poniedziałek, 30 listopada 2020

Patria – Fernando Aramburu, Toni Fejzula

PRZEMIANY W KRAJU BASKÓW

 

Świat komiksu pełen jest wszelkiej maści adaptacji, najczęściej jednak są to adaptacje filmów („Spider-Man”, „Batman” czy „Gwiezdne wojny”, że wspomnę tylko kilka z wydanych na polskim rynku) albo gier („Tomb Raider”). Rzadko jednak zdarzają się graficzne wersje literatury, choć i takie czasem się zdarzają, że wspomnę wydane ostatnio „Rok 1984”, „Zabić drozda” czy „Zew Cthulhu” z genialnymi rysunkami Alberta Brecci. Teraz do tego grona dołącza „Patria”, oparta na książce Fernando Aramburu, która w naprawdę wyśmienity sposób przybliża nam dzieje najnowszej historii Kraju Basków.

 

„Patria” to historia dwóch rodzin, których losy poznajemy od lat 80. XX wieku, do roku 2011. Trzy dekady, na tle wydarzeń, jakie zachodzą w kraju. Rodzące się związki i przyjaźnie, wojna, terroryzm, codzienne problemy i wielkie sprawy.

 

Wszystko zaczęło się od powieści Fernando Aramburu pod tym samym tytułem. Książki cenionej i uznanej, która na polskim rynku pojawiła się dopiero na fali popularności tematu, wywołanej oczywiście serialową adaptacją dostępną na HBO GO. A teraz, wydawnictwo idąc za ciosem wypuszcza na rynek powieść graficzną opartą na książce. I co można powiedzieć o tym dziele, jak nie to, że jest to kawał świetnej opowieści dla dojrzałych czytelników, którzy dość mają oderwanych od życia i ludzi komiksów.

 


Nie czytałem powieści Aramburu, serialu też nie widziałem, więc nie mam porównania, ale znając zasady obowiązujące dane medium, śmiało mogę stwierdzić, że „Patria” w wersji graficznej to rzecz nieco uproszczona. Komiks wymaga skrótów, komiks wymaga nieco innego podejścia, ale odpowiedzialny za ten konkretny Toni Fejzula w znakomitym stylu uchwycił sedno opowieści. Dzięki temu dostajemy kawał porywającej historii o życiu, przemianach zachodzących w kraju i ludziach i ludzkich dramatach. To też historia o przebaczeniu, o wartościach i różnych ludzkich postawach. Instygująca zarówno fabularnie, jak i psychologicznie, choć przecież nie pokazuje niczego, czego już byśmy nie znali.

 


Za to to, co pokazuje robi znakomite także pod względem grafik. Prace Toniego Fejzuli to kawał dobrej roboty, która jest i prosta, i realistyczna. Życiowa, nastrojowa, ale i odpowiednio urzekająca wizualnie.  Świetnie przy tym wydana, pod każdym względem prezentuje się bardzo atrakcyjnie i znakomicie wygląd na półce.

 

W efekcie w ręce ambitnych czytelników trafia piękny, warty poznania album. Album dojrzały i robiący duże wrażenie. Nie pierwszy taki i pewnie nie ostatni, ale nie zmienia to faktu, że absolutnie warto jest go poznać.







Card Captor Sakura #11 - Clamp

ZGASIĆ SŁOŃCE I KSIĘŻYC

 

„Card Captor Sakura” zbliża się do końca. Przed nami jeszcze tylko jeden tom całej opowieści, co wyraźnie widać również po samej akcji, która zagęszcza się jeszcze bardziej. Wciąż jednak całość pozostaje pełna uroku, słodyczy i tej delikatności, które potrafią kupić nawet tych, unikających podobnych klimatów.

 

Proroczy sen popycha Sakurę do wyprawy do Wieży Tokijskiej. Tam czekają na nią Eriol i reszta ekipy. Hiragizawa chce pozbawić nas Słońca i Księżyca, dla ludzi nadciąga wieczny sen. Czy Sakura zdoła odmienić los, jaki czeka nas wszystkich?

 

Jako dziecko świat anime odkryłem najpierw dzięki niezapomnianym „Muminkom”, a potem kontynuowałem swoją przygodę, oglądając „Czarodziejkę z Księżyca”, „Pokemona”, „Dragon Balla”, „Beyblade”, „Yu-Gi-Oh”… Większość z tych pozycji skierowana była dla dzieci, ale niewiele może równać się poziomem z dedykowaną do podobnej grupy wiekowej „Sakurą”. Tak właściwie poza „Muminkami”, ani „Pokemony”, ani „Beyblade” czy „Yu-Gi-Oh”, choć tak mega popularne, nie mają co do niej startować. Dlaczego?

 

„Card Captor Sakura” jest prosta, oparta na zbieractwie i walkach – czyli jak większość podobnych opowieści. przede wszystkim jednak jej lekkości, zwiewność i słodycz są elementami, które sprawiają, że jest tak znakomita. Przez to mogłaby być to rzecz stricte dla dziewczynek (spójrzcie tylko na różową, słodką okładkę), ale sprawność autorek z grupy CLAMP sprawiła, że „CCS” trafia nie tylko do czytelników różnej płci, ale i w różnym wieku.

