wtorek, 31 lipca 2018

Kuroko's Basket #28 - Fujimaki Tadatoshi

KUROKO WRACA NA BOISKO


Chociaż "Kuroko's Basket" dobiega już końca (przed nami jeszcze tylko dwa tomy), jego akcja pędzi do przodu z taką prędkością i rozwija się w taki sposób, że trudno jest uwierzyć w bliski finał. Trochę szkoda też kończyć serię, z którą spędziło się tyle czasu, niemniej jedno muszę docenić: że ani na chwilę całość nie schodzi poniżej pewnego poziomu i wciąż dostarcza naprawdę znakomitej rozrywki.


Finałowy mecz nadal trwa. Druga kwarta dobiegła końca, zawodnicy mogą chwilę odpocząć, ale dla Seirin nie jest to moment wytchnienia. Przegrywają w końcu aż 25 punktami, każdy wie, jaką przepaścią staje się taka różnica, a jakby tego było mało Hyuuga musi grać z czterema faulami na koncie. Mimo to nikt nie zamierza się poddawać. Wręcz przeciwnie. Zmotywowany działaniami przyjaciół Kuroko wraca na boisko. Nie odzyskał co prawda swojej niewidzialności, ale ma pewien plan. Czy jednak będzie w stanie cokolwiek zdziałać?


Co tu dużo mówić, dwudziesty ósmy tom "Kuroko's Basket" jest dokładnie taki sam, jak poprzednie dwadzieścia siedem. Akcja pędzi na złamanie karku, bohaterowie walczą na boisku, przegrywając coraz bardziej, ale i czasem odkuwając się na swoich przeciwnikach, a sam autor odwleka rozwiązanie jak może najdłużej. Ale właśnie dokładnie tego oczekują miłośnicy serii. Tego, plus nieodzownego humoru, ciekawego klimatu i świetnej szaty graficznej. Jak się domyślacie, także tego tutaj nie brakuje.


Co mi się jeszcze podoba to fakt, że Fujimaki nie odwrócił tak szybko utraty przez Kuroko jego zdolności. W poprzednim tomie Seirin musiało sobie radzić bez niego, teraz wraca o akcji, ale nadal nie jest tym samym graczem, którym był do niedawna. Dzięki temu napięcie trzyma wciąż wysoki poziom, a całość czyta się naprawdę świetnie, choć zarazem nie brak tu także spokojniejszych, bardziej "przegadanych" momentów, które dają odrobinę wytchnienia.


Czy muszę dodawać coś jeszcze? Ostatnie tomy "Kuroko" nie zawodzą na żadnym polu. Miłośnicy serii będą więc bardzo zadowoleni.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






poniedziałek, 30 lipca 2018

Kuroko's Basket #27 - Fujimaki Tadatoshi

POTRZEBA CUDU


Nie spodziewałem się, że w dwudziestym siódmym tomie dojdzie w serii do jakiejś znaczącej zmiany, a jednak. Pojawia się tu wątek, który w innych okolicznościach byłyby tylko kolejną przeszkodą na drodze do zwycięstwa, ale jego znaczenie jest tak duże, że nie da się odebrać go w ten sposób. Jednocześnie autor nie tylko podkręca napięcie, ale co i rusz rozładowuje je a to kolejnymi retrospekcjami, to znów solidną dawką humoru, dzięki czemu całość czyta się, jak zwykle, znakomicie.


Nikt nie spodziewał się, że coś takiego może się zdarzyć, a jednak! Kuroko, który nigdy nie był dobrym zawodnikiem i cały swój sukces zawdzięczał zdolności znikania, wraz ze sportowym rozwojem stracił tę umiejętność! Teraz jedyna nadzieja Seirin na zwycięstwo przepadła, jednak drużyna nie zamierza się poddawać. Potrzebny jest cud, zawodnicy liczą na niego, ale niestety ten nie ma szans się wydarzyć. Jakby tego było mało, Rakuzan ma w swojej ekipie tylko samych najpotężniejszych graczy, z którymi nikt nie ma szans. Jedynie Mayuzumi wydaje się być przeciętniakiem. Niestety, okazuje się, że włada on takimi samymi zdolnościami, jak Kuroko. Co można zrobić w takiej sytuacji?


