środa, 31 marca 2021

Kapitan Szpic i upiory przeszłości – Artur Ruducha, Daniel Koziarski

WAKACJE ŚLEDZTWO Z DUCHAMI

 

Kapitan Żbik Szpic powraca! I to już po raz piąty. I po raz piąty serwuje nam szaloną porcję rozrywki, czasem głupkowatej, czasem sentymentalnej, jednak dla każdego miłośnika komiksu polskiego – i przy okazji rodzimej popkultury – głównie z okresu PRL-u zapewniającą udaną zabawę.

 

W nadmorskiej miejscowości N. (gdziekolwiek to jest) dzieją się dziwne rzeczy. Sąsiadka prosi niejakiego Andrzeja W. o pomoc, bo w jej domu straszy. Mężczyzna nic dziwnego w mieszkaniu kobiety nie znajduje, ale wkrótce po jego wyjściu główna zainteresowana podupada nomen omen na duchu i zostaje wyniesiona pod prześcieradłem. To oczywiście nie koniec, bo kiedy ginie kolejna osoba, Danusia, krewna pułkownika Czekoladki, dzwoni do wuja o pomoc. Problem jest tym większy, że jej matka, po wizycie znajomych z Niemiec poczuła się gorzej, a do tego groził jej dziwny sąsiad. Czekoladka obiecuje pomoc, a w tym celu do akcji będzie musiał wrócić kapitan Szpic, który obecnie zabija czas na czytaniu dzieciom szkoły specjalnej „Refluksu”. Tak zaczyna się jego kolejna akcja, która rzuci go – często jakże dosłownie – na głębokie wody tajemnic z przeszłości. Akcja szybka, niczym firma Sznell i elektryzująca, jak porażenie prądem! Znaczy znów będzie się działo!

 

„Kapitan Szpic” to seria oparta bardziej na konkretnych gagach, niż rozbudowanej fabule. Autorzy biorą tu na warsztat klasyczne, kultowe już historie z czasów PRL-u (ale nie tylko), odnajdują w nich komiczny potencjał i skupiają się na grach słownych, żartach sytuacyjnych i nawiązaniach. Posuwają się nawet do tego, że w kadrach można dostrzec twarze znajomych twórców z tamtych lat, co stanowi przyjemne puszczanie oka dla tych bardziej obeznanych w świecie komiksu i fantastyki minionego ustroju.

 

Ale i bez tej wiedzy można dobrze się bawić, czytając „Szpica”. To przygodowa komedia pomyłek, bardziej dla dorosłych, sentymentalnych, ale jednak dorosłych, bo humor bywa czasem niewybredny czy sprośny. Pozostaje przy tym łagodny i daleko mu do wulgarności, ale warto o tym pamiętać. Jednocześnie wszystko ma także swój urok, czasem mniej, czasem bardziej oldschoolowy i jest niezaprzeczalnie sympatyczne.

 

Dodajcie do tego udaną, cartoonową szatę graficzną, która korzeniami mocno tkwi w peerelowskich komiksach i w równym stopniu żartuje z nich, co składa im hołd, a dostaniecie komiks, który warto poznać. Najbardziej, jeśli znacie dzieł, z jakich twórcy z taką lubością żartują, ale nie tylko. Dobra komedia zawsze jest w cenie, a „Kapitan Szpic” to całkiem udany pastisz, w który warto się wgryźć. A może bardziej, odnosząc się do okładki i treści, zanurzyć.

Doktor Strange, tom 4 – Ed Brisson, Donny Cates, Peter David, Nick Spencer, Damian Couceiro, Niko Henrichon, Szymon Kudrański, Rod Reis, Will Sliney

PIEKŁO NA ZIEMI

 

Po ten tom „Doktora Strange’a” sięgnąłbym prędzej czy później, bo poprzednie trzy albumy były udane i sympatyczne. Wahałem się jednak czy w pierwszej kolejności nie rzucić się na inny komiks. Co mnie przekonało do wyboru tego tytułu? Przede wszystkim jego skład, a w szczególności zeszyty z serii „Ben Reilly: Scarlet Spider”, nadające się w sam raz do mojej pajęczej kolekcji. Ale dobrze, że sięgnąłem po ten komiks, bo nawet bez tego to kawał bardzo dobrej rozrywki supehero, gdzie nie brak elementów fantasy i horroru, która ma w sobie sporo z epickiego eventu.

 

W trakcie „Tajnego imperium” Las Vegas zostało zniszczone. Strange odwrócił to wydarzenie, jednocześnie przywracając do życia ofiary, które straciły wówczas życie, ale jednocześnie doprowadził do przybycia do naszego wymiaru Mephisto – władcę piekieł. Teraz Mapehisto, rządząc tutaj własnym piekielnym hotelem, upomina się o swoje, twierdząc że dusze zmarłych należały do niego. Strange trafia do tego dziwnego miejsca, by stoczyć walkę w grze, w której nie ma szans. A przynajmniej nie sam, skoro istnienie hotelu wpływa na ludzi wokoło, także bohaterów, zmieniając ich w iście piekielne kreatury. Nasz magik będzie więc potrzebował pomocy przyjaciół, problem w tym, że chyba żadni mu już nie zostali… A może jednak?

 

Solidny to komiks, oj solidny. Liczący niemal czterysta stron album zawiera w sobie bowiem nie tylko kolejne zeszyty doskonale znanej nam już serii, ale też i takie numery, jak „Doctor Strange: Damnation” #1–4, „Damnation: Johnny Blaze – Ghost Rider” #1, „Iron Fist” #78–80 i wspomniany już przez mnie „Ben Reilly: Scarlet Spider” #15- 17. Jak widać po takim składzie, to nie tylko kolejna typowa przygoda Doktora Dziwago, ale też i crossover o eventowych zapędach. Co prawda akcja nie jest tu tak epicka i rozległa, jak mogłoby się wydawać, ale na pewno gwarantuje dobrą rozrywkę.