 


Cukierkowość i urok to rzeczy, które kupią płeć piękną. Tak samo jak przystojni chłopcy, słodkie stworzenia czy bogactwo strojów, zdób i tym podobnych detali. Płeć brzydką zainteresują walki, zbieractwo, magia… Do tego mamy rzeczy bardziej uniwersalne, jak fantastyka, romans, tajemnice, szkolne życie, przyjaźń… Długo by wymieniać. A wszystko to w formie atrakcyjnej zarówno dla dzieci, jak i sentymentalnych dorosłych, świetnie przy tym narysowane i ładnie wydane.

 

W skrócie: „Card Captor Sakura” to manga w sam raz na początek przygody z tym medium, albo sentymentalny powrót do czasów, gdy samemu odkrywało się japońską popkulturę. Zadziwiająco dojrzała, jak na rzecz dla dzieci, dobrze opowiedziana i dobrze podana. Warto ją poznać.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 29 listopada 2020

Dni, których nie znamy - Timothe Le Boucher

DNI, KTÓRE DZIELIMY

 

Były już opowieści o ludziach, którzy żyli kilkoma życiami (patrz. „Mr Nobody”). Były też opowieści o ludziach, których życie biegło od tyłu („Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”). Teraz nadeszła opowieść o człowieku, który żyje… połową życia. Brzmi intrygująco? I tak właśnie jest, a na dodatek wykonane na naprawdę dobrym poziomie.

 

Lubin Maréchal ma dwadzieścia kilka lat i wydaje się młodym mężczyzną, jakich wiele. Ale to tylko pozory. Chłopak bowiem tak naprawdę nie żyje, jak normalni ludzie, a co drugi dzień. Co to oznacza? że jedną dobę to on rządzi swoim ciałem, drugą zaś zajmuje ktoś inny. Ale kto? I jak to jest możliwe? Lubin stara się dogadać z tym drugim, próbuje jakoś poukładać sobie to wszystko, ale przekonuje się, że nie będzie to łatwe. Co gorsza przekonuje się, że może mu grozić zniknięcie…

 

Ten komiks miał wielki potencjał. I równie łatwo można było go zmarnować. Jako poradził sobie z tym zadaniem Timothe Le Boucher, zdradziłem już na wstępie. „Dni, których nie znamy” to kawał świetnej powieści graficznej, opartej na całkiem zgrabnym motywie, który sprawdza się znakomicie. Czy autorowi w pełni udało się wykorzystać oferowany przez rzecz potencjał? Nie, ale też i nie zawiódł na żadnym polu, dostarczając nam naprawdę intrygującej i wciągającej opowieści, która zarówno może w finale okazać się stricte fantastyczna, przyziemna, jak i czymś na kształt przypowieści.

 


Czy pomysł by jedno ciało żyło połową życia i dzieliło go z kimś innym jest oryginalny? Bynajmniej, wystarczy nadmienić tutaj „Fight Club” i jego kontynuacje, gdzie bohater z rozdwojeniem jaźni (a jak się z czasem okazało, zamieszkany przez byt który od egzystował od wieków – co z tego wyszło w trzecim tomie, nie zdradzam, bo wciąż mam nadzieję, że opowieść ta pojawi się po polsku) za dnia wiedzie życie szarego korposzczura, by nocą dopuszczać do głosu swoje drugie ja, które powoli formuje organizację terrorystyczną. Ale nadal nie jest to ograny motyw, nie jest też oparty na takim, jak „Fight Club” zaskoczeniu, bo Timothe Le Boucher idzie inną drogą, serwując nam intrygującą fabułę, która satysfakcjonuje miłośników fantastyki i nietypowych życiowych opowieścią.

 


Ale duża siła albumu tkwi też w jego szacie graficznej. Kreska Le Bouchera jest prosta, czysta i pozbawiona nadmiaru ozdobników. Nie ma tu wielu teł, nie ma dopracowanych krajobrazów, ale właśnie w tej ascetycznej formie, uzupełnionej o stonowany kolor, tkwi urok opowieści. Może czasem przydałoby się tu więcej czerni, jakiegoś mocnego akcentu, niemniej „Dnie, których nie znamy” graficznie są bardzo udane.

 

I cóż więcej mogę dodać, jak nie to, że warto po ten album sięgnąć? (tym bardziej po tym, jak pisząc recenzję usłyszałem z radia „Dni, których jeszcze nie znamy”…). To dobry komiks, nastrojowy i oferujący kawa dobrej, niegłupiej rozrywki. I chyba więcej dodawać nie trzeba.







My Hero Academia: Akademia Bohaterów #23 - Kohei Horikoshi

ŁĄCZONY TRENING BOJOWY TRWA

 

„My Hero Academia” to seria, której tytuł mówi sam za siebie. Cokolwiek bowiem obiecujecie sobie po jego przeczytaniu, czeka na Was w środku. I pewnie jeszcze więcej. dlatego miłośnicy shounenów i komiksów superhero śmiało mogą sięgnąć po tę serię i doskonale się bawić.

 

Łączony trening bojowy trwa. Zaczęła się wielka bitwa i popis darów. Kto wygra?

 

„My Hero Academia” to seria genialna w swej prostocie. W świecie opowieści moce są czymś pospolitym, więc powstały szkoły uczące jak z nich korzystać i przysposabiające do zawodu. Można oczywiście doszukiwać się w tym różnych mniej logicznych elementów – skoro każdy ma inny zdolności, co da ich nauczanie, w końcu trzeba by szkolić absolwentów indywidualnie – jednak nie ma to większego znaczenia. Rzecz jest nieźle umotywowana, ale nawet gdyby nie była, zabawa z całością jest tak udana, że żaden miłośnik tego typu historii nie będzie zawiedziony.