Pamiętacie co było od początku znakiem wyróżniającym głównego bohatera, a zatem całą serię? Trudno o tym zapomnieć - fakt, że Kuroko jest tak niezauważalny, że praktycznie znika jest co i rusz przypominany w mandze. Teraz jednak wszystko się zmienia, bo bohater traci ową zdolność. Pisałem o tym ledwie akapit wyżej, nie będę więc zbytnio wdawał się w szczegóły, ale muszę przyznać, że fakt ten naprawdę podkręca emocje i atmosferę. I autentycznie mnie zaskoczył.


Poza tym jednak wszystko jest na swoim miejscu. Mamy zatem szybką akcję, prawdziwe starcie koszykarskich potęg, do tego humor i klimat. Nie wspominałem o tym przy okazji poprzednich tomów, ale niemalże od samego początku mamy tu także galerię prac czytelników (japońskich, nie polskich żeby była jasność), a od dłuższego czasu także kącik pytań i odpowiedzi. Niektóre z nich (i pytań, i rysunków) potrafią autentycznie rozbroić, co też należy zaliczyć całości na plus.


Zabawa z "Kuroko's Basket" jest więc znakomita. Kto lubi się pośmiać i jednocześnie dać wciągnąć w rywalizację bohaterów walczących o spełnienie marzeń, ten z serii będzie zadowolony. I to bardzo.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 29 lipca 2018

Kuroko's Basket #26 - Fujimaki Tadatoshi

ZACZYNA SIĘ FINAŁ


Jedną z rzeczy, za które uwielbiam mangi jest fakt, że właściwie od początku do końca trzymają one jeden poziom. Weźmy choćby "Kuroko's Basket", to już dwudziesty szósty tom tego cyklu, a ja wciąż czytam całość z przyjemnością, znakomicie się bawię i po kolejnej skończonej części mam ochotę na więcej. Aż szkoda, że już niedługo wszystko dobiegnie końca. Póki co jednak cieszę się lekturą i samym faktem, że mogłem przeczytać przygody Kuroko i jego kolegów.


Opowieść Kuroko dobiega końca. Gracze wreszcie lepiej rozumieją swojego kolegę, jak i jego losy, ale czy wpłynie to w jakiś sposób na czekającą ich grę? Wszystkich niepokoi jedno – Akashi i jego druga natura. A dokładniej kwestia, co zrobią, jeśli okaże się, że jego ukryte ja także posiada jakieś niezwykłe zdolności. Powoli zbliża się jednak czas finałowego meczu, który rozstrzygnie wszystko. Zaczyna się walka, jakiej jeszcze kibice nie widzieli na oczy!


Po dwóch pełnych tomach i połówce kolejnego, które skupiły się na retrospekcjach Kuroko z czasów, kiedy nasz niewidzialny zawodnik chodził do gimnazjum, nadszedł czas powrotu do głównej fabuły i walki o zdobycie mistrzostwa. Tempo więc znów przyspiesza, chociaż autor nie rzuca nas od razu na głęboka wodę. Na początku tomiku czeka więc na nas nieco spokojniejszych i bardziej refleksyjnych chwil. Potem jednak akcja zaczyna coraz bardziej nabierać szybkości, a my wraz z bohaterami wychodzimy na ostatnią prostą.


Tym razem, więcej niż w poprzednich tomach, jest tu humoru. Wracają też alternatywne zagania, na brak których cierpiała poprzednia część. Bohaterowie zaczynają też więcej zmagań sportowych,  ale co ich czeka na samym końcu? Myślę, że tego może domyślić się każdy czytelnik. Wyjścia są właściwie tylko dwa, ale którekolwiek z nich nie zostanie użyte i tak będzie dobrze. Zresztą wszelka przewidywalność ani trochę nie szkodzi temu tytułowi, więc nie będzie tu powodów do narzekań.


Ja ze swej strony niezmiennie polecam. To naprawdę dobra, znakomicie napisana i świetnie zilustrowana manga. Im bliżej jestem końca, tym bardziej czuję, że warto było po nią sięgnąć.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






sobota, 28 lipca 2018

Kawaii 1/2018

POWRÓT PO LATACH


Tym razem będzie krótko, bez rozwlekania i bez specjalnego rozpisywania się. Widok nowego „Kawaii’, reaktywowanego po latach (choć póki co tylko na próbę) był wielkim zaskoczeniem. Poszedłem do saloniku prasowego po coś innego, wyszedłem z dodatkowym pismem w ręku – i ożywionymi wspomnieniami. Wspomnieniami pierwszego numeru kupionego dobrych dwadzieścia lat temu i regularnego wracania do pisma. Z poznawania japońskiej kultury i sztuki. Przyznam, że z powrotu „Kawaii” ucieszyłem się, jak dziecko, tym bardziej, że w ostatnich latach czytam więcej mang, niż kiedykolwiek wcześniej, a i filmów z Kraju Kwitnącej Wiśni także nie unikam. Ale co z tego właściwie wynikło?


