Morris wciąż w części tej szukał jeszcze pewnych elementów swojego stylu), a także świetnie wydana. Dobrze więc, że Egmont po raz kolejny wznawia całą serię, bo to mimo upływu lat jakże wciąż atrakcyjna opowieść godna polecenia wszystkim miłośnikom komiksu. Ten tom natomiast to jeden z najważniejszych jej epizodów i nie znać go, jeśli lubicie Lucky’ego Luke’a po prostu nie wypada.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Bing

NOWY MAGAZYN


Już jutro w punktach z prasą pojawi się nowy magazyn dla dzieci. Poniżej prezentuję oficjalne informacje na jego temat:


Czasopismo dla najmłodszych dzieci „Bing” to nowość na rynku prasowym. Magazyn poszerzył portfolio Egmont Polska i trafił do sprzedaży 1. marca 2019 roku. Dwumiesięcznik adresowany jest do dzieci powyżej dwóch lat, a w szczególności w wieku przedszkolnym oraz wszystkich tych, które lubią wspólną zabawę z bohaterami serialu o tym samym tytule.


Bing jest trzyletnim króliczkiem, który jest bardzo ciekawy świata. Jego przygody do złudzenia przypominają codzienność dzieci w podobnym wieku. Każdy epizod zaczyna się typową dziecięcą czynnością, z którą muszą poradzić sobie bohaterowie: Bing, jego opiekun Flop, przyjaciele Sula i Pando oraz kuzyni Koko i Charlie. Mimo chęci nie zawsze im się udaje, popełniają błędy, na których się uczą. Czasami króliczkowi brakuje doświadczenia, aby przewidzieć skutki swojego zachowania. Gdy tak się dzieje Bing musi poradzić sobie ze swoimi uczuciami. Z pomocą Flopa udaje mu się odzyskać pewność siebie.


W każdym numerze czytelnicy, podobnie jak w serialu, wspólnie z Bingiem i jego najlepszymi przyjaciółmi podejmują codzienne, nowe wyzwania oraz rozwiązują związane z nimi problemy. Za pomocą ciepłej narracji, a jednocześnie umiejętnie unikając moralizatorskiego tonu, opowiadania, łamigłówki, wycinanki i rysowanki w przystępny i delikatny sposób pokazują zarówno dzieciom jak i dorosłym, różne sposoby radzenia sobie z czynnościami dnia codziennego. Podczas wspólnej lektury można dziecku wskazać, jak sobie radzić z trudnymi emocjami i wytłumaczyć niezrozumiałe sytuacje. Pismo zostało wydane na specjalnym papierze ułatwiającym rysowanie i kolorowanie, z nieco grubszymi i błyszczącymi okładkami.


Czasopismo „Bing” to gwarancja świetnej zabawy i niezawodny sposób na nudę, ale przede wszystkim promocja i rozwijanie wartości takich jak poczucie wspólnoty, umiejętności interpersonalne. W poszczególnych wydaniach na entuzjastów wesołej ferajny będzie czekać dodatkowo plakat, oraz zabawka związana ze światem bohaterów. Do pierwszego numeru będą dołączone figurki Binga i Flopa. Cena egzemplarza wraz z dodatkami wyniesie 10,99 zł, na rynku pierwszy numer będzie dostępny od 1 marca 2019 r. Wprowadzenie magazynu wsparte jest kampanią reklamową, która obejmuje emisję spotów telewizyjnych, komunikację w mediach społecznościowych oraz mediach własnych Egmontu.


Jednocześnie na rynku jest już dostępna książka, Moje bajeczki o Bingu. Jej opis brzmi następująco:

Oto Bing – króliczek, który kocha odkrywać świat! Wraz ze swoimi przyjaciółmi codziennie uczy się nowych, ciekawych rzeczy. Szkraby bawią się pod okiem cierpliwego Flopa, który w razie potrzeby pomaga wesołej gromadce. Historie z tej książeczki opowiadają o małych i dużych codziennych przygodach, w których przedszkolaki znajdą odniesienie do swoich własnych przeżyć. To ciekawa lektura, która jednocześnie bawi i uczy. Bing i jego przyjaciele zapraszają do wspólnej zabawy!

środa, 27 lutego 2019

Doktor Star i Królestwo Straconej Przyszłości - Jeff Lemire, Max Fiumara

CZY WARTO BYŁO BYĆ BOHATEREM?


Jakimż pozytywnym dla mnie zaskoczeniem okazała się seria „Czarny Młot”. I jakim mniej pozytywnym zaskoczeniem było, kiedy całość skończyła się na trzynastym zeszycie, oczywiście solidną retardacją, nie wyjaśniając właściwie nic. Gdy piszę te słowa, seria jest rebootowana, ale by się przekonać co to w praktyce oznacza dla czytelników, będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Jednakże między jednym a drugim, powstało wiele miniserii uzupełniających to uniwersum. Jedną z nich jest właśnie „Doktor Star i królestwo straconej przyszłości”, kolejny świetny komiks dla miłośników cyklu, fantastyki i dobrych superbohaterskich historii obrazkowych.