 

„MHA” to rasowy bitewniak, więc autor nacisk położył w szczególności na tę właśnie kwestię. Manga jest więc dynamiczna, wypełniona kolejnymi starciami, a co za tym idzie i fantastycznymi wrogami. Dzięki temu jest widowiskowa, a i potrafi wykrzesać emocje. Ale na tym nie koniec. Skoro to shounen, to musi być też coś z komedii, odrobina erotyki, ładne kobiety, silni faceci… I to właśnie czeka na Was na stronach tej mangi. Do tego mamy szkolne życie, żarty z superhero, sporo odniesień do „Star Warsów” (spójrzcie tylko na wszelkiej maści nazwy) itd., itd.

 


Warto też zauważyć, że jest tu też miejsce na wątki romantyczne czy rodzinne. Wszystko zaś ma klimat, bywa poważna, a jednocześnie oferuje solidną dawkę tekstu, gwarantując dłuższą, niż typowe shouneny lekturę. Podobnych elementów można by wymienić jeszcze trochę, ale to, co trzeba docenić to inwencję autora w kreowaniu kolejnych darów i niezwykłych mocy. Czasem są to rzeczy, które rozbrajają, czasem fascynują – i tak właśnie powinno być.

 

Dodajcie do tego oczywiście rewelacyjną szatę graficzną. Kohei Horikoshi niby upraszcza nam design postaci, ale detale, które serwuje robią wielkie wrażenie. A wszystko to razem ze scenariuszem daje nam naprawdę znakomity produkt finalny. Produkt wart polecenia każdemu miłośnikowi superhero i shounenów.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 28 listopada 2020

Dragon Ball AF – Toyotarou

JESZCZE DALSZA PRZYSZŁOŚĆ

 

W przerwie między czytaniem kolejnych rozdziałów „Dragon Ball Super” postanowiłem wrócić do przeszłości i dać szanse opowieści, która nie jest ani kanoniczna, ani oficjalna, ale za to stanowi nierozerwalną część DB-manii. „Dragon Ball AF”, bo o nim mowa, to historia, która rzekomo miała kontynuować serię „GT”, ale tak naprawdę nie istniała. Do czasu, kiedy powstał fanowski komiks, który o dziwo trzyma naprawdę dobry poziom.

 

Akcja serii „AF – After the Future” – zaczyna się po tym, jak Gokū połączył się ze Smoczymi Kulami i wraz z Shenlongiem opuścił nasz świat. Od tamtej pory na świecie zapanował pokój, a wszyscy żyją w niemalże leniwym rytmie. Jedynie sporadyczne ataki jakichś złodziei czy grupy Pilafa sprawiają, że Goten wkracza do akcji jako Great Saiyaman #3, ale to by było na tyle. Do czasu, kiedy na Ziemi pojawia się Xicor. Ten zbyt potężny dla ziemskich wojowników wróg twierdzi, że jest synem Gokū i Lili – Zachodniego Boga Światów, która jakimś cudem przetrwała starcie z Buu. Xicor ma jeden cel: zniszczyć wszystko i stać się najpotężniejszym wojownikiem. Nasi herosi stają z nim do walki, ale nie mają najmniejszych szans. Może mógłby pomóc Gokū, ale gdzie on właściwie jest?

Tego próbują dowiedzieć się Bogowie Światów. Przypominają sobie legendę o zapomnianym świecie ponad światami, ale czy to możliwe by nasz heros tam był? A jeśli tak, co tam robi i czy w ogóle mógłby włączyć się do walki?

 


Na przełomie XX i XXI wieku pojawiła się plotka, że powstanie seria „Dragon Ball AF”. Jak się jednak w końcu okazało, wszystko było jedynie pobożnym życzeniem fanów, rozdmuchanym do gigantycznych rozmiarów, a rozpoczętym jedynie za sprawą rysunku, który jeden z miłośników zrobił do galerii pewno magazynu. To tak w skrócie. „AF” jednak nada rozpalało wyobraźnie czytelników, więc w końcu jeden z nich, ukrywając się pod pseudonimem Toyble, stworzył dōjinshi pod tym tytułem, przedstawiając własną wersję dalszych losów Gokū i spółki. I zrobił to w dobrym stylu. Nic dziwnego, że potem został rysownikiem serii „Dragon Ball Super” i jako Toyotarou zyskał sławę na całym świecie.

 


„DB AF” w jego wykonaniu to kawał dobrej opowieści, łączącej w sobie ducha starych „Smoczych Kul”, serii „GT” i filmów kinowych. Pojawiają się tu najróżniejsze znane nam postacie, obserwujemy jak dalej się zmieniły i postrzały, a także jak do tej wersji kanonu wchodzą tacy, jak Broly. Budzi to wiele sentymentów, czyta się bardzo dobrze, bo świetnie wykorzystuje schematy serii i jej motywy, a jako kontynuacja godnie podejmuje temat. Aż żal, że to tylko fanowska praca, który nie doczeka się profesjonalnej publikacji, ani też autorskiego zakończenia, chociaż na szczęście na tym opowieść się nie kończy i fani mogą rozejrzeć się za „Dragon Ball AF Young Jijii”.