Zacznę od plusów, bo tych będzie całkiem sporo, choć niestety tak idealnie, jakbym tego chciał nie jest. Pierwszym z nich zdecydowanie jest fakt, że „Kawaii” w ogóle się pojawiło. Drugim, że za dobrą cenę mamy całkiem niezłą porcję czytania (chociaż cieńszy to i mizerniejszy magazyn niż jego kultowa odsłona sprzed lat). Kolejnym, że do akcji wróciła mniej więcej stara ekipa, jeszcze jednym zaś fakt powrotu do wielu tematów poruszanych w pierwszym (i późniejszych także) numerze pisma.


Ale niestety brakuje tu dawnego wyważenia i siły. 90% zawartości to omówienia anime, co się tyczy mang mamy tu ledwie bodajże dwa teksty im poświęcone. A to dziwny zabieg, bo na naszym rynku mamy całe mnóstwo japońskich komiksów, ale w telewizji ciężko uświadczyć jakiegokolwiek serialu czy filmów. Recenzje czy publicystyka są ciekawe, to należy im oddać, jednak czasem sprawiają wrażenie robionych nie na poważnie. Do tego niskiej jakości plakat (gdzie te dawne postery, no gdzie?!) też nie robi szczególnego wrażenia.


Mimo to i tak oceniam całość jak najbardziej na plus i mam nadzieję, że „Kawaii” na dłużej zagości na naszym rynku. To w końcu kawał mojego życia, mnóstwo wspomnień wiążących się z tym tytułem i dobrej zabawy. A gdyby w kolejnych numerach udało się odzyskać poziom sprzed lat, byłoby już, kolokwialnie mówiąc, całkiem super.

piątek, 27 lipca 2018

Dzikość serca - Barry Gifford

DZIKOŚĆ W SERCU


Żyjemy w czasach, kiedy liczy się szybkość przekazu i odbioru informacji. Nic więc dziwnego, że "Dzikość serca", jak wiele innych zekranizowanych dzieł, poznałem najpierw w formie filmu. Tym bardziej, że od lat nie było wznowienia tej powieści. Teraz jednak, dzięki staraniom wydawnictwa Replika, legendarne dzieło Barry'ego Gifforda powraca na polski rynek, a ja, choć nie jestem miłośnikiem obrazu nakręconego na jego podstawie, nie mogłem nie zapoznać się z pierwowzorem. I nie żałuję, bo to kawał świetnej, męskiej lektury, jakich brakuje w dzisiejszych czasach.


Każde pokolenie ma swoich Romeo i Julię, tak samo jak i każdy gatunek. Sailor i Lula stanowią ich odpowiednik w literaturze neo noir. Ona to głupiutkie  i naiwne dziewczę, choć jej głowa nie do końca jest pusta, on to typowy twardziel. Kochają się, choć świat - a dokładniej matka Luli - jest przeciw nim. Kiedy Sailor wychodzi z więzienia, do którego trafił za zabicie mężczyzny (co prawda w obronie własnej, ale jednak), dziewczyna już na niego czeka - tak samo, jak kłopoty. Oboje wsiadają do samochodu i ruszają w podróż na południe kraju. Za nimi podąża jednak kochanek matki Luli, a zarazem prywatny detektyw. A to zaledwie początek problemów, z jakimi przyjdzie się zmierzyć zakochanej parze...


Kiedy lata temu po raz pierwszy obejrzałem "Dzikość serca", film w znacznym stopniu mnie rozczarował. Znając jego kultowy status, uwielbiając dzieła Lyncha i wszelką dziwność, chyba zbyt wiele po nim oczekiwałem, bo w ostatecznym rozrachunku dostałem rzecz co prawda oryginalną, ale mało lynchowską (jednak nie w tak dobrym stylu, jak "Prosta historia") i w swej dziwności wysiloną. Nie twierdzę, że nie lubię ani nie cenię filmu, byłoby to kłamstwo, ale coś mi w nim nie zagrało tak, jak należy - i to wcale nie chodzi o Nicolasa Cage'a, który aż tak tragiczny nie był. Czegoś brakowało, czegoś było za dużo. W książce Gifforda (swoją drogą współscenarzysty genialnej "Zagubionej autostrady" Lyncha) tego nie ma.