Kiedyś był legendą, teraz jest staruszkiem, który czuje się, jakby kurz pokrył jego tak, jak pokrył wszystkie pamiątki z dawnych lat. Ale wszystko, co robił przez swoje życie miało cel i czemuś służyło. Pytanie tylko czy naprawdę było warto. Jak wiadomo, nigdy nie jest za późno by je sobie zadać, ale czy również nie jest za późno by naprawić relacje z synem? Bo właśnie to stara się zrobić Doktor Star, wspominając jednocześnie całe swoje życie, w którym stara się znaleźć autentyczny sens. Zaczynając od roku 1941, kiedy to był zwykłym naukowcem, zwerbowanym przez rząd do szukania broni przeciw nazistom, przez starcia z dziwacznymi bestiami, po kosmiczne przygody. Jego życie pełne było niezwykłości i wyzwań, czy jednak po wszystkich tych latach rzeczywiście zazna upragnionego spokoju?


„Czarny Młot”, podobnie jak jego spin-off „Sherlock Frankenstein”, nie były opowieściami oryginalnymi. Już sam tytuł tego drugiego mówi nam dostatecznie o tym fakcie, ale należałoby to traktować jako minus, gdyby wszystko było niezamierzone. Tymczasem scenarzysta całości, Jeff Lemire, pozbierał wszystko to, co kochał w dawnych komiksach, nie tylko część ich klimatu (część, bo dawna infantylność teraz by się nie sprzedała), ale też i konkretne wątki i postacie. Zmiksował to wszystko, łącząc bohaterów Marvela, DC i innych wydawców w jedne, nowe twory i podlał taką masą hołdu i miłości, że nie było wyjścia: „Czarny Młot” kupił serca miłośników opowieści obrazkowych na całym świecie.


I podobnie jest z „Doktorem Starem”, serwującym nam poruczającą historię, w której Green Lantern spotyka Hellboya, a razem natrafiają na Avengersów. Jest tu zatem opowieść o wojnie i paranormalnych tajemnicach z nią związanych. Jest typowe superhero z obroną świata. I jest też kosmiczna przygoda, spektakularna i widowiskowa. Ale przede wszystkim mamy znakomitą stronę obyczajową. Historię bohatera, który po latach, będąc na emeryturze, poszukuje sensu w tym, co zrobił przez dekady. Prawdziwość i siła całości potrafią uderzyć i nawet jeśli widzieliśmy to już nie raz w dziełach gigantów, wciąż robi wrażenie.


Do tego całkiem udana jest też sama szata graficzna. Kreska Fiumary, przypominająca choćby komiksy Paula Pope’a, jest odpowiednio klimatyczna i szczegółowa. Dobrze oddaje zarówno mrok, akcję, realia lat czterdziestych, jak i futurystyczne elementy. Wszystko to, w połączeniu z jak zwykle świetnym wydaniem i solidną porcją dodatków składa się na album, który warto polecić nie tylko wielbicielom „Czarnego Młota”. Bo nawet zupełnie niezaznajomieni z tematem bez problemu odnajdą się tej historii – i to kolejny jej plus.


Album ten, jak i wszelkie, nie tylko komiksowe, nowości znajdziecie tu:







Deadpool Classic, tom 6 - Christopher Priest, Glenn Herdling, Gus Vazquez, Paco Diaz, Andy Smith, Jim Calafiore, Sal Velluto

DEADPOOLOWI WSZYSTKO SIĘ SYPIE


Klasyczne przygody Deadpoola zostały na naszym rynku przyjęte z dość umiarkowanym entuzjazmem. Niektórym czytelnikom, głownie tym mającym sentyment do specyfiki komiksów z lat 90. XX wieku (a ja zaliczam się do tej grupy) przypadły do gustu, inni zmieszali je z błotem. Kiedy więc od ponad pół roku nie było wieści odnośnie wydania kolejnego tomu (mimo jego wcześniejszych zapowiedzi), zaczynałem już tracić nadzieję na jego publikację. Ale oto wreszcie jest i cóż mogę dodać w tym miejscu, jak nie to, że warto było czekać. Choć przeciwników serii i tak nowy „Deadpool” do siebie nie przekona.


W życiu Deadpoola wszystko się sypie – łącznie z jego ciałem. Czyli jak zwykle. Tylko, że tym razem wszystkiego jest jakby więcej, bo i Thor, i Loki, i Czarna Pantera, ojcowska klątwa i… Zaraz, co tu robi Lobo? A to jak zawsze jedynie wierzchołek góry lodowej. Bo jak się wali, to na całego, a Deadpool ma już takie szczęście do pakowania się we wszelkiej maści tarapaty. I wychodzenia z nich, choć nie zawsze obronną ręką…


Siłą „Deadpoola” od zawsze był jego humor. Czarny, niepoprawny politycznie, nie zawsze wysokich lotów, ale potrafiący rozśmieszać tak, jak to ma w zwyczaju ów niewymagający typ dowcipu. Klasyka jednak pod tym względem jest nieco bardziej stonowana, żartów jest mniej, tempo akcji też jest wolniejsze, na stronach zawsze mnóstwo jest dialogów i szeroko pojętego tekstu, a i brutalność, która należy do jednej z bardziej pożądanych cech serii nie jest tu tak intensywna. Ale czy to naprawdę aż tak różni się od tego, za co czytelnicy kochają współczesne przygody Najemnika z Nawijką? Nie, bo wszystko zawsze jest umowne, a wspomniane rzeczy nawet w najnowszych odsłonach serii nie są tak zaakcentowane, jak np. w przypadku klasycznych przygód Lobo.