 

Rzecz Toyotarou oczywiście nie jest wolna od minusów. Kreska jest tu niedopracowana, choć i tak wygląda jak prace Toriyamy, a i fabuła bywa wtórna czy naciągana, niemniej i tak wciąż ma tek klimat i charakter, za który kocha się „Dragon Balla”. Warto więc poznać ją, nie tylko jako ciekawostkę, bo „After the Future” to dobre rozwinięcie kultowej serii. I niejednemu miłośnikowi w takcie lektury zakręci się łezka w oku.

piątek, 27 listopada 2020

Tokyo Ghost - Rick Remender, Sean Murphy

STREFA WOLNA OD TECHNOLOGII

 

Rick Remender to twórca, który na dobre zadomowił się w ofercie wydawnictwa Non Stop Comics. Po takich komiksach, jak wyśmienite „Deadly Class”, zabawne „Fear Agent”, depresyjna „Głębia” czy najnowsza, sympatyczna historia akcji „Death or Glory”, w ręce polskich czytelników trafia w końcu zbiorcze wydanie „Tokyo Ghost”, które powinno zainteresować każdego miłośnika dobrych, szalonych opowieści, gdzie fantastyka i akcja łączą się z nieoczkiwanymi, ale jakże zmyślnie wmieszanymi w to wszystko elementami.

 

W świecie przyszłości Debbie Decay and Led Dent zajmują się pilnowaniem porządku. Ale nie mają jeszcze pojęcia, że najnowsze zadanie wyśle ich do Tokio – a dokładniej do ostatniego miejsca wolnego od technologii. Co czeka tam na nich?

 

Rick Remender, jak sam przyznaje, jest z natury pesymistą, któremu nie obce są depresyjne spadki psychicznej formy, co genialnie oddane zostało w „Deadly Class”. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze czuje się w tworzenia komiksów, w których absolutnie tego nie czuć. Najlepszym dowodem na to jest komedia w stylu „Facetów w Czerni”, jaką jest „Fear Agent”. Warto jednak pamiętać, że scenarzysta ten wyśmienicie czuje się przede wszystkim w opowieściach, które w ten czy inny sposób tkwią w mrocznych, kolorowych i szalonych latach 80. XX wieku i za takie można uznać właśnie „Tokyo Ghost”.

 


Co tu jest rodem z tamtych czasów? Prawdziwe gatunkowe szaleństwo. Pamiętacie, że to właśnie dwie przedostatnie dekady dwudziestego stulecia były czasem zachłyśnięcia się kinem sztuk walki, a co za tym idzie azjatycką kulturą, co w końcu otworzyło drogę do mangowego boomu. To nie miejsce na tego typu rozważania, ale odbija się to w „Tokyo Ghost”, gdzie mamy ninja i samurajów. Poza tym mamy tu cyberpunk – gatunek, który wtedy się przecież narodził – co w połączeniu z japońskimi elementami kojarzy się z miejsca z „Roninem” Franka Millera (komiksem uważanym za dzieło współtworzące gatunek), do tego dochodzi szybka akcja, sporo techniki i wreszcie klimat, którego nie powstydziłoby się kino tamtego okresu.

 


To oczywiście zasługa Seana Murphy’ego. Ten pamiętany z „Chrononautów” i kilku komiksów o Batmanie rysownik, serwuje nam tu pełne dynamiki ilustracje, które z jednej strony są brudne i niechlujne, z drugiej bogate w detale i dopracowane. Jest w nich mrok, jest też wiele barw i świateł. A wszystko to daje razem bardzo dobry efekt finalny, który z miejsca wpada w oko.

 

W skrócie: kawał dobrej opowieści akcji. Coś dla miłośników klimatów lat 80. XX wieku, cyberpunku i sensacji. Remender po raz kolejny nie zawiódł i udowodnił, że o ile w superhero nie czuje się zbyt dobrze, to w szalonym połączanie motywów i sentymentalnej zabawie gatunkami, radzi sobie iście po mistrzowsku. A że świetne wydanie doskonale dopełnia całości, warto nie tylko poznać ten komiks, ale i przede wszystkim mieć go na półce.


 



czwartek, 26 listopada 2020

Czarodziejki.net #12 - Kentarou Satou

CZARODZIEJKI NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE

 

„Czarodziejki.net” to, wbrew tytułowi, dojrzała i mocna seria dla starszych czytelników. To, co z nazwy może kojarzyć się z kolorowymi i romantycznymi opowieściami typu „Sailor Moon”, w rzeczywistości jest zadziwiająco brutalną i gorzką opowieścią o końcu świata. Opowieścią wypełnioną tajemnicami, brudem i kontrowersjami, które tylko potęgują depresyjny, beznadziejny ton panujący na stronach – ale to akurat jest wielkim plusem tego cyklu.

 

Walka z administratorami trwa. Czarodziejki wiedzą już, co je czeka i czym będzie nadciągający Tempest. Ale mimo iż stoją w obliczu tak ostatecznych czasów i wydarzeń, nie zamierzają się poddawać. Wręcz przeciwnie. Dzięki Ayi i możliwości odkrycia nawzajem własnych wspomnień, młode posiadaczki różdżek postanawiają połączyć siły, by pokonać wroga. Ale czy mają szansę? I co na nie czeka?