Co jest zatem? Klimat, brud i prostota typowe dla gatunku noir. Nie mamy tu jednak kryminału kojarzonego z tym gatunkiem, a romantyczną powieść drogi, wciśniętą w ramy dziwności, nie tak wyrazistej i baśniowej jednal, jak w filmie Lyncha. Powieść zresztą mocno różni się od niego, także zupełnie innym zakończeniem, bardziej pasującym do wymogów gatunkowych (i do bohatera twardziela). Poza tym postacie same w sobie też są stricte, jak z dzieł noir - piękna, delikatna i w pewnym stopniu głupiutka dziewczyna, facet w stylu macho, demoniczni wrogowie, kilka histerycznych person... Coś jak "Romeo i Julia" w wersji Buza Lurhmanna, tylko podkręcone jeszcze elementami z pulpowej literatury.


I w taki, jak ona sposób także wykonane. Styl jest prosty, lekki i można by rzecz surowy. Nie ma tu pięknych opisów, literackiego rozsmakowania, jest za to wiele rozmów, bo "Dzikość serca" to powieść przegadana, ale przegadana w dobrym stylu, nawet jeśli Luli i Sailorowi zdarza się pleść głupoty czy gawędzić o niczym. Śmiało można więc rzec, że dzieło Gifforda to męska opowieść o miłości, trochę naiwna, trochę szorstka – miłości takiej, jaką mężczyzna chce pokazać, bo myśli, że wypada. Po taką lekturę facet sięgnie chętniej, niż po romans, bo i wstydzić nie musi się swej wrażliwej (czyt. słabszej) strony, i nie wygląda to jakoś dziwnie. Tu jedynie zmieniłbym okładkę, bo obecna kojarzy mi się z wakacyjnymi historyjkami dla nastolatków, ale to jedyna rzecz, jaką mogę zarzucić całości.


Tak więc polecam "Dzikość serca" gorąco każdemu, kto lubi dobre, nietypowe i świeże lektury. Mimo niemal trzech dekad jakie upłynęły od premiery, powieść wciąż robi duże wrażenie i dostarcza dobrej, emocjonującej rozrywki. Oczywiście nie tylko dla mężczyzn. Warto poznać losy Sailora i Luli (tym bardziej, że wiele rzeczy przeszło stąd do historii popkultury) i dać się wciągnąć w ten świat. A przy okazji mam nadzieję, że wydawca wznowi także kolejne tomy serii, bo marzy mi się doczytanie całości do końca.


Dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 26 lipca 2018

Uczciwa oszustka - Tove Jansson

PLAN NA ŻYCIE


Z książkami dla dorosłych pisanymi przez autorów dziecięcych hitów mam pewien problem. A mianowicie, że sprawiają oni wrażenie jakby nie mogli przerzucić się na dojrzałe pisanie. Weźmy choćby powieści, jakie Rowling wydala po zakończeniu cyklu o Harrym Potterze, okazały się bowiem mocno nijakie i napisane w sposób prosty i infantylny. Z Tove Jansson jest inaczej. Już w jej "Muminkach" było wiele dojrzałości, a dorosłe książki pisarki nie tylko ją zachowują, ale przy okazji i rozwijają. I dokładnie to oferuje „Uczciwa oszustka”, chyba najlepsza z tego typu powieści w dorobku fińskiej autorki.


„(ona) tam mieszka. Mats i ja też tam zamieszkamy”. Taki jest plan Katri, kobiety, którą każdy ma za dziwaczkę. Takie jest też jej marzenie. W malutkiej wiosce Västerby Katri mieszka w mansardzie nad sklepikiem razem ze swoim bratem, Matsem. W ich egzystencji towarzyszy im bezimienny pies, zwierzę z własnym charakterem i pasujące do tej dwójki, jak żadne inne. Katri od śmierci matki pracowała w sklepie, ale ostatecznie złożyła wymówienie. Mats chwyta się różnych dorywczych prac, ale przede wszystkim dużo czasu spędza w szkutni braci Liljebergów, marząc o własnej łodzi. Jego siostra, jak na bystrą kobietę przystało, chce poprawić ich los. Dlatego zaczyna układać i realizować swój plan. Jego częścią jest Anna, mieszkającą w wielkiej willi ilustratorka książek dla dzieci. Bogactwo tej samotniczki może pomóc obojgu odmienić ich świat, ale wpuszczenie do własnego życia kobiety może przynieść także nieoczekiwane skutki…