 


Opowieść ta wyrosła na gruncie, jaki został po „Tajnym imperium” (nie dziwi więc udział scenarzysty odpowiedzialnego za tamto wydarzenie, Nicka Spencera) i jej trzonem jest miniseria „Damnation”. Reszta albumu to komplet dodatków do niej. A razem składają się na najdłuższą opowieść, jaką do „Doktora Strange’a” zrobił jego ówczesny scenarzysta, Donny Cates – najdłuższą, ale i ostatnią. I naprawdę udaną. Jest tu akcja, jest klimat, spora doza fantastyki i co najważniejsze wmieszanie w to innych bohaterów, nawet tak zdawałoby się nie pasujących do tego typu opowieści, jak Szkarłatny Pająk (fani „Spider-Mana” mają okazję zobaczyć jak poukładało mu się po „Spisku klonów”) czy Iron Fist. To oni wprowadzają wspominany eventowy posmak i sprawiają, że nawet ci, którzy za Strange’em nie przepadają, mogą znaleźć tu coś dla siebie.

 

Ale opowieści nie brak też pewnej dozy humoru i lekkości. Dzięki temu całość czyta się naprawdę dobrze i bez znudzenia. A całość wieńczy udana szata graficzna, wprowadzająca trochę mniej typowych rozwiązań i eksperymentów rysunkowych, odświeżających opowieść. Dobre, solidnej grubości wydanie staje się tu kropką nad i, a całość po prostu warta jest polecenia wszystkim miłośnikom superbohaterskich opowieści, które korzystają z elementów urban fantasy i horroru, pozostając jednocześnie rasowym superhero.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Hitman #4 - Garth Ennis, John McCrea

 TOMMY THE GUN(MAN)

 

Czwarty i przedostatni tom „Hitmana” to kolejna porcja bezkompromisowej jazdy bez trzymanki. Tak najkrócej można podsumować tak album, jak i serię. I chociaż za nami już grubo ponad pięćdziesiąt zeszytów, po lekturze czuje się tylko niedosyt. I żal, że kolejna część będzie już ostatnią naszą wspólną przygodą z zabójczym Tommym.

 

Trzęsienie ziemi sprawia, że Gotham City zostaje uznane za niewarte ratowania. Skazane na popadnięcie w ruinę miasto staje się centrum anarchii i rozkładu, gdzie każdy, który nie uciekł, dał się opanować swoim najgorszym instynktom. Ale czy płatni zabójcy mają się z czego cieszyć, skoro teraz w Gotham każdy jest gotów zabić każdego za darmo? Tradycyjnie jednak Tommy nie może narzekać na nudę. Jednak walka z dinozaurami czy wampirami to nic w porównaniu z tym, co już wkrótce go czeka…

 

Jaki jest „Hitman”, wie każdy, kto czytał choć jeden zeszyt tej serii. Kto nie czytał, musi wiedzieć, że to z jednej strony typowe dzieło dla jego scenarzysty, Gartha Ennisa, z drugiej zaś zdecydowanie lżejsze, prostsze i nastawione bardziej na rozrywkę, niż najsłynniejsze tytuły, nad którymi pracował, jak choćby „Kaznodzieja”, „Hellblazer” czy „Pielgrzym”. W tych wymienionych pozycjach Ennis serwował nam poważne opowieści z przesłaniem, mocno filozofujące, analizujące ludzką psychikę i naturę, i sytuację społeczną i polityczną, a często także historię i popkulturę. W „Hitmanie” jest inaczej. To opowieść akcji, komediowa zresztą, nastawiona na szybkie tempo, strzelaniny, pościgi itp. Pozostaje jednak zdecydowanie cięższa od np. „Pro.”.

 


I pełna jest typowych dla Ennisa elementów. Główny bohater to kolejna wariacja na temat obdarzonego mocami twardziela rodem z westernów. Mordercy, chama, ale jednak człowieka z zasadami, kierującego się własnym kodeksem i potrafiącego pokazać się od dobrej strony. Towarzyszy mu typowy zawadiacki przyjaciel, a obu łącza relacje typowo męskiej, opartej na honorze i męskiej dumie znajomości. Życie głównego bohatera dopełnia też kobieta – twarda, miotająca się, bo mająca własne poglądy, kolidujące z życiem i zwodem Tommy’ego.

 

Wszyscy oni zaś spotykają się w pełnych akcji i przygód wydarzeniach. Tommy ciągle pakuje się w kłopoty, także te paranormalne, ciągle też musi szukać wyjścia z sytuacji beznadziejnych. Robi to z gracją i z gracją wszystko to serwuje scenarzysta, którego fabuły nie nudzą ani przez chwilę, a specyficzne, brudno-cartoonowe grafiki McCrei doskonale to wszystko uzupełniają, budując świetny klimat gdzieś na styku kreskówkowego Batmana, filmów Burtona, tanich horrorów i typowych amerykańskich komiksów.

 


Reasumując, dobra, męska rozrywka gwarantowana. Lekka, zabawna, ale i brutalna. Coś w sam raz dla dojrzałych miłośników komiksów, którzy chcą rozrywki dostosowanej do własnego wieku i oczekiwań. I na dodatek świetnie wydana.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Dr. Stone #9 - Riichiro Inagaki, Boichi

WOJNA EPOKI KAMIENIA ŁUPANEGO

 

Akcja „Dr. Stone’a” wkracza w iście decydującą fazę. Po ostatnich wydarzeniach i szalonym finale poprzedniego tomiku, najnowsza część zabiera nas w jeszcze bardziej dynamiczną jazdę bez trzymanki. I robi to w typowy dla siebie sposób: fascynujący i wciągający, pomimo tego, że wiele etapów postępu cywilizacyjnego bywa bardzo mocno naciąganych.

 

Przygotowania do wojny się zakończyły. Nasi bohaterowie z Królestwa Nauki osiągnęli właściwie, co chcieli, więc teraz zbliża się ostateczne starcie z Imperium Tsukasy! Senku i jego ludzie muszą zaatakować jaskinię z cudowną wodą, ale żeby atak się udał, będą tego musieli dokonać w zaledwie dwadzieścia sekund. Czy taka akcja ma w ogóle szanse powodzenia? Kto wygra, a kto przegra? I do czego wszystko to doprowadzi?