 

Jeżeli manga i anime o czarodziejkach, każdy z pewnością z miejsca pomyśli o „Czarodziejce z Księżyca”. I to nie tylko nad Wisłą, gdzie opowieść ta darzona jest swoistym kultem, ze względu na fakt, że to od niej zaczął się w Polsce boom na japońską popkulturę, bo przecież przygody Sailorek były wielkim hitem na całym świecie – a za sprawą serii „Crystal” są nim nadal. Dlatego dla niejednego odbiorcy sięgnięcie po „Czarodziejki.net” może okazać się szokiem. Owszem, ostatnie tomy nieco złagodniały, ale i tak jest to mocna i poruszająca opowieść. A zarazem historia, która naprawdę fascynuje i porywa.

 


Dlaczego? Pierwszym elementem, który o tym decyduje jest mrok. „Czarodziejki.net” to ponura, depresyjna opowieść, w której koszmar codziennego życia zderza się z paranormalnym horrorem. Tu na scenę wkracza także fantastyka traktująca o końcu świata, pełna tajemnic i estetyki rodem z techno-noir. Bo mamy tu kryminalne śledztwo, mamy zagadki, zbrodnie, szukanie morderców, walkę ze złem… To ostanie to także wspólna rzecz dla typowych sailorkowych historii, a wszytko to wieńczy satyra na codzienne, pełne brudu, seksu i brutalności życie – tak to zwyczajne, jak i szkolne.

 


Czyta się to wprost wyśmienicie. Rzecz jest klimatyczna, poruszająca, pobudzająca wyobraźnię i działająca na umysł, jak i serce. Szata graficzna? Niby prosta, ale mroczna i świetnie oddająca zarówno brutalny, erotyczny, jak i słodki charakter całości, pasuje tu znakomicie, a całość po prostu robi duże wrażenie. Nie każdego kupi takie podejście, wrażliwych czy spodziewających się słodkich dziewojek w marynarskich wdziankach osadzonych w naiwnej fabule rzecz może odrzucić, ale reszta będzie zadowolona.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 25 listopada 2020

Omega Men: To już koniec – Tom King, Barnaby Bagenda, Toby Cypress, Ig Guara, Jose Marzan Jr.

BOHATEROWIE CZY ŁOTRZY?

 

Tom King to twórca, który na pierwszy rzut oka może wydawać się autorem jakich wielu – pisze w końcu przygody Batmana czy innych jemu podobnych superbohaterów – ale to mylne wrażenie. Chociaż serwuje nam sporo typowego superhero, jego komiksy to nieszablonowe opowieści, które wyciskają z zgranych tematów wszystko, co najlepsze. Genialny „Mister Miracle”, rewelacyjny „Vision” czy świetny „Kryzys bohaterów” pokazały nam, jak życiowe, głębokie, poruszające, skłaniające do myślenia, a jednocześnie zabawne opowieści tworzy King. I taki jest też album „Omega Men”, który trafił do mnie dzięki księgarni TaniaKsiążka. Owszem może i nie bije on najlepszych dokonań scenarzysty, ale na pewno czyta się go lepiej od wspomnianych „Batmana” i „Kryzysu” i nie pozostawia czytelników obojętnymi, dostarczając im zarówno znakomitej rozrywki, jak i nuty czegoś ponad.

 

Kim są Omega Men? Kosmicznymi fanatykami, którzy zabili Białą Latarnię czy może bojownikami o wolność? Krążące oficjalnie informacje jasno obwiniają ich o zbrodnie i sianie terroru, jednak Latarnia żyje, pozostaje u nich, a Omega Men chcą by pomógł im w walce z tyranią Cytadeli, która rządzi wszystkim, trzymając wszystkich w garści. Ale przyłączenie się do nich będzie równoznaczne z zerwaniem przysięgi, jaką ten złożył. Czy zdecyduje się na to? A może jednak Omega Men są tym, za kogo się ich uważa i stanowią większe zagrożenie niż można by sądzić? I, co ważniejsze, gdzie istnieje granica prawdziwego bohaterstwa?

 

Tom King to scenarzysta, który sięga po nietypowych bohaterów i tworzy o nich jeszcze mniej typowe opowieści, dzięki czemu ze zgranych motywów wyciska to, co najlepsze. Weźmy takiego „Visiona”, jego jedyną opowieść dla Marvela, gdzie skupił się nie na akcji, a szukaniu człowieczeństwa, swojego miejsca i życiu rodzinnym. Życie rodzinne zdominowało też „Mister Miracle”, gdzie jednocześnie otrzymaliśmy oniryczną przypowieść o depresji, zmaganiu z losem, rodzicielstwie, miłości i, znów, szukaniu swojego miejsca.  Album „Omega Men” pod wieloma względami jest inny, ale zachowuje ten charakter komiksów Kinga – charakter przyziemnej, mimo najbardziej fantastycznych przygód, przegadanej – ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu – opowieści, która przemawia do czytelnika na wielu polach.

 


Oddział Omega Men, w Polsce praktycznie nieznany, po raz pierwszy pojawił się w 1981 roku w 141 numerze serii „Green Lantern”. Współcześnie ich odświeżona wersja powstała na potrzeby New 52 (Nowe DC Comics), ale w roku 2015 w ramach linii wydawniczej „DC You” zaprezentowano ich nową, kanoniczną wersję i to właśnie ją – wszystkie dwanaście zeszytów, jakie powstały – znajdziecie w tym tomie. Tomie, który jest zarówno epicki, dynamiczny i spektakularny, jak i przyziemny, leniwy i przegadany. Jest tu akcja, są życiowe momenty, jest tajemnica, ale jest też urzekająca zwyczajność odbita w tym, co Kingowi wychodzi najlepiej – skupieniu się na samych ludziach. Jednocześnie autor bada grząski teren dzielący tych dobrych, od tych złych, robiąc to w absolutnie urzekający sposób.