Każdy, kto czytał "Muminki" wie czego może spodziewać się po prozie Tove Jansson. Z jednej strony na pewno niespiesznego (choć absolutnie nie powolnego i przepełnionego najróżniejszymi wydarzeniami) poprowadzenia akcji, z drugiej znakomitego klimatu, lekkości, ale też i czegoś ponad tylko rozrywkę. I dokładnie wszystko to znajdziecie też w jej książkach dla dorosłych, dojrzalsze jeszcze niż w dziecięcej literaturze, ale wciąż pełne uroku i delikatności.


Sama powieść nie jest skomplikowana. To w końcu obyczajowa historia z nutą dziwności i wątkiem rodem z kryminałów, który kryminałem przecież wcale nie jest. Akcja jest ciekawa i ciekawi są również sami bohaterowie, złożeni i wieloznaczni, w swym wyobcowaniu tacy bliscy, nawet jeśli czasem zachowują się niczym sterowane marionetki. Ale świat, w którym przyszło im żyć, skuty lodem, zasypany śniegiem, choć przecież nie przez cały czas, wcale nie jest mniej ważny od nich. To pełnoprawny bohater, surowy i zdystansowany, ale potrafiący urzec swoim pięknem i niezwykłością.


Co ciekawe, także styl doskonale wpasowuje się w to, co napisałem powyżej. Tove pisze tu w sposób lekki, dość prosty, w znacznym stopniu odarty z ozdobników, ale literacko udany i bardzo satysfakcjonujący. "Uczciwą oszustkę" czyta się znakomicie i zapada w pamięć, mimo iż lektura całości nie jest zbyt czasochłonna ani wymagająca. Pisarka jednak po raz kolejny udowodniła w niej, że jest doskonałą autorką, która potrafi wciągać i emocjonować, a przy okazji także przenosić niezwykłość literatury dziecięcej na dorosły grunt. Dlatego też polecam bardzo gorąco, nawet jeśli - mimo wszystko - poziomu "Muminków" "Oszustce" nie udało się osiągnąć.


Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Armagedon - Graham Masterton

PODRÓŻ PRZEZ KONAJĄCĄ AMERYKĘ


Już sam widok nazwiska Mastertona na okładce to gwarant jeśli nie dobrej zabawy (w dorobku angielskiego pisarza bowiem nie brakuje literackich koszmarków), to przynajmniej znakomicie napisanej historii. Jeśli jednak dodać do tego Manitou, wiadomo już, że na czytelników czeka kawał dobrego horroru. Klimatycznego, lekkiego, podanego z humorem, ale i brutalnością, na jaką zasługuje. Od początku istnienia serii zdania na jej temat są podzielone, nie inaczej jest w przypadku tej części, ale ja, jako zwolennik cyklu, znakomicie bawiłem się w trakcie lektury i śmiało mogę polecić "Armagedon" każdemu, komu podobały się poprzednie tomy. Ale przejdźmy do konkretów.


Najpierw kilka słów o samej fabule. Jak się można domyślić, nie jest ona szczególnie odkrywcza i przebiega według tego samego schematu, co dotychczas, ale nie o to przecież chodzi, by wyrywać się konwencji, a doskonale w nią wpasować i Masterton robi to z dobrym skutkiem. Jak zawsze więc Amerykę dosięga jakaś katastrofa, jak zawsze okazuje się też, że za wszystkim stoi żądny zemsty na białym człowieku Misquamacus i jak zawsze do walki z nim stanąć będzie musiał Harry Erskine - oczywiście razem z towarzyszami. Tym razem jednak USA stają się ofiarą plagi ślepoty. Prezydent kraju wsiada na pokład śmigłowca, udając że jest z nim wszystko ok, tak, by nie zauważyli tego ludzie, jednak nic nie jest dobrze - stracił nagle wzrok i nie wiadomo dlaczego. Niestety, tego stanu rzeczy nie da się długo utrzymać w tajemnicy, bo ślepota dopada coraz więcej Amerykanów. Piloci tracą wzrok w trakcie lotów i samoloty spadają z nieba. Nagle oślepli kierowcy rozbijają się na ulicach. Pracownicy nie widząc co robią doprowadzają do tragedii. Stany Zjednoczone stają na krawędzi zagłady. Kto może ocalić świat przed Armagedonem? Oczywiście Harry Erskine i Amelia Crusoe, którzy doskonale wiedzą, że Misquamacus powrócił i jak go powstrzymać. Niestety tym razem czekają na nich kolejne kłopoty. Muszą bowiem nie tylko ruszyć przez upadającą Amerykę, ale także zgłębić sekrety indiańskiej magii...