 

Jeśli miałbym jakoś podsumować „Dr. Stone’a”, powiedziałbym, że to naukowy bitewniak. A może bardziej należałoby rzec, że shounenowo-bitewniakowi odpowiednik lektur typu nauka poprzez zabawę. Tylko, że gdy w naszych rodzimych dziełach Tytus, Romek i A’Tomek uczyli nas geografii, zabytków czy stopni wojskowych, a dwaj kosmici z galaktyki Gryfa (jeśli nie wiecie o co chodzi, koniecznie nadróbcie braki w rodzimej klasyce!) zapoznawali nas z przepisami ziemskiego ruchu drogowego, bohaterowie „Dr. Stone’a” przekazują nam w przystępnej formie najważniejsze ludzkie odkrycia.

 


Antybiotyki? Tak. Alkohol? Proch? Silnik parowy? Telefon? Krok po kroku wraz z bohaterami przybliżamy się coraz bardziej do obecnych czasów. Wiadomo, że nie wszystko uda się łatwo odtworzyć, ale jednak kibicujemy bohaterom. I, jak wspominałem, nie ma znaczenia, że wszystko to bywa naciągane, bo jak inaczej wytłumaczyć stworzenie gramofonu czy telefonu w czasach, w których poza wiedzą, bohaterowie dysponują jedynie technologią epoki kamienia łupanego, skoro całość wciąga i ciekawi. Któż z nas może zresztą powiedzieć, że ani trochę nie interesuje go to, jak bohaterowie mając do dyspozycji kamienie, minerały, jakieś tam mikstury etc., chcą zbudować łączność telefoniczną, czołg, włókno węglowe itd., a potem stanąć do wojny?

 


Tak oto wkraczamy w sam środek dynamicznej opowieści, gdzie nauka łączy się z walką, dynamicznymi akcjami, humorem i obowiązkową dla gatunku dawką seksownych dziewczyn o ładnych buziach. Chociaż „Dr. Stone” pod względem tego typu elementów pozostaje typowym shounenem, wciąż jest atrakcyjny i ciekawy. A do tego oczywiście świetnie zilustrowany. Bo może i kreska Boichiego jest mocno cartoonowa, jednak nie brak jej realizmu, dopracowania i szczegółowości.

 

Kto lubi shouneny, bitewniaki i opowieści akcji z pogranicza science fiction i fantasy, będzie zadowolony. To dobra seria, nie wybitna, ale bardzo przyjemna i angażująca czytelnika. Ma swój klimat i urok i zapewnia dobrą rozrywkę na poziomie.

 

Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





wtorek, 30 marca 2021

Amazing Spider-Man. Globalna sieć #10: Odejść z hukiem – Dan Slott, Nick Bradshaw, Giuseppe Camuncoli, Stuart Immonen, Marcos Martín, Humberto Ramos

CZERWONY KONIEC

 

Dan Slott nad przygodami Spider-Mana pracował dekadę. Pisanie serii przejął po genialnym jej reformatorze, J.M. Straczynskim, który wywrócił życie i mitologię Spidera do góry nogami. Co prawda pod koniec jego runu czekałem już, kiedy ktoś inny przejmie i odświeży cykl, ale okazało się, że Slott nie dorastał mu do pięt. Owszem, stworzył kilka świetnych opowieści, jednakże cała jego praca nad tytułem naznaczona była kopiowaniem pomysłów poprzedników. Nic więc dziwnego, że już od dawna, a już najbardziej od początku czwartego volume’u „Amazing Spider-Mana”, czekałem na koniec jego rządów. I chwila ta właśnie nadeszła i jak na Slotta przystało, znów mamy powtórkę z rozrywki. Na szczęście całkiem przyjemną w odbiorze i w niezłym stylu wieńczącą kolejny etap losów Spider-Mana.

 

Norman Osbron powrócił i jest potężniejszy niż kiedykolwiek. Jako Zielony Goblin napsuł już krwi Peterowi Parkerowi i Spider-Manowi. Tak samo robił, kiedy działał po prostu jako Osborn. Teraz jednak połączył siły z Carnage’em, szalonym, morderczym symbiontem i stał się Czerwonym Goblinem.  Walka z nim to jednak za dużo dla Człowieka Pająka, dlatego będzie potrzebował pomocy innych posiadaczy pajęczych mocy i nie tylko! Gdy walka staje się coraz bardziej zajadła, a zdrada naznacza życie Petera, nieuchronnie zbliża się nie tylko wielki finał starcia, ale też i tragedia, która wstrząśnie wszystkimi…

 

Na wstępie napisałem, że Slott swoje pomysły budował na pomysłach innych autorów i trudno tego nie dostrzec. Nawet jeśli nie mieliście okazji czytać całego jego runu, który po polsku wyszedł tylko częściowo, wiecie o tym doskonale. Jaki był pomysł na „Superior Spider-Mana”? Prosty: wróg zabija Petera i przejmuje jego tożsamość, chcąc udowodnić, że jest lepszy w tym od niego – a to wypisz wymaluj treść „Ostatnich łowów Kravena”. „Spiderversum”? Przecież to tylko nieco rozbudowana kopia starć z Morlunem znanych z „Powrotu do domu” i „The Other”. „Spisek klonów”? „Clone Saga” raz jeszcze. Długo można by wymieniać. Ten tom to też kolejna wariacja na temat starcia z Goblinem, których było już tyle. Ale, jak wspominałem, całkiem udana.

 


Najlepiej w trakcie lektury bawić się będą dwa typy czytelników: ci, którzy nie są obeznani z pajęczą klasyką i nie będą przez to odczuwali tego, że wszystko to już było oraz ci, którzy są zagorzałymi fanami serii i doskonale znają postacie i wydarzenia, dzięki czemu wyłapią wszystkie smaczki i nawiązania i cieszyć będą się z gościnnego udziału postaci. Abstrahując jednak od tego wszystkiego, jaki jest ten komiks? Epicki, to najlepsze określenie. Rozpisana na niemal dwieście stron akcja, pełna gościnnego udziału bohaterów tak „Spider-Mana”, jak i Marvela w ogóle, podana w szybkim tempie i w widowiskowy sposób, nie pozwala nudzić się ani przez chwilę. Slott stara się też zaserwować nam emocje, wzruszenia, ważne momenty… Nie wyciska łez, nie zaskakuje, nie porusza, ale opowieść, którą nam serwuje, jest sympatyczną rozrywką superhero, która bardzo przyjemnie wypadłaby na wielkim ekranie jako kolejny marvelowski hit.