 

Czyli mamy wszystko to, za co kochamy komiksy Kinga. Niby rzecz prostą, niby rozrywkową, a jednak ambitną i skierowaną do dorosłego czytelnika. Satysfakcjonującą zarówno tych, którzy chcą się jedynie dobrze bawić czytając przygodowo-fantastyczny komiks, jak i odbiorców szukających w nich czegoś więcej. Do tego dochodzą udane ilustracje i rewelacyjne wydanie. Dlatego nie pozostaje mi nic więcej do dodania, jak polecić Waszej uwadze ten komiks. Może i nie opowiada o najbardziej znanych bohaterach, którzy tak świetnie się sprzedają, ale jest o wiele lepszy od większości głównonurtowych historii, jakich na rynku pełno. I jednocześnie to jedna, zamknięta opowieść, więc nie wymaga od czytelników angażowania się od razu w całą serię.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




Ao no Exorcist #25 - Kazue Kato

KONIEC PRZESZŁOŚCI

 

Pół roku oczekiwania i wreszcie jest. Dwudziesty piąty tomik „Ao no Exorcist” sporo kazał na siebie czekać, ale jak zawsze było warto. Bo nie oszukujmy się, ale choć ta seria złożona jest z samych gatunkowych schematów, rewelacyjne wykonanie sprawia, że to jeden z najlepszych shounenów na rynku i ile podobnych opowieści byście nie czytali, dzieło Kazue Kato koniecznie powinniście poznać. I to jeszcze jak.

 

Wydarzenia pędzą na złamanie karku, kiedy nadchodzi Błękitna Noc. Gdy Yuri wydaje się na świat Yukio, zaczynają się problemy, bo dziecko nie oddycha. Wszystko to obserwuje Rin, który w końcu poznaje całą prawdę, ale co mu ona da? Co zmieni? I jakie będą konsekwencje wszystkich tych wydarzeń?

 

Śmiało można powiedzieć, że snuty od wielu tomów wątek o przeszłości rodziców głównego bohatera to taki przerywnik, mający na celu przedłużenie samej serii i odwleczenie w czasie odpowiedzi na kilka kluczowych pytań. Ale żeby wszystkie przerywniki były takie! Dzięki staraniom Kazue Kato dostajemy kawał świetnej opowieści, która wciąga, emocjonuje i dostarcza wyśmienitej akcji, walk i rozrywki, podlanych niezapomnianych klimatem. W2 tym tomie, kończącym wreszcie cały wątek, dominuje akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Na nic innego właściwie nie ma tu już czasu. Dzięki temu rzecz jest tak przyjemna i lekka w odbiorze, a czytelnik nie nudzi się ani przez chwilę. Zamiast tego pochłania tomik właściwie na raz. Ale tak to już z tym „Ao no Exorcist” jest i nie przewiduję by kiedykolwiek seria zaczęła nudzić.

 


Jak na shounen przystało, „Ao no Exorcits” oferuje nam akcję, klimat, szybkie tempo, walki, ale też i ciekawe wątki obyczajowe, interesujące postacie, dużo tajemnic, świetny humor… Długo można by wymieniać. Ważne, że całość czyta się szybko, przyjemnie i z takim zaangażowaniem, że na początku mojej przygody z serią w krótkim czasie pochłonąłem ponad dwadzieścia tomów i było mi mało. I mało jest mi także po tym tomie, który co prawda bardziej przybliża nas do finału, niemniej nadal pozostawia wiele niedosytu i budzie ochotę na to, by opowieść trwała jak najdłużej.

 

Jeśli więc jeszcze jakimś cudem nie znacie „Ao no Exorcist” a cenicie shouneny czy po prostu rozrywkowe, lekkie horrory i fantastykę, koniecznie powinniście sięgnąć po tę serię. Znajdziecie tu wszystko to, czego szukacie i wiele więcej. W końcu w serii tej mieszają się najróżniejsze schematy i estetyki pełnymi garściami czerpane zarówno z mang i anime, jak i szeroko pojmowanej popkultury.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Yakari: Więźniowie wyspy – Job, Derib

YAKARI I POWÓDŹ

 

„Yakari” to jedna z prostszych serii komiksowych dla dzieci – oczywiście jeśli mowa o europejskiej klasyce komiksu humorystycznego dostępnych obecnie na naszym rynku – ale nadal pozostająca bardzo atrakcyjną i intrygującą rozrywką. Przypominająca disnejowskie hity kinowe, dostarcza przygód, humoru, emocji i porcji dydaktyzmu. A wszystko to, tradycyjnie, w bardzo ujmującej oprawie graficznej i świetnym wydaniu.

 

To miała być zwykła wycieczka. Wyprawa jakich wiele, coś dla odpoczynku, chwili oddechu po typowych przygodach i niebezpieczeństwach. Niestety nie wyszło. Yakari, Tęcza i Mały Piorun docierają co prawda na piękny półwysep, jednak wtedy zaczyna padać deszcz. Deszcz zmienia się w ulewę, ulewa trwa, w końcu zaś wody jest tyle, że zaczyna się powódź. Nasi bohaterowie zostają odcięci od reszty świata na skrawku suchego lądu i nie mają najmniejszego pojęcia, jak się stąd wydostać i wrócić do domu. Jakby tego było mało, ich losy przecinają się z losem uciekających przed morderczym wrogiem zwierząt. Na Yakariego i jego towarzyszy czeka trudne wyzwanie – muszą pokonać bezlitosnego przeciwnika, ocalić zwierzęcą rodzinę, jakoś wydostać się z miejsca, w którym utkwili i wrócić do domu. Czy im się to uda?