Jedyną prawdziwą różnicą między starymi a nowymi „Deadpoolami” jest wspomniana przewaga tekstu. Czytelników wolących przerzucać strony pełne onomatopei towarzyszących kolejnym spektakularnym walkom może to odrzucać, ale spójrzcie na to z innej strony – na tej samej liczbie stron dostajemy więcej treści. Mniej opowiadania obrazami, a więcej słowami, co przeciąga lekturę i gwarantuje, że tom wystarcza na dłuższy czas, a to cieszy, bo rzecz jest naprawdę przyjemna i dostarcza dobrej rozrywki. W tle zaś pobrzmiewają echa wydarzeń pamiętanych przeze mnie z komiksów, a których się można rzec wychowałem.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, to mamy tu całkiem udane połączenie cartoonowych klimatów z pełną detali robotą typową dla lat 90. i popularnych wtedy prac artystów, którzy potem założyli Image Comics. Jest więc wyraźnie, czysto, miło dla oka, a zarazem kolorowo. Taka estetyka. Świetne wydanie plus zeszyt „Czarnej Pantery” na deser też wypadają znakomicie. I chociaż nie jest to komiks, który spodoba się wszystkim, ja ze swej strony polecam, bo za każdym razem bawię się dobrze i ze sporą dawką sentymentu.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Przygody Smerfów #1: Czarne Smerfy - Peyo

POCZĄTEK SMERFÓW


Kiedy jakiś czas temu, przy okazji recenzowania jednego z poprzednich tomów „Smerfów”, pisałem, że mam nadzieję na wznowienie przez Egmont starych komiksów z ich przygodami, nie sądziłem, że słowa te okażą się prorocze. A jednak, po zaserwowaniu nam zarówno najnowszych tomów kontynuatorów spuścizny Peyo oraz wypełnienia luk poprzez publikację nigdy nie wydanych klasycznych albumów, nadszedł czas na przypomnienie klasycznych części. Na pierwszy ogień idą „Czarne Smerfy”, pełnoprawny debiut małych niebeskich stworków, który pierwotnie ukazał się w roku 1963. I cóż tu można powiedzieć na jego temat, jak nie to, że to po prostu kawał rewelacyjnego komiksu, który bawi dużych i małych, i po który sięgnąć powinien każdy szanujący się miłośnik opowieści obrazkowych?


Na „Czarne Smerfy” składają się trzy opowieści. W tytułowej po raz pierwszy poznajemy małe niebieskie istoty, które żyją w wiosce za górami, za lasami, a ich społeczności przewodzi mądry Papa Smerf. Ich sielankę przerywa jednak pewne niezbyt miłe wydarzenie. Gdy jeden ze Smerfów zostaje ugryziony przez muchę bze-bze, jego kolor skóry zmienia się na czarny a on sam staje się zagrożeniem dla innych. Czarny Smerf ma tylko jeden cel: pogryźć współtowarzyszy i przenieść tym samym zarazę. Niebieskie stworki będą musiały przetrwać starcie z rosnącą armią zarażonych i znaleźć sposób na poradzenie sobie z kryzysem.

W dwóch kolejnych historiach czekają na nich nie mniejsze wyzwania. Na początek pewien Smerf za wszelką cenę będzie chciał się wzbić w powietrze: ale czy jego starania przyniosą w końcu upragniony efekt? Na koniec zaś po raz pierwszy pojawia się największy wróg niebieskich stworków, Gargamel, który zaczyna na nie polować, by stworzyć kamień filozoficzny…


O tym albumie, w Polsce po raz pierwszy wydanym w roku 1990, można by powiedzieć wiele, ale kto czytał choć jeden z tomów „Smerfów” sam wie najlepiej z czym będzie miał do czynienia: z zabawnymi, mądrymi opowieściami dla najmłodszych, w których i starsi znajdą coś dla siebie. Wszystko to pojawia się w serii od razu, dostarczając nam rozrywki z przesłaniem, niezapomnianym klimatem i całym mnóstwem uroku. I chociaż już tu styl Peyo był w pełni wykształcony, warto zauważyć, że jest tu pewien element, który w serii nigdy już nie powrócił: po raz pierwszy i jedyny bowiem czytelnicy mogą tu zobaczy, jak wyglądają Smerfy bez swoich czapeczek.