 

Wszystko to dobrze wieńczy udana szata graficzna. Cały zastęp rysowników znanych już z poprzednich komiksów z serii świętuje tu nie tylko finał sagi Czerwonego Goblina czy runu Slotta, ale też i jubileusz osiemsetnego zeszytu serii, wchodzącego w skład tego tomu. Najlepiej i najbardziej nastrojowo wypadają tu Ramos i Immonen, ale i reszta radzi sobie dobrze. Dzięki nim i dobremu doborowi barw, budują udany klimat i podkreślają dynamikę akcji. Do tego mamy tradycyjnie świetne wydanie, grubsze przy okazji od poprzednich tomów.

 

W skrócie: całkiem udane podsumowanie pewnego etapu serii. Nie wszystko jest tu spełnione, bo uśmiercenie pewnej postaci nie robi też takiego wrażenia, jak to, co spotkało ją w serii kilka lat temu, ale fani będą bawić się nieźle, a momentami naprawdę dobrze. „Odejść z hukiem” (wymowny tytuł, nieprawdaż?) to po prostu udany komiks superhero, który warto przeczytać, jeśli lubicie Spider-Mana.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Trolle z Troy, tom 4 – Christophe Arleston, Jean-Louis Mourier

TROLLI CIAG DALSZY

 

„Trolle z Troy” powracają z nowym tomem. Tomem nowym pod wieloma względami, bo po trzech albumach, w których zebrano dotychczas wydane w naszym kraju części serii, w końcu dostajemy świeży materiał i ciąg dalszy losów tych szalonych istot. I jest to ciąg dalszy tak samo udany, jak dotychczasowe tomy, na dodatek nadal nadający się także dla tych, którzy w tym miejscu chcieliby zacząć swoją przygodę z serią.

 

Tetram i jego „córka” Waha ruszają do miasta, żeby ocalić dwoje trollowych dzieci, uwalniając je z sierocińca. To oczywiście nie koniec! Spotkanie z królem Kunanem, odkrycie tajemnicy Wahy, która przecież trolli jakoś zbytnio nie przypomina, a także wyprawa by odzyskać właściwą perspektywę świata zaburzoną przez pewne zaklęcie to tylko część tego, co jeszcze na nich czeka! Ale jak zawsze będzie śmiesznie, niebezpiecznie i… szalenie!

 

W Polsce wydawanie przygód dziejących się w świecie Troy zaczęło się równo dwie dekady temu, bo 2001 roku od sztandarowej serii, czyli „Lanfeusta z Troy”. Z czasem pojawiały się kolejne tytułu z tego uniwersum („Lanfeust w kosmosie”, „Brzdące z Troy”, „Zdobywcy Troy” czy „Odyseja Lanfeusta”), a wśród nich także „Trolle z Troy”, wydawane w latach 2002-2011. Wówczas to Egmont opublikował dwanaście części tej serii i od tamtej pory fani musieli czekać na ciąg dalszy. I ten właśnie nastąpił, a że to jeszcze nie koniec (w chwili obecnej cykl liczy 25 albumów) i że poza tym istnieją jeszcze inne poboczne cykle nie wydane w naszym kraju, fani mogą optymistycznie spoglądać w przyszłość.

 


Wracając jednak do czwartego zbiorczego wydania „Trolli”, w którym znalazły się albumy 13-16, to po prostu jeszcze jednak porcja tego, co seria miała nam do zaoferowania. Dla fanów większej zachęty nie trzeba, tym jednak, którzy nie mieli styczności z cyklem, warto powiedzieć kilka rzeczy. Cykl ten to najprościej ujmując komediowe fantasy, ale w dobrym stryku. Wiem, jak najczęściej wypadają śmieszne opowieści osadzone w podobnych realiach, ale „Trolle z Troy” (swoją droga chyba najzabawniejszy z troyowych cykli) takie nie są. To bardzo udana rozrywka, może na pierwszy rzut oka niezbyt wyszukana, bo i lejącej się krwi tu nie brak, i erotyka też się zdarza, ale jednocześnie wcale nie jest to głupia opowieść.

 

Mamy tu zresztą nie tylko humor, ale i akcję, dobrze skonstruowany świat, klimat, tempo, lekkość, nonszalancję… Długo można by wymieniać, ale wszystko, co powinno znaleźć się u reprezentanta gatunku, tutaj właśnie się znalazło. Dzięki temu mamy do czynienia z satysfakcjonującą i wciągającą rozrywką, od której trudno się oderwać. Nie wybitną, nie ambitną, ale jednocześnie jedną z najlepszych w swoim gatunku. Dlatego zachęcam Was do jej poznania, bo świat Troy jest nie tylko urzekający, ale i bogaty i niemal każdy – dorosły oczywiście – znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Pensjonat w zaświatach #1 - Wako Ioka, Midori Yuuma

GDZIE DUSZE MOGĄ ZJEŚĆ I SIĘ WYSPAĆ

 

„The Promised Neverland” właśnie dobiegło końca, pora więc by Waneko wystartowało nową serię. wybór padł na „Pensjonat w zaświatach”, tytuł który można porównać do wielu podobnych mu opowieści, znanych także na polskim rynku. Ale chociaż oryginalnością rzecz nie grzeszy, jako lektura stricte rozrywkowa dla nieco starszych odbiorców sprawdza się całkiem nieźle.