 

„Yakari” to klasyk. Znany (także dzięki emitowanemu również w Polsce serialowi animowanemu, jaki powstał na jego podstawie), ceniony i od lat bawiący głównie małych – chociaż i niejeden duży odbiorca znajdzie tu coś dla siebie. Bo rzecz jest po prostu lekka, sympatyczna, urocza, może i oczywista jeśli chodzi o treść, może i nie zaskakuje, ale jakie to ma znaczenie, gdy odbiorca daje się wciągnąć i pochłania album dosłownie na raz.

 


I z tym na raz nie jest żadną przesadą. Scenarzysta tej serii, ukrywający się pod pseudonimem Job, Szwajcar André Jobin, skupia się nie na dialogach, a przekazaniu treści za pomocą samej akcji i wydarzeń. Dzięki temu w „Yakarim” nie ma wiele do czytania (co ma szansę spodobać się czytelnikom, którzy jednak za nadmiarem słowa pisanego nie przepadają – we współczesnym świecie nastawionym na szybki odbiór treści takich nie brakuje – a co za tym idzie przekonać się do podobnej formy) i całość pochłania się szybko. Pod tym względem można powiedzieć, że twórcy „Yakariego” wyprzedzili swoje czasy, tworząc opowieść, która opowiadając więcej obrazami, nadaje się idealnie do XXI wieku.

 

Oczywiście przez to większa odpowiedzialność za całość spadała na rysownika, Deriba (a właściwie Claudea de Ribaupierre’a). Ten jedna z postawionego przed nim zadania wybrnął iście rewelacyjnie, bo jego ilustracje świetnie opowiadają historie Joba, a jednocześnie są po prostu najlepszą częścią „Yakariego”. Z jednej strony cartoonowe, kojarzące się ze „Smerfami”, z drugiej dopracowane i realistyczne, jeśli chodzi o tła, wpadają w oko i sprawiają, że po serię autentycznie warto jest sięgnąć. Ale, że i scenariusze także nie zawodzą, cykl ten mogę Wam polecić z czystym sercem. Tym bardziej, że komiksy te wcale nie są puste i starają się zaszczepić w dzieciach troskę o zwierzęta.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Authority, tom 1 - Warren Ellis, Bryan Hitch, Phil Jimenez

(NAJ)WYŻSZA WŁADZA

 

„The Authority” (które znajdziecie w księgarni Tania Książka) to kolejna seria, jaką Egmont przejął po jednym z nieistniejących już wydawnictw – tym razem Manzoku. Przed laty po polsku ukazało się szesnaście zeszytów tej serii, czyli cały run Ellisa i początek – a zarazem najlepszą opowieść cyklu – runu Marka Millara. To, co znajdziecie w tym tomie to po prostu reedycja zeszytów stworzonych przez duet Ellis / Hitch (uzupełniona o dodatek), ale jeśli jeszcze nie znacie tej opowieści i nie macie jej na półce, koniecznie powinniście to zmienić. Może i „Authority” to nie tak wielkie dzieło, jak „Planetary” czy „Transmetropolitan”, ale nadal to kawał wyśmienitego komiksu dla dorosłych, którzy chcieliby nieco innego spojrzenia na mit superhero.

 

Koniec XX wieku. Superbohaterów już nie ma, a my zostaliśmy zostawieni sami sobie. Kiedy największe miasta świata atakują złoczyńcy pod dowództwem szalonego Gamorry, pojawiają się jednak nadzieja – Jenny Sparks, duch XX wieku, która zebrała niedobitki drużyny Stormwatch i rusza do boju. Od teraz jako Authority stają do walki z terrorystami, inwazją z alternatywnej Ziemi czy przybyciem obcej istoty, która podaje się za Boga. A wszystkim tym wyzwaniom stawiają czoła w sposób brutalny, bezkompromisowy i pokazujący każdemu, kto tak naprawdę tutaj rządzi…

 

„The Authority” po raz pierwszy miało ukazać się w Polsce nakładem wydawnictwa Fun Media (reanimowanego TM-Semic), niestety tak się złożyło, że oficyna upadła po wydaniu kilku nieźle zapowiadających się tytułów i plan nie doszedł do skutku. Potem wielu wydawców zajęło się wznawianiem i kontynuowaniem tytułów przez nich opublikowanych („Amazing Spider-Man”, „Lobo”, „JLA: Ziemia 2”) czy wypuszczeniem na rynek tych, których nie zdążyli („Daredevil: Diabeł stróż”, „Lobo powraca”). „Authroity” wykazało się wówczas nakładem Manzoku, wydawcy, który plany miał spore, ale też szybko odszedł z tego rynku. A teraz powraca i mamy szansę w końcu poznać całą serię.