A skoro już przy ciekawostkach jesteśmy, warto też zauważyć, że historię o czarnych Smerfach traktowano czasem, jako opowieść rasistowską. Pewnie i w dzisiejszych czasach nie zabraknie takich głosów, ale to już każdy niech najlepiej rozsądzi sam. Jednak trzeba pamiętać, że czarny to w końcu kolor dość jasno kojarzący się z czymś złym i ja osobiście nie poczytuję tej historii tak, jak niektórzy. Jednocześnie wypada też wspomnieć, że kiedy pięć lat po premierze tego albumu pojawił się film George’a Romero, „Noc żywych trupów”, zauważono jak obie opowieści są bliskie tematycznie i sugerowano, że reżyser inspirował się dziełem Peyo. Czy tak było w rzeczywistości? Wcale bym się nie zdziwił, bo „Smerfy” to dobra rozrywka dla czytelników w każdym wieku. Jeśli macie w sobie coś z dziecka, a jakimś cudem jeszcze nie poznaliście przygód małych niebieskich stworków, nadróbcie to jak najszybciej: warto. Tym bardziej, że teraz, po prawie 30 latach, macie znów okazję sięgnąć po pierwszy tom ich przygód.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Half & half - Kouji Seo

ŻYCIE, ŚMIERĆ I MIŁOŚĆ


Nie ma nic na pół – szybko po tym się ubierasz
Jak kiedyś Yves Montand, jak Edith Piaf
Żadne z nas już się na to nie nabiera
Strachy na lachy


„Half & half” to kolejna jednotomówka od Waneko, która tak naprawdę stanowi zbiorcze wydanie dwóch oryginalnych tomików. Rozwiązanie to dobre, bo w ręce czytelników trafia solidna cegiełka w cenie niewiele wyższej od standardowego tomiku. A to cieszy w szczególności, gdy czytelnik otrzymuje dobrą lekturę, a taką właśnie jest manga Koujiego Seo. Sympatyczna i bardzo przyjemna w odbiorze opowieść miłosna z nutą fantastyki i sporą szczyptą erotyki, choć z nie do końca wykorzystanym potencjałem.


Zazwyczaj śmierć kończy wszystko, w tym wypadku wszystko od śmierci się zaczyna. Yuuki ma dość życia i postanawia popełnić samobójstwo. Wchodzi na wysoki budynek, skacze z niego i… Jak w „Amelii”, spada na przechodzącego poniżej Shin’ichiego. Oczywiście oboje giną, ale trafiwszy do czegoś w rodzaju czyśćca, ze względu na wyjątkowe okoliczności, otrzymują swoistą drugą szansę. Na tydzień wrócą do świata żywych, zmuszeni przebywać blisko siebie. Przez ten czas mają zdecydować które z nich po upływie tego czasu umrze, a które wróci do życia. Wybór wydaje się prosty, ale samobójstwo pozwoliło Yuuki spojrzeć na swój los z innej perspektywy i teraz wcale nie ma zamiaru opuszczać tego świata. Skazani na własne towarzystwo, dzieląc ze sobą wszystko – łącznie z odczuciami – zaczynają poznawać się coraz bliżej. A wraz z tym, zaczyna także między nimi iskrzyć. Tylko czy w ich sytuacji rodzące się uczucie ma w ogóle sens?


Kariera Koujiego Seo, autora takich tytułów, jak „Suzuka” czy „Cross Over” zaczęła się w roku 1996 od krótkiej mangi zatytułowanej „HALF & HALF”. Szesnaście lat później artysta wrócił do tej opowieści, tworząc trzynaście części, które potem zabrano w dwa tomiki. I to właśnie ta odświeżona wersja wydana jako „Half & half”, uzupełniona o krótki dodatek, trafiła w ręce polskich czytelników (swoją drogą znajdziecie tu także porównanie z pierwotną fabułą). Jak już wspominałem na wstępie, jest to historia całkiem udana i sympatyczna, choć nie do końca wykorzystująca potencjał. Bo autor podąa tu dość jasno wytyczoną, oczywistą ścieżką, nie zaskakując nas niczym szczególnym, ale czy sięgając po ten tytuł liczyłem na zaskoczenie? Nie. Miałem nadzieję na dobrą, romantyczną rozrywkę przełamaną fantastyczną nutą i to właśnie otrzymałem.


Oczywiście „Half & half” to manga bardziej przeznaczona dla nastoletnich chłopców, niż dziewcząt, więc nie mogło tutaj zabraknąć erotyki, a tej jest całkiem sporo. Dla tych jednak, którzy od opowieści o miłości oczekują czegoś więcej, autor zadbał o emocje, urok, sporo czułości, a także mroku. Bo bohaterowie początkowo obawiają się o intencje drugiej strony, a przez cały czas wisi nad nimi widmo śmierci. A wszystko to okraszone zostało może i niezbyt głębokimi, ale jednak, rozważaniami nad życiem, śmiercią i rzeczami, których nie dostrzegamy na co dzień.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, „Half & half” nie jest skomplikowane ani bogate w szczegóły. Kreska jest dość prosta, a tła zapełniają najczęściej przerobione fotografie albo pozostają białe, ale ma to swój urok, bo Seo potrafi – jak na mangakę zresztą przystało – dobrze uchwycić mimikę i emocje bohaterów. Sam co prawda początkowo nie byłem do całości przekonany, ale ostatecznie ilustracje mimo wszystko zjednały moją sympatię, a co ważniejsze dobrze pasują do treści. Dlatego też miłośnikom romansów w klimatach shounen polecam ten tytuł z czystym sercem. Ja bawiłem się znakomicie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Avengers #1: Siedmiu wspaniałych - Mark Waid, Mahmud Asrar, Adam Kubert