 

Aoi odziedziczą po zmarłym właśnie dziadku trochę pieniędzy na studia, parę pamiątek i… moc, dzięki której może widzieć demony. A że i im czasem tez trzeba pomóc, dziewczyna nieraz dokarmia duchowych przybyszów, nie mając pojęcia czym to się może dla niej skończyć. I tak oto pewnego dnia zostaje uprowadzona przez Pana Niebiańskiej Gospody, który chce ją poślubić w ramach spłaty długu, jaki miał jej dziadek. Nie zamierzając jednak zostawać jego żoną, Aoi decyduje się odpracować zadłużenie nie gdzie indziej, jak tylko w Gospodzie. Szybko jednak przekonuje się, że nie miała pojęcia, jak to wszystko może się potoczyć…

 

„Pensjonat w zaświatach” to seria, która na rynku wydawniczym zaistniała w roku 2015 jako cykl light noveli, który zresztą ukazuje się po dziś dzień i w chwili obecnej liczy sobie jedenaście tomów. Równo rok później na księgarskie półki trafiła też mangowa wersja tej opowieść, a po kolejnych dwóch latach „Kakuriyo no yadomeshi”, jak brzmi oryginalny tytuł całości, doczekał się także adaptacji anime. Ba, powstała nawet sztuka sceniczna, ale to już warto nadmienić tak na marginesie. Skąd taki sukces tej opowieści?

 


Tak do końca, nie wiem. To niezła seria, ale nie wybitna, pod wieloma względami przypominająca inne, podobne jej dzieła („Kuroshitsuji – mroczny kamerdyner” czy „Strażnik domu Momochi”), ale nie tak przełomowa, by tłumaczyło to jej sukces. Myślę, że po prostu trafiła w swój czas i miejsce i tak się potoczyło. Abstrahując jednak od tego wszystkiego, „Pensjonat w zaświatach” to przyjemna lektura, prosta, lekka i całkiem sympatyczna. Coś dla odprężenia, co może i nie stymuluje umysłu, ale za to pozwala się rozerwać. I chyba taka właśnie miała być.

 

Z założenia to lektura dla kobiet, skierowana zresztą do nieco starszych czytelniczek. Nie jest może szczególnie dojrzała, ale też i nie infantylna. Akcja jest tu spokojna, postacie wyraziste, a treść nie za poważna ani zbyt ciężka, a zarazem też i nie przesadnie lekka. Szata graficzna? Też jest prosta, unikająca nadmiaru czerni czy efektów i przypominająca swoim wykonaniem wiele serii, ale tak to już z tym tytułem jest, że trochę bazuje na tym, co znamy i lubimy.

 

Kto więc zna i lubi takie klimaty i estetykę, będzie zadowolony. Kto nie, cóż, nie przekona się, ale to w końcu rzecz dla fanów i jako taka powinna być rozpatrywana. Dobrze wydana, na pewno nie zawiedzie tych, którzy lubią mangi josei i fantastyczne klimaty.

 

Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





poniedziałek, 29 marca 2021

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #26 - Kohei Horikoshi

NOWE POKOLENIE BOHATERÓW

 

Po ostatnich wypełnionych szaloną akcją tomikach, dwudziesta szósta część „My Hero Academia” wydaje się być swoistym rozprężeniem. Nie na długo jednak, bo szybko tempo zaczyna przyspieszać, a kilka scen tomiku naprawdę robi wrażenie. I dobrze, bo właśnie tego oczekujemy od dobrego shounenowego bitewaniaka i dokładnie to dostajemy,

 

Nadciąga kolejny atak złoczyńców. Dzięki Hawksowi i Komitetowi Bezpieczeństwa Bohaterskiego bohaterowie wiedzą o tym i mogą się przygotować, ale potrzebują większych sił. Tak zaczyna się przygotowywanie kolejnego pokolenia bohaterów, ale czy to wystarczy?

 

Bitewniaki albo się lubi, albo nie. Jak wszystkie typy opowieści, ich gatunki etc., ale cóż, taka jest prawda. Shounenowe nawalanki to nic innego, jak lektura dla nastoletnich chłopców, którzy sami chcieliby – kolokwialnie mówiąc – wymiatać i panować nad supermocami, ale że nie mogą, muszą szukać sobie jakiegoś ekwiwalentu. A czytanie komiksowych bijatyk to bezpieczna i przyjemna forma rekompensowania sobie tego, czego im brak, a przy okazji pozwala rzucić okiem na ładne dziewczyny, często o obfitych czy nie do końca okrytych kształtach, pośmiać się, poczytać o przyjaźni i rywalizacji…

 

Długo można by wymieniać. „My Hero Academia” to seria doskonale oddająca wszystkie gatunkowe wymogi. Żadne arcydzieło, to czysta rozrywka, ale jakże udana i wciągająca. Czasem przegadana (spójrzcie tylko na dymki z tekstem na początku tomiku – nawet oparty na rozmowach „Bakuman” nie atakował aż tak naszych oczu), ale sympatyczna, pełna uroku, wciągająca i wypełniona akcją, która nie pozwala się nudzić. Kohoei Horikoshi bierze tu wszystko to, co sam uwielbia w shounenach czy komiksach superhero, wzbogaca o wątki rodem z kumplowskich filmów i serwuje w naprawdę świetnej otoczce.

 


Bo „My Hero Academia”, nawet jeśli fabularnie jest rozrywką dość typową, graficznie dystansuje od siebie niejeden konkurencyjny tytuł. Kreska jest dopracowana, pełna detali i realistyczna mimo pozornej cartoonowości. Rysunki są dynamiczne i nastrojowe, a tła dopracowane. Jest w tym także swoisty urok, jest lekkość, a także odpowiednia dawka mroku, podkreślająca klimat panujący na stronach, dzięki czemu całość jeszcze bardziej wpada w oko.

 

Tradycyjnie zatem polecam, bo polecać jest co. To tylko lekka, dynamiczna rozrywka dla nastolatków, ale w swoim gatunku naprawdę świetna. Ładnie wydana, warta jest poznania. A gdy będzie Wam mało – a w to nie wątpię – jest jeszcze publikowany także w Polsce spin-off „Vigillante: My Hero Academia – Illegals”, więc zabawa tak szybko się nie kończy.