 


Czy tak będzie? Czas pokaże, ale wnioskując z faktu, że Egmont swoją edycję opiera na „Absolute Authority”, najprawdopodobniej rewelacyjne zeszyty „The Authority vs. Lobo: Jingle Hell” i „The Authority / Lobo: Spring Brak Massacre!” zostaną pominięte, ale może doczekamy się ich w oddzielnym albumie. Wracając jednak do samej opowieści, o mamy tu kawał znakomitej rozrywki. W latach swojego debiutu, ta seria została uznana za najbardziej kontrowersyjną o superbohaterach. Kontrowersyjną, oryginalną, odświeżającą. Nie jest to do końca prawda, bo brutalność, wulgarność i tym podobne elementy nie czynią z niej reformatora (tym bardziej, gdy za tradycją rewolucja komiksowy stoją takie nazwiska, jak Moore czy Miller), ale jako opowieść rozrywkowa „The Authority” biją większość regularnych tytułów.

 

Mamy tu dobrze skrojonych bohaterów, szybką i widowiskową akcję, udane fabuły (może poza drugim story arciem, sprawiającym nieco chaotyczne wrażenie), które czerpiąc ze zgranych motywów (choćby bohaterowie obdarzeni mocami kontra Bóg – było to w „Kaznodziei” czy w „Lobo”) tworzy wyśmienitą mieszankę wybuchową. Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie, chociaż czytelnik, który nie miał okazji poznać wcześniejszej serii Ellisa, „Stormwatch”, skąd pochodzi większość ekipy „Authority”, nie wyłapie wszystkich smaczków. Jednocześnie jest tu napięcie, epickie sceny, sporo prawdziwej siły wyrazu i nuta czegoś ponad – łącznie z satyrą na komiksy (Apollo to z założenia żart z Supermana) i schematy gatunku superhero. Do tego rzecz jest wyśmienicie i realistycznie zilustrowana i rewelacyjnie wydana. Każdy dojrzały miłośnik komiksów znajdzie tu coś dla siebie, a że kolejny tom i zawarta w nim opowieść „Narodziny” napisana przez Marka Millara będzie jeszcze lepszy, jest na co czekać.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




wtorek, 24 listopada 2020

Asteriks: Złoty Menhir – René Goscinny, Albert Uderzo

 KONKURS PIEŚNI GALIJSKICH

 

Najnowszy „Asteriks” na polskim rynku to rzecz, którą trudno uznać za nową, bo jej pierwotna wersja pochodzi z roku 1967. Albumu nie da się też nazwać mianem komiksu, bo to kolejna w dorobku i autorów, i serii ilustrowana książeczka, która została wydana w formacie, do jakiego przyzwyczaiły nas komiksy z tej serii. Ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jak każda z poprzednich publikacji o dzielnych Galach, tak i ta absolutnie warta jest poznania.

 

Galijscy bardowie przygotowują się do nie lada wyzwania: ma się bowiem odbić konkurs pieśni. Głowna nagroda w nim to tytułowy Złoty Menhir. Oczywiście Kakofoniks zamierza podjąć się tego wyzwania, ale Rzymianie zamierzają śledzić go nawet, jeśli mieliby w trakcie ogłuchnąć. Dlatego też naszego barda pilnować mają Asteriks i Obeliks. Ale czy będą w stanie wypełnić zadanie? I co czeka na nich w trakcie tego wyzwania?

 

Twórcy „Asteriksa” niemal od samego początku stawiali na podbijanie swoją serią różnych mediów. Zaczęło się to w roku 1965, cztery lata po wydaniu pierwszej przygody dzielnych Galów, kiedy to Goscinny napisał krótki tekst wyjaśniający jak Obeliks wpadł do kociołka. Rzecz z ilustracjami Uderzo pojawiła się na łamach magazynu „Pilote”, a dopiero lata potem wydano ją jako pełnoprawny album pt. „Jak Obeliks wpadł do kociołka druida, kiedy był mały”. W roku 1976 zaś obaj autorzy przygotowali film „Dwanaście prac Astriksa”, nakręcony na podstawie całkiem nowej fabuły, która nigdy nie doczekała się wersji komiksowej – i ten scenariusz, w formie ilustrowanej książki, także został wypuszczony na rynek wydawniczy. Potem powstał jeszcze jeden tego typu twór – „Tajemnica magicznego wywaru”, ale było to już dzieło innych twórców.

 


W międzyczasie jednak, w roku 1967 Goscinny napisał słuchowisko „Złoty Menhir”. Rzecz została nagrana na płyty, do których dołączono książeczki z rysunkami Uderzo. Problem w tym, że potem pozycja ta stała się niemożliwa do odnalezienia. Uderzo jednak chciał, by rzecz pojawiła się w formie albumu i wreszcie mamy okazję przeczytać całość w formie pasującej do wszystkich innych wydanych dotąd tomów. Ale, jak wspominałem, nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z kolejną udaną częścią niezapomnianej sagi.

 

Największym plusem albumu jest nie to, że raz jeszcze możemy czytać o naszych bohaterach, ale że znów – choć autor od lat nie żyje – całość napisał Goscinny. Jego humor, akcja, zabawne dialogi, satyra i tym podobne elementy sprawiają, że „Złoty menhir” czyta się wyśmienicie. Ma swój klimat, bawi, poucza i zapewnia świetną rozrywkę czytelnikom w każdym wieku. Na dodatek rzecz jest jak zawsze świetnie narysowana i ładnie wydana.

 


Miłośnikom „Asteriksa” polecać nie muszę, sięgną w ciemno. Przeciwników nie będę przekonywał – bo zresztą chyba seria ta swoich przeciwników nie posiada. A całej reszcie… Cóż, jeśli nie znacie serii, a macie ochotę na dobrą opowieść rozrywkową, poznajcie. Warto.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.