NOWE POCZĄTKI NOWYCH AVENGERS


Chyba każdy czytelnik, niezależnie od własnych preferencji, przyzna, że najważniejszą serią wydaną w ramach Marvel Now, była (a właściwie były, bo rozpisano ją na dwa tytuły) o przygodach Avengers. To tam bowiem, od samego początku, do końca, toczył się jeden wielki event, łączący w sobie wszystkie pozostałe wydarzenia, nadający ton całej linii wydawniczej i w ostatecznym rozrachunku kończący istnienie dotychczasowego uniwersum Marvela. Po tak epickim cyklu, nowe „Avengers” wydają się wypadać dość blado, ale nadal to kawał świetnego komiksu rozrywkowego, serwującego nam nowe początki zupełnie nowego składu najsłynniejszej superbohaterskiej drużyny świata.


Dawna drużyna Avengers przestała istnieć, czas powołać do życia nowy skład. Iron Man, Thor (Gromowładna), Kapitan Ameryka (Sam Wilson), Vision, Nova, Ms Marvel (Kamala Khan) i Ultimate Spider-Man (Miles Morales) – wszyscy różnią się od siebie pod wieloma względami, wielu z nich wciąż nie jest zbyt doświadczonych w superbohaterskim fachu. Muszą jednak zebrać się i przezwyciężyć dzielące ich różnice, by stawić czoła nowym zagrożeniom. Jednakże w samym składzie Avengersów iskrzy, jak nie iskrzyło od lat, a także dochodzi do zawiązania się relacji, jakich świat jeszcze nie widział!


„Avengers” i „New Avengers” z Marvel Now, poza tym, że od początku do końca opowiadały jedną wielką historię połączoną z „Nieskończonością” i „Tajnymi wojnami”, były też opowieściami dość ponurymi. I przy okazji mocno skupiały się przede wszystkim na konkretnych grupach bohaterów, coraz bardziej rozdzieranych odmiennym podejściem do problemów, z którymi musieli się mierzyć. Nowa odsłona ich przygód w wykonaniu jest rzeczą lżejszą, mniej monumentalną i bardziej skupioną na poszczególnych członkach drużyny (trzeba docenić, że udało się zachować też różnorodnych klimat  ich rodzimych serii), których zbieranina jest na pierwszy rzut oka równie niedobrana, co pierwszy skład ekipy z lat 60. Mark Waid, scenarzysta znany i ceniony, wraca do korzeni Avengersów, budując nowy oddział, mający mierzyć się nie tylko z problemami, ale i legendą dawnego składu. I nie ma znaczenia, że mamy tu Thor, Kapitana Amerykę, Iron Mana czy Spider-Mana. To nie są już ci herosi co kiedyś, a pod ich maskami kryją się w większości inne niż wcześniej osoby.


Chociaż sama akcja nie zmieniła tempa, oferując nam zarówno szybko poprowadzone momenty, jak i chwile spokojniejsze, skupione na rozmowie i samych postaciach, to Waid inaczej rozkłada tutaj akcenty. Nie ma tu tego ponurego ciężaru, o którym pisałem. Jest za to pewna swoboda, niedostosowanie, które powoduje równie wiele spięć co sympatycznego docierania się. Całość utrzymana została w klimacie wczesnych przygód Mścicieli (ale bez ich ówczesnej infantylności) i pierwszego kinowego filmu o tej drużynie (choć fabuła jest tu o wiele ciekawsza i nie służy aż tak bardzo za pretekst do pokazywania widowiskowych walk, choć tego typu rzeczy też nie brakuje). A wszystko to podane w sposób lekki i przyjemny w odbiorze i znakomicie zilustrowane, w sposób prosty, ale dobrze dobrany do całości, łączący w sobie klasyczną nutę (Kubert) ze współczesnymi trendami.


Efekt finalny jest interesujący i nawet jeśli nie ma w sobie wielkości poprzednika, warto jest mu się przyjrzeć. To nowe otwarcie, udane jako kontynuacja wcześniejszych przygód i atrakcyjne dla zupełnie nowych czytelników. Tym bardziej, jeśli mają po kilkanaście lat i ochotę na solidną dawkę superbohaterskich akcji.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



wtorek, 26 lutego 2019

Ms Marvel #5: Supersławna - G. Willow Wilson, Adrian Alphona, Takeshi Miyazawa, Nico Leon

FANKA W ŚWIECIE SUPERHERO


Czy w dzisiejszych czasach da się jeszcze zrobić całkiem świeże i wciągające komiksy superhero? Owszem, wystarczy tylko nie chcieć rzucać się na głęboką wodę epickich wydarzeń, a skupić się na rzeczach przyziemnych, bliskich każdemu nastoletniemu czytelnikowi i przełamać je solidną dawką fantazjowania. I to właśnie miała do zaoferowania „Ms Marvel”, jedna z najlepszych serii Marvel Now, która dawała nam jednocześnie powiew świeżości w postaci mocnego zaangażowania się w religijną sferę życia bohaterki i wzbogacenie tego wszystkiego o nieco klimatu jakby żywcem wziętego z mang shoujo. Zanim skończyło się uniwersum, ukazały się cztery tomy tej serii. Teraz Kamala wraca z najnowszą częścią swoich przygód i choć minęło nieco czasu, a parę rzeczy uległo zmianom, to wciąż ta sama stara, dobra Ms Marvel, która kupiła serca czytelników.