Chociaż oba tytuły, poza samą wędrówką przez Stany oraz zgłębianiem lokalnej dziwacznej magii, nie mają ze sobą wiele wspólnego, lektura tego tomu cyklu "Manitou" skojarzyła mi się z kultową serią komiksową "Kaznodzieja". To jednak tylko luźne skojarzenie, rzecz bez większego znaczenia, choć też obudziła we mnie pewną sympatię do "Armagedonu". Nie trzeba było jednak aż takich elementów. Mamy tu bowiem do czynienia z powieścią udaną i przy okazji dobrze kontynuującą cykl.


Co prawda całość jest już jednak nieco wtórna i nie wnosi nic nowego do cyklu, a mimo to czyta się znakomicie. Jest tu bowiem wszystko to, za co miłośnicy pokochali "Manitou". A co dokładnie? Oczywiście klimat, szaloną akcję, sympatycznych bohaterów, humor... Skala wydarzeń jest epicka, jak to w poprzednich tomach bywało, i robi duże wrażenie, nawet jeśli wszyscy doskonale to znamy. Do tego całość napisana jest po prostu znakomicie, w sposób lekki, łatwy i szybki w odbiorze, ale literacko udany i przykuwający czytelniczą uwagę.


Tak więc, polecam ten, jak i poprzednie tomy. Seria "Manitou" to solidna porcja znakomitej lektury dla miłośników grozy. Wciąga, dostarcza emocji i po prostu świetnie się czyta. Aż szkoda, że przed nami jeszcze tylko jeden tom.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kuroko's Basket #25 - Fujimaki Tadatoshi

KONIEC OPOWIEŚCI KUROKO


Moment przerwy w „Kuroko’s Basket” trwa. Przeszłość głównego bohatera wreszcie zostaje w pełni wyjaśniona, na jaw wychodzą wszystkie tajemnice, a nowe wątki intrygują. Oczywiście nie brakuje także emocji związanych z kolejnymi meczami, a także humoru i wzruszeń. Gotowi?


Kuroko kontynuuje swoją opowieść o czasach, kiedy chodził do gimnazjum Teikou. Teraz zaczyna wspominać drugi rok nauki i walki na boisku razem z resztą Pokolenia Cudów. Po zwycięstwie w pierwszych zawodach, drużyna Teiku tylko rośnie w siłę. Z czasem przeciwnicy nie tylko przestają stanowić dla nich jakiekolwiek wyzwanie, ale i sami członkowie Pokolenia zaczynają się nudzić. Nie ma bowiem nikogo, kto dostarczyłby im zabawy na dobrym poziomie, wyzwania na boisku już dla nich nie istnieją. Poszczególni zawodnicy przestają ćwiczyć, a przy okazji zmieniają się nie do poznania. Zaczyna się od Akashiego, który staje się kimś zupełnie innymi, niż był. Pozostali także przestają być tacy, jak dotychczas, porzucają wszelką grę zespołową, każdy stara się być najlepszy, nic już nie ma dla nich znaczenia, ale czy da się w ten sposób długo egzystować na parkiecie?


W dwudziestym piątym tomie "Kuroko's Basket" swój finał znajduje wreszcie opowieść głównego bohatera o jego latach gimnazjalnych. Dzięki niej dowiedzieliśmy się już wielu ciekawych rzeczy, m.in. tego jak w ogóle zainteresował się koszykówką czy w jaki sposób odkryto jego talent, teraz czas odpowiedzieć na więcej pytań. Wraz z rozwojem akcji obserwujemy jak z pełnej pasji drużyny Pokolenie Cudów zmienia się w znudzonych i zgorzkniałych graczy, jak Akashi staje się tym, kim jest, a także co takiego wydarzyło się między Kuroko a jego przyjacielem.