 

Dziękuję wydawnictw Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





niedziela, 28 marca 2021

Fido i Mel na kozetce - Michał „Śledziu” Śledziński

ĆWIERĆ WIEKU Z WARIATAMI

 

„Fido i Mel” to seria, która była najsłynniejszym dziełem Michała „Śledzia” Śledzińskiego, zanim stworzył swoje opus magnum, czyli „Osiedle Swoboda”. Stworzona ćwierć wieku temu, była sporym hitem magazynu „Świat Gier Komputerowych”, potem pojawiła się też w pełnoprawnym długim metrażu, publikowanym w odcinkach w „Produkcie” („Biegunka”), później doczekała się albumu z prawdziwego zdarzenia, czyli „Fido & Mel: Na kozetce” od wydawnictwa Egmont, a ostatnio powróciła w ramach jubileuszu w tomie „KDP 64+”. Nic więc dziwnego, że wróciłem do niej i ja. I chociaż tak, jak przed laty, tak i teraz, „F&M” nie powala mnie na kolana, to wciąż jest to kawał dobrej rozrywki, pełnej popkulturowych żartów i miłości do kina, komiksów, gier i wszystkiego, co Śledzia ukształtowało.

 

Fido i Mel to dwie istoty o nieszczególnie zdrowej psychice. To wariaci, którzy wiedzą, że są wariatami, przez co do obłędu doprowadzają lekarzy. A jednocześnie bez przerwy biorą udział w szalonych przygodach, wędrując przez znane z popkultury światy, spotykając znane postacie (Kajko i Kokosz, Asteriks i Obeliks, Aliens, Muminki, Predator, Kubuś Puchatek) i pokazując, że nie ma miejsca, do którego by nie pasowali. Tylko niektóre miejsca mogą ciężko to przyjąć…

 


„Fido i Mel na kozetce” to zbiór krótkich, głównie jednostronicowych komiksów z bohaterami, którzy tak mocno przypominają „Animaniaków”, że mogłoby się to ocierać o plagiat. Czy to inspiracja, czy – jak twierdzi Śledziu – przypadek, każdy osądzi sam, ale na tle wszystkich tych żartów z popkultury, pojawiających się na stronach znanych postaci często w parodystycznym ujęciu i ogólnie satyrycznego wydźwięku całości, nawet jeśli skopiował Animaniaków, pasowałby to do całości. Poza tym Fido i Mel to postacie z długiej tradycji cartoonowych bohaterów, a jeśli znacie polski komiks, zauważycie że nasi czołowi herosi mniej lub bardziej przypominają tych zagranicznych (najbardziej w oczy rzucają się Kajko i Kokosz, jako nasza odpowiedź na Asteriksa i Obeliksa czy Binio Bill zbyt mocno przypominający Lucky Luke’a, by mógł to być przypadek), więc nic dziwnego w tym, by śledziowe postacie też kogoś przypominały.

 


Wracając do samego komiksu to standardowe czterdzieści kilka plansz mniej lub bardziej śmiesznych historii. Niektóre są bardzo udane (kultowe „Aliens versus Muminki”), niektóre nie (parodie „Star Wars”). Większość to sympatyczne, sentymentalne komedyjki, rujnujące dziecięce legendy i bawiące się motywami, które w opowieściach dla dzieci były zasugerowane (alkoholizm Tatusia Muminka). Do tego wszystko to zostało bardzo przyjemnie dla oka (a czasem i klimatycznie) zilustrowane i nieźle wydane. Patrząc na całość z perspektywy lat, szkoda że ukazał się tylko ten jeden tom. Teraz, z okazji ćwierćwiecza można by go było wznowić, uzupełnionego nie tylko o brakujące epizody, ale też inne komiksy Śledzia ze „Świata Gier Komputerowych”. Byłoby miło, ale póki co fanom pozostaje poszukanie gdzieś starego wydania i odkrycia najsłynniejszego dzieła Śledzińskiego sprzed „Osiedla Swobody”.

sobota, 27 marca 2021

Evangelion 3.0 + 1.0: Thrice Upon a Time

EVANGELION: ENDGAME

 

Na ten film widzowie czekali niemal dekadę. Najpierw produkcję przesuwano, bo bossowie woleli, żeby Anno skupił się na „Shin Godzilli” (swoją drogą naprawdę świetnej części serii, chyba najlepszej od czasu klasycznego filmu z lat 50.), a potem, kiedy w końcu wydawało się, że obraz wkroczy do kin, pandemia wymusiła kolejne opóźnienia. Ale teraz, w końcu ósmego marca, „Evangelion 3.0 + 1.0: Thrice Upon a Time” zagościł w azjatyckich kinach i… Z jednej strony jest to wyśmienity film, z drugiej na kilku polach zawodzi. Ale – a to najważniejsze – w dobrym i godnym stylu wieńczy opowieść ciągnącą się od długich lat i splata w jedną całość wszystko, co do tej pory widzieliśmy.

 

Akcja zaczyna się w tym samym momencie, w którym skończył się poprzedni film. Po znanej internautom akcji w Paryżu (studio udostępniło pierwsze dwanaście minut filmu w sieci – ale to inna scena niż ta pokazywana jakiś czas temu), przenosimy się do Shiniego, Asuki i klona Ayanami, którzy w końcu docierają do spokojnej osady. Załamany ostatnimi przeżyciami Shinji nie może jednak odnaleźć spokoju, pogrążając się w katatonii. Ale nie będzie miał na to czasu, bo wkrótce nadchodzi pora ostatecznie konfrontacji z Gendo, który dokonał na sobie zmian, jakich nikt się nie spodziewał. Konfrontacji, która ukaże Shinjiemu tajemnice przeszłości i poprowadzi ku przyszłości… Ale jaka ona będzie?

 

Przyznam, że jak na jedno z najdłuższych anime w dziejach (w Japonii, gdzie niczym dziwnym nie są filmy kinowe trwające nawet poniżej godziny, ponad dwu i pół godzinny seans może robić wrażenie), zadziwiająco niewiele tu wątków. To, co napisałem powyżej, to bardzo ogólne, ale jednak streszczenie większości filmu. Ale jednocześnie twórcom udało się zaserwować satysfakcjonujące zwieńczenie sagi, która od dekad rozpalała wyobraźnię i fascynowała kolejne pokolenia odbiorców.