Niedawno świat się prawie skończył, wszystko zmierzało ku katastrofie… A teraz jest lepiej, niż było dotychczas. Kamala przestała być już tylko lokalną gwiazdą, wypłynęła na szeroką wodę i teraz dzieli czas między szkołę, przyjaciół i bycie członkinią Avengers. Dla takiej fanki herosów, jak ona, dołączenie do ekipy superbohaterów było jak spełnienie marzeń, ale teraz biedna Ms Marvel przekonuje się, co oznacza bycie częścią grupy. Zajęta większymi sprawami, nie zauważa, że w jej rodzinnym mieście zaczyna źle się dziać. Kiedy postanawia w końcu posprzątać na własnym podwórku, czeka ją sporo pracy, bo oprócz zmagań z pewną firmą, czeka ją jeszcze odkrycie tajemnic najbliższych jej osób…


Czyli, jak widać po powyższym, w serii dzieje się tak, jak działo się dotąd. Szybko, lekko, z humorem i przywiązaniem do spraw mniejszych. Czerpiąc z tradycji takich opowieści, jak „Amazing Spider-Man”, które przez lata skupiały się na dzieleniu typowego życia nastolatka z karierą herosa i dorzucając do nich solidną dawkę humoru i umowności, Wilson stworzyła serię, którą czyta się z prawdziwą przyjemnością. Młodzieńcze miłości? Są. Szkolne problemy? Tym bardziej. Kłopoty z rodzicami? A jak myślicie? Do tego na stronach serii pojawiają się nietypowi wrogowie, którzy gdzieś indziej wyglądaliby po prostu śmiesznie, ale akurat tu naprawdę pasują. I nie są przy tym ani głupi, ani nawet infantylni.


Całość ma też charakterystyczny klimat, którego próżno szukać w innych podobnych tytułach. Klimat nieco małomiasteczkowy, ale też i fanowski – z braku lepszego określenia. Bo Kamal to nie tylko superbohaterka, ale też i fanatyczka herosów. Ktoś, kto przez laty wielbił ich, pisał fanfiki na ich temat – otaku, jak powiedzieliby Japończycy. I to określenie doskonale pasuje do całości, bo – jak już pisałem – mangowej nuty także tutaj nie brak. A wszystko to zilustrowane w sposób prosty, z pewną brudną nutą i łączącą w sobie europejskie i japońskie naleciałości stylistyką.


„Ms Marvel” nie tylko z miejsca wpada w oko, ale też i przykuwa czytelniczą uwagę na zdecydowanie dłużej. To świetna seria, od której nastoletni czytelnicy mogą zacząć swoją przygodę z Marvelem (choć akurat radziłbym zacząć od pierwszego tomu), a i starsi na pewno znajdą tu coś dla siebie. W skrócie: warto.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Yotsuba! #5 - Kiyohiko Azuma

JAK ARALKA


Najzabawniejsza bohaterka od czasów Aralki powraca! Jeśli myśleliście, że w poprzednich czterech tomach jej potencjał się wyczerpał, to nic bardziej mylnego. Piąty udowadnia, że mała Yotsuba ma w sobie tyle energii, co jakże nietypowych pomysłów, a jej otoczenie – choć czyni to raczej nieświadomie – nie zamierza zostać za nią w tyle. Gotowi na kolejne opowieści, które rozśmieszą Was niemal do łez, wplatając w to całkiem niegłupie, pełne uroku historie?


Chyba nie ma drugiej takiej dziewczynki, jak Yotsuba. O świecie wie niewiele, a wszystko, co stanie na jej drodze, pojmowane jest w sposób, który niejednemu każe podrapać się w głowę. Ale to dziecko już takie jest i z każdej najdrobniejszej sprawy potrafi zrobić aferę, a najbardziej codzienną sytuację zmienia w przygodę.

Tym razem jednak wszystko zaczyna się bardzo niecodziennie, bo oto Yotsuba u Eny trafia na robota! Takiego dużego i ruszającego się, więc to nie może być nic zwyczajnego. Ale jaką tajemnicę skrywa ten nowy, nieoczekiwany przyjaciel? Potem dziewczynka zabiera się za pomaganie w domu, tylko po to by przekonać się jak niebezpieczne mogą być prysznic czy kołdry! Później Yotsuba wybiera się odkrywać gwiazdy, a na koniec ją i bliskich czeka wyjazd nad morze! A to tylko część tego, co wydarzy się na stronach tego tomiku…


A jest to tomik naprawdę znakomity, wciągający, poprawiający humor i autentycznie urzekający. Zaczyna się mocno, rozbawiając do tego stopnia, że nie sposób czytać całości bez wybuchania śmiechem (szczególnie w rozbrajającej scenie gdy dorosły kłóci się z dzieckiem). Potem fabuła nieco zwalnia tempa, staje się bardziej spokojna i skupiona na obyczajowej warstwie całości, ale to tylko dodaje całości mocy. Zresztą nawet w najspokojniejszych momentach nie brakuje żartów i zaskoczeń, połączonych z wciągającą lekkością.


Jednocześnie całość ma w sobie dużo prawdziwości i całkiem udanego klimatu. Takiej sielskiej, choć dalekiej od braku problemów egzystencji, niby w mieście (które dla Yotsuby jest czymś, z czym wcześniej się nie zetknęła) a jednak pozbawionym zgiełku i wyścigu szczurów. A przynajmniej pozbawionym ich w znacznym stopniu. Duża w tym zasługa zarówno scenariusza, jak i znakomicie pasujących do niego ilustracji. Rysunki są co prawda dość proste, ale zarazem pełne detali, które najlepiej widać w tłach. Zresztą z tomu na tom ilustracje stają się coraz bardziej dopracowane i szczegółowe, co tym bardziej należy zaliczyć „Yotsubie!” na plus.


Wszystko to razem wzięte składa się na jedną z najlepszych mang komediowych, jakie w życiu czytałem. Mangę do pośmiania i zadumy, w sam raz dla czytelników w różnym wieku. Ja ze swej strony gorąco polecam.


A gdybyście chcieli nabyć „Yotsubę!” znajdziecie ją tutaj:






Vision - Tom King, Gabriel Hernandez Walta, Michael Walsh

CZY VISION ŚNI O ELEKTRYCZNYCH OWCACH


Przyznam, że nie spodziewałem się wydania tego komiksu na polskim rynku, choć jednocześnie bardzo sobie tego życzyłem. Raz, że Vision nie jest tu postaci zbyt popularną – ba, nawet w Stanach nie jest przecież żadnym pierwszoligowcem, mimo iż trafił do filmowych hitów o przygodach Avengers – dwa, że licząca dwanaście zeszytów seria Toma Kinga to rzecz bardzo nietypowa, jak na realia superhero. Bo to przede wszystkim komiks o poszukiwaniu własnego miejsca, człowieczeństwa i spokoju. O życiu rodzinnym, próbach odcięcia się od przeszłości i znalezieniu szczęścia. Osadzony w konwencji superhero, ale doskonale wykorzystujący potencjał tematu – o wiele lepiej, niż np. „Hawkeye” – co czyni z „Visiona” zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jakie w swej ofercie ma Marvel Now.


Vision nie jest człowiekiem. To stworzony przez Ultrona syntezoid, który z czasem stał się bohaterem, członkiem Avengers, ukochanym Scarlet Witch i obrońcą ludzkości. Ale teraz Vision chce być jak człowiek, chce się odciąć od tego, kim jest i wraz z żoną i dziećmi osiedla się na amerykańskim przedmieściu, starając się odnaleźć w nowej roli. Ale ani świat nie jest gotowy na taką komórkę rodzinną, ani ona sama nie potrafi odnaleźć się w owym świecie. Ale im bardziej Vision i jego bliscy się starają, tym bardziej oczywiste staje się, że wszystko będzie musiało skończyć się katastrofą. Gdy przeszłość upomina się o byłego avengera, a na jego dom przypuszczony zostaje atak, całe życie bohatera zaczyna się rozpadać, ale czy tak rzeczywiście musi być? I czy jest szansa by znalazł to, czego w życiu szuka?


Tom King to scenarzysta, o którym można by napisać pewnie ciekawą książkę. W końcu w życiu byłego agenta CIA na pewno wydarzyła się niejedna ciekawa rzecz. O jego komiksach też można wiele napisać, choć podchodzę do nich z dość mieszanymi uczuciami. Lubię pisane przez niego „Batmany”, niemniej to wciąż opowieści nie wybijające się ponad typowe historie z Gackiem, a już na pewno nie bijące dokonań poprzedniego scenarzysty serii. Ale „Vision” to rzecz pokazująca, jak wielki potencjał drzemie w Kingu, który wbrew wykonywanemu wcześniej zajęciu, chyba lepiej czuje się w tego typu opowieściach, niż sensacyjnych fabułach o pogromcy zbrodni.


To, co stworzył w tych dwunastu zebranych tu zeszytach (które nie powstałoby gdyby nie wprowadzenie tej postaci do kinowego uniwersum Marvela), to kawał wprost rewelacyjnej roboty. Niby nie ma tu nic odkrywczego, bo nad ludzką naturą androidów zastanawiano się już od samego początku istnienia tego nurtu w fantastyce, a jednak elementy te, podobnie jak akcja i estetyka superhero, zostały tu znakomicie wykorzystane i dobrze zmiksowane. Lektura dostarcza nie tylko świetnej rozrywki, ale też i potrafi skłonić do myślenia (mi najbardziej żal jest żony Visiona). Całość pozostaje przy tym lekka i dynamiczna, a świetna szata graficzna z miejsca wpada w oko, łącząc brudnawą kreskę, zwyczajność i nutę efekciarstwa w spójną całość.