 


Zacznę jednak od tego, co w filmie kuleje. Ale uwaga, nie obędzie się bez spoilerów! Czytacie więc na własną odpowiedzialność. Problem, jaki mam z tym filmem, niewielki, ale jednak, to zakończenie. Siłą „Evangeliona” zawsze były depresyjne, ponure klimaty, tymczasem w końcu całość dostaje swój happy end. Drugim problemem jest to, że fabuła zbyt mocno przypomina pod wieloma względami „Avengers: Endgame” (nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale teorie łączące tytuł „Thrice Upon a Time” z powieścią SF o podróżach w czasie po części się sprawdziły). Na szczęście na tle całej reszty są to niewielkie minusy.

 


Jeśli chodzi o plusy fabuły, doceniam powrót do powolniejszego tempa i szansę skupienia się na postaciach, co w przypadku Ayanami wyszło naprawdę świetnie. Dobrze wypadły też zaskoczenia (co zrobił ze sobą Gendo, co kryje opaska na oko Asuki) i odpowiedzi na pytania (dlaczego Kaworu mówił tak, jakby pamiętał Shinjiego z innego życia). Plusem jest także to, że wciąż wiele rzeczy pozostało niedopowiedzianych, wiele wątków fascynuje, a przedstawione wydarzenia korespondują nie tylko z poprzednimi filmami, ale też i serialem, „End of Evangelion”, a nawet… mangą. W tych dwóch ostatnich przypadkach najlepiej widać to w finale, który pod wieloma względami przypomina finał mangowej wersji (różny od anime, a zarazem podsycający przecież teorie o pętli – kto czytał, wie o czym mówię), a w scenie, gdy dostajemy fabularną wstawkę, z miejsca przypomina się nam analogiczna sekwencja z „End”.

 

Poza tym rzecz jest naprawdę dobrze zanimowana (nawet CGI jest na poziomie) i ma świetny klimat. do tego mamy dynamiczną akcję, kilka uroczych scen, dobrą treść i… kolejne uczucie niedosytu. Bo chociaż to już koniec, ostateczny przecież, to wciąż chciałoby się więcej. I chociaż przez niemal dekadę czekania na ten film, nie spełnił wszystkich pokładanych w nim nadziei i oczekiwań, to jednak „Evangelion 3.0 + 1.0: Thrice Upon a Time” pozostaje satysfakcjonującą rozrywką z ambicjami i godnym, sentymentalnym zwieńczeniem opowieści, którą pokochały miliony. Szkoda tylko, że do polskich kin film nie zawita…

piątek, 26 marca 2021

Czarodziejki.net #14 - Kentarou Satou

ROZWALĘ WSZYSTKO W IMIENIU TEMPESTU

 

Czternasty tom serii „Czarodziejki.net” to prawdziwa jazda bez trzymanki. Od początku akcja pędzi tu na złamanie karku – szybciej jeszcze, niż dotychczas – wydarzenia stają się bardziej epickie, a całość pozostaje jednocześnie brudna, mroczna i brutalna tak, jak powinna być. Kto polubił tę szaloną serię, po tym tomie nie tylko będzie bardzo, bardzo zadowolony, ale przy okazji poczuje także jeszcze większy niedosyt, niż dotychczas.

 

Do zapowiadanego Tempestu został już tylko nieco ponad tydzień. Czy nadejdzie koniec świata, czy też jedynie koniec świata, jaki znamy, to nie ma większego znaczenia, gdy dziewczyny muszą uporać się z czystką zorganizowaną przez Administratorów, których starają się powstrzymać. Sytuacja jednak staje się coraz bardziej niebezpieczna, a nasze bohaterki mogą nie mieć najmniejszych szans przetrwać i cokolwiek zdziałać…

 

„Czarodziejki.net” to seria znakomita od samego początku. Ten tom jednak to jedna z najlepszych jej odsłon, wprowadzająca nas w temat iście ostatecznego starcia, gdzie na niedomówienia nie ma już za bardzo miejsca. Sekrety? Wciąż pewne pozostają, ale to, co dostajemy tutaj to już niemal swoiste wprowadzenie do zakończenia. I to wprowadzenie jakże udane, robiące duże wrażenie i – by posłużyć się filmowym określeniem – wgniatające w fotel.

 

Akcja atakuje nas tu już od pierwszy stron tak, jak Administratorzy atakują bohaterki. Jest zatem dynamiczna, ale co ważniejsze, jest też autentycznie mocna. Krew, mrok, kolejne poważne rany ukazane bez oszczędzania czytelnika, połączone z pełnymi popisowych efektów walkami robią wrażenie na miłośnikach horrorów i dobrych opowieści akcji. Im bliżej finału jednak, tym lepiej wypada całość, bo wydarzenia nabierają rozmachu, a autor jeszcze mocniej dociska pedał gazu, chcąc porwać nas w wir akcji i to mu się udaje.

 


Ostatnie rozdziały tomiku to iście epicka rozwałka. Światła miasta gasnące kadr po kadrze na naszych oczach, dym, ogień, spadający samolot… To tylko niektóre z wydarzeń, które śledzimy, a co więcej wcale nie najbardziej epickie. Pojawiają się tu też te nieco bardziej dziwne rzeczy, nie będę jednak wchodził w szczegóły, bo każdy powinien przeczytać to sam, ale pasują one do całości. Wszystko pozostaje klimatyczne i wpadające w oko, bo autor postarał się o realizm tych sekwencji, a i dla miłośników porcji erotyki też ię coś znajdzie, bo w tym tomiku nagości jest chyba więcej, niż dotychczas.

 

Wszystko to daje nam kolejny świetny tomik znakomitej serii. Serii, która jest przyjemnym odświeżeniem schematu opowieści o czarodziejkach, ale podanego w dojrzalszej, brutalniejszej formie. Jeśli lubicie dobrą fantastykę i horrory akcji, a nie należycie do zbyt wrażliwych odbiorców, to opowieść którą polecam Wam bardzo gorąco.

 

Dziękuję wydawnictw Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





czwartek, 25 marca 2021

Smerfy na tropie: Szukaj i znajdź – Marta Stochmiałek

ZABAWY, SZUKANIE I SMERFY

 

Kolejna propozycja dla miłośników Smerfów od Harper Kids to książeczka z serii „Smerfy na tropie. Szukaj i znajdź”. Tytuł mówi już nam wszystko, co powinniśmy wiedzieć o tej pozycji. Ale warto jeszcze w tym miejscu nadmienić, że to naprawdę ładnie wykonana, sympatyczna i wydana w dobrej cenie publikacja, która usatysfakcjonuje młodych odbiorców.

 

Jak podaje sam wydawca, „Smerfy na tropie. Szukaj i znajdź” to zaproszenie do spędzenia miłych chwil w towarzystwie smerfów. W książce znajdziesz duże, kolorowe ilustracje z ulubionymi bohaterami. Można je oglądać bez końca, szukając zabawnych szczegółów i obiektów wskazanych w tekście. Książka pozwala wykształcić spostrzegawczość malucha, umiejętność liczenia na podstawowym poziomie, a także znajomość kolorów i kształtów  i to prawda. Niniejsza publikacja to zbiór dwustronicowych ilustracji, bardzo przyjemnych i dostosowanych do odbiorcy, które mają bawić i uczyć, dostarczać satysfakcji i rozwijać. I sprawdzać dziecięcą spostrzegawczość.

 

I właściwie nie trzeba chyba nic więcej dodawać. Dzieci uwielbiają podobne rozrywki, sam je kochałem będąc kilkulatkiem i w dojrzalszej formie cenię nadal. Duża ilość uroku i sympatycznych grafik, mimo niewielkiej ilości stron, gwarantuje, że młodzi odbiorcy na pewno się nie znudzą, a wyzwania, jakie przed nimi stawia, aktywizują tak, jak aktywizować powinny.

 


A wszystko to oczywiście w bardzo ładnej, przystępnej, lekkiej i łatwej w odbiorze książeczce, która z pewnością spodoba się dzieciom. Opracowanie graficzne jest bardzo przyjemne dla oka, ilustracje dominują, a samo wydanie także przedstawia się bardzo dobrze. Dzieci dzięki niej uczą się poprzez zabawę, niczym przed laty bawiłem i uczyłem się ja, kiedy odkrywałem takie atrakcje, jak choćby „gdzie jest Wally?” (pamiętacie to jeszcze?) i mogą podziwiać naprawdę świetne ilustracje z niebieskimi stworkami, wydrukowane na dużym formacie.

 

Czyli otrzymują dokładnie to, czego młodzi miłośnicy „Smerfów” mogą spodziewać się po tym tytule. Z pewnością będą więc bardzo zadowoleni. Ja ze swej strony polecam.

 

A wydawnictwu Harper Kids dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.




The Promised Neverland #20 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

PROMISED THE END

 

Kolejna świetna seria mangowa dobiega właśnie końca. „The Promised Neverland”, bo o niej mowa, była z nami przez dwadzieścia tomów (i jedną, całkiem przyjemną light novelę), a teraz wreszcie dobiega końca. I trzeba przyznać, że był to kawał świetnej rozrywki, którą będę wspominał z dużym sentymentem. Najlepszej na samym początku, ale do ostatnich stron trzymającą poziom, który satysfakcjonuje.

 

Wszystko kończy się tam, gdzie się zaczęło. Emma i jej towarzysze stawiają czoła Peterowi Ratri w Grace Field House. Czy wygrają? Jaki los czeka ludzi i demony? Jakie było życzenie Emmy? I co jeszcze czeka na bohaterów?

 

Ponieważ to już ostatni tom, warto chyba wrócić do początku serii i spojrzeć na całość przez pryzmat miniowych wydarzeń i perspektywy czasu. A zatem „The Promised Neverland” zaczęła się jako świetny horror. Owszem, oparty na znanych schematach, mocno kojarzący się choćby ze znakomitym cyklem „Kuro”, który w podobny sposób łączył urok, słodycz i niewinność z grozą, ale dostarczająca dużo dobrej zabawy. Z każdą chwilą jednak całość zaczęła się zmieniać w bardziej mroczną, brutalną i dynamiczną opowieść spod szyldu survival horroru, by ostatecznie stać się wypełnionym akcją dark fantasy z pogranicza paranormalnej grozy i pozostać już takim do końca. końca, trzeba to rzec, udanego i godnie wieńczącego świetną serię.

 

Co sprawia, że „The Promised Neverland" jest mangą tak dobrą? Jedną z nich na pewno jest klimat, na który składają się mrok, brutalność, ciągła niepewność i napięcie towarzyszące kolejnym wydarzeniom, połączone z urokiem, który co prawda najmocniej widoczny był na samym początku cyklu, ale nigdy nie zniknął całkowicie. Do tego mamy sympatycznych bohaterów, których śmierci nie chcemy, mnóstwo zaskoczeń, dobrze przemyślaną fabułę, a wreszcie także intrygujące pytania i zagadki, jakie popychały od początku akcję do przodu. Czy na wszystkie dostaniemy odpowiedzi, tego Wam nie zdradzę, ale jak już wspominałem, dwudziesty tomik to godny finał „The Promised Neverland”.

 


Do tego dochodzi też świetną szatę graficzną. Jak pisałem wielokrotnie ilustracje są lekkie i urocze, na pierwszy rzut oka nie ma w nich zbyt wiele mroku, ale potrafią być dosadne i drastyczne, kiedy wymaga tego fabuła. Postacie zaprojektowane zostały w wyrazisty sposób, do tego znakomicie wypadają także wszelkie odkształcenia perspektywy, typu "rybie oko" czy cartoonowa estetyka, ocierająca się momentami o „super deformed”. Całość ogląda się równie przyjemnie, co czyta, a po lekturze wciąż pozostaje uczucie niedosytu.

 

Reasumując, warto. Tak ten tom, jak i całą serię. Jeśli lubicie horrory, thrillery i szeroko pojmowaną fantastykę, znajdziecie tu coś dla siebie i nie oderwiecie się od całości, dopóki nie skończycie. A i tak będzie Wam mało.

 

Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.