Nic więc dziwnego, że „Vision” okazał się wielkim, pozytywnym zaskoczeniem od Marvela i zdobył nagrodę Erisnera – najważniejsze wyróżnienie w branży – za najlepszą serię. Kto szuka dobrego, niebanalnego i nietypowego komiksu superhero, koniecznie powinien z tą opowieścią się zapoznać. Tym bardziej, że dostajemy wszystkie dwanaście zeszytów w jednym solidnym, świetnie wydanym tomie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Superman. Action Comics #5: Booster Gold - Dan Jurgens, Brett Booth, Will Conrad

PROBLEMY Z OJCAMI


1000 zeszyt „Action Comics”, najstarszej superbohaterskiej serii komiksowej, bo ukazującej się od 1938 roku, zbliża się wielkimi krokami (polska premiera przewidziana jest na kwiecień tego roku). Zanim to jednak nastąpi, czytelnicy znad Wisły dostają w swoje ręce najnowszy, piąty tom przygód Superman w wykonaniu Dana Jurgensa, poprzedzający ów numer. Komu podobały się poprzednie części, z tej również będzie bardzo zadowolony, bo to kawał dobrego komiksu, który w świetnym stylu łączy klimaty znane z zeszytówek z Supermanem z lat 90. ze współczesnymi trendami.


Problemy z ojcami. Z tym mierzyć będą musieli się zarówno Superman, jak i Lois Lane. Bo co by było gdyby tata Człowieka ze Stali przeżył zagładę Kryptona? Gdy Superman i Booster Gold wyruszają w podróż w czasie i trafiają na nieistniejącą już planetę tego pierwszego, Jor-El łączy siły z Generałem Zodem by zająć się intruzami. Do akcji włącza się jednak nie tylko rodzina Zoda, ale także i Eradicator…

Tymczasem na Ziemi nie dzieje się wcale lepiej. Ojciec Lois znika, a ponieważ nikt najwyraźniej nie jest w stanie nic zrobić, to ona bierze sprawy w swoje ręce. Pomaga jej Jon, ale co oboje czeka w trakcie tej misji?


Dan Jurgens to zdecydowanie jeden z najważniejszych scenarzystów, jacy pracowali nad przygodami Supermana. To on bowiem doprowadził do ślubu jego i Lois Lane i to spod jego ręki wyszedł wielki event „Śmierć Supermana” oraz następujące po nim „Rządy Supermanów”. Jednakże obok takich postaci, jak Doomsday czy Superman-cyborg, Jurgens stworzył jeszcze jednego istotnego bohatera, którego – tak i dwóch wyżej wymienionych – postanowił przywrócić na łamy „Action Comics”, kiedy po latach wrócił do jego pisania – Booster Golda. I to właśnie robi w tym albumie, jak zwykle znakomicie grając na sentymentach starszych odbiorców pamiętających jego scenariusze z lat 90., a jednocześnie dbając o to, by rzecz była atrakcyjna także dla zupełnie nowych odbiorców.


A trzeba przyznać, że robi to w znakomitym stylu, powracając do własnych wątków, motywów i postaci, wciskając to wszystko w jakże szaloną i widowiskową akcję i w wielkim stylu żegnając się ze swoją przygodą z pisaniem najnowszych przygód Supermana. Co prawda jeszcze w kolejnym tomie (czyli owym wspominanym już 1000 zeszycie) dołoży swoje trzy grosze, ale będzie to już przekazanie pałeczki nowym artystom. Dlatego to właśnie tu Jurgens zabiera nas na szaloną jazdę bez trzymanki, puszczając oko do czytelników zaznajomionych z serią, a całej reszcie serwując spektakularną opowieść akcji, którą czyta się tak, jak ogląda wypełnione po brzegi efektami specjalnymi kinowe blockbustery. A wszystko to podlane sentymentalnymi uczuciami do postaci Człowiek ze Stali i przygotowujące grunt pod nowe przygody.


Czy wszystko, co w jakże przepełnionych pytaniami poprzednich tomach zostało tak intensywnie rozpoczęte, znajduje tu swój finał? Nie będę Wam tego zdradzał, ale jeśli bawiliście się dobrze czytając wcześniejsze części, tym bardziej dobrze będziecie bawić się przy tej. Jurgens utrzymał poziom, wszystko też w intrygujący sposób doprowadził do finału, a całość zyskała tradycyjnie udaną, choć nie wybitną, szatę graficzną, do której scenarzysta – a w latach 90. także rysownik „Superman”, „Action Comics” i innych tytułów – też dołożył co nieco.


Efekt finalny jest jak najbardziej satysfakcjonujący, a ja mam ochotę nie tylko jak najszybciej złapać za „Superman #1000”, ale też i najlepiej jeszcze raz przeczytać supermanową sagę Jurgensa z „Odrodzenia”. Oczywiście przeplatając ją też zeszytami analogicznej serii „Superman”. A Wam polecam nie tylko ten zeszyt, ale wszystkie poprzednie, bo to po prostu kawał świetnego komiksu rozrywkowego, przy którym nie ma nawet szansy na chwilę nudy.


Wydawnictwu Egmont natomiast dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.