O wydarzeniach tych czyta się z zainteresowaniem, ale to już standard dla tej serii, prawda? Nie brak tu humoru, co prawda wypierają go wzruszenia, ale i tak jest obecny na łamach serii - i nie tylko w alternatywnych ujęciach (które w tym tomie praktycznie zniknęły). Na sporą porcję sportowych emocji także nie zabrakło miejsca. Tempo jest szybkie, ale stonowane częstymi rozmowami, a do klimatu znanego z poprzednich tomów dołącza pewna tajemniczo-mroczna nuta w postaci sekretu Akashiego.


Miłośnicy "Kuroko's Basket" będą zachwyceni. A ci, którzy nie znają serii, a lubią sportówki i shouneny, koniecznie powinni poznać ten tytuł. Świetna, znakomicie narysowana męska zabawa gwarantowana.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






środa, 25 lipca 2018

Shiki #6 - Fuyumi Ono, Ryu Fujisaki

NASTROJOWY, SPOKOJNY HORROR


Jaki jest mój ulubiony gatunek mangi? Na pierwszym miejscu ex aequo znalazłyby się shounen i shoujo, co do tego nie mam wątpliwości (choć to pierwszy z nich darzę większym sentymentem), jednak zaraz po nich zdecydowanie musiałbym wymienić horror. Od lat należę bowiem do miłośników mocnych wrażeń, kocham się bać – a właściwie kochałem, bo tylko w bardzo młodym wieku filmy grozy potrafiły mnie jeszcze wystraszyć – i uwielbiam ten klimat, którym podobne dzieła są przepełnione. Nie wszystkie oczywiście mają go w sobie, ale „Shiki” zdecydowanie może pochwalić się świetnym, mrocznym i dusznym nastrojem, jaki panuje na stronach serii.


Natsuni leży chory w domu po ataku Tooru, który teraz co noc przybywa wysysać jego krew. Mężczyzna godzi się na to ze względu na ich przyjaźń, ma też nadzieję, że ten ucieknie z nimi mimo iż stał się wampirem. Niestety plany przerywa kolejna tragedia…

Tymczasem „choroba” żony Ozakiego sprawia, że Seishin kontaktuje się z nim mimo, iż relacje obu się popsuły. Jednocześnie opowiada mu o swoim ojcu, którego dziwne zachowanie zaczyna go niepokoić. Rodzic, mimo ciężkiego stanu, z maniakalnym uporem chce się dostać do swojego przyjaciela. Po co jednak chce to zrobić? Gdy bohaterowie podejmują decyzję by mu to ułatwić, Ozaki zaczyna własne działania odnośnie żony, która staje się obiektem pewnego eksperymentu…


„Shiki” to nie horror, który atakuje nas ze wszystkich stron okrucieństwem, obrzydliwościami i lejącą się hektolitrami krwią. Owszem, autorzy nie unikają pokazywania mocnych scen, ale przede wszystkim opowiadają całość w niespieszny, nawet spokojny sposób. Napięcie narasta tu powoli, klimat zagęszcza się z każdym rozdziałem, a zagrożenie przybliża coraz bardziej, choć w leniwym tempie.


I mi to wszystko bardzo odpowiada. Lubię różne odmiany horrorów, od łagodnych rzeczy, w których nic się prawie nie dzieje, przez typowe straszaki i wszelkiej maści slashery, po najkrwawszych przedstawicieli gore. To, że „Shiki” jest mniej dynamiczne i brutalne w niczym mi nie przeszkadza, bo czytając całość bawię się świetnie. Lubię te postacie, te miejsca i te wydarzenia, i chętnie do nich wracam.


I lubię także tę szatę graficzną. Może trochę dziwną, jeśli chodzi o design postaci – taki anemiczny i jakby przerysowany – ale mroczną, ciekawie oddającą tła (przerobione zdjęcia mają swój urok) i w jakiś sposób dobrze pasującą do całości. Tak więc miłośnicy spokojniejszych, bardziej nastrojowych horrorów będą zadowoleni.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Przeznaczenie błazna - Robin Hobb (czyta: Maciej Więckowski)

ŚWIETNE ZAKOŃCZENIE TRYLOGII


Coś się kończy, coś zaczyna. Wraz z tym tomem do swego kresu dociera trylogia o przygodach Błazna,  ale nie cykl "The Realm of the Elderlings" ani też losy poszczególnych bohaterów. Przed nami wciąż jeszcze wiele wspaniałych opowieści i niezwykłych rzeczy do odkrycia, ale pewien etap naszej wyprawy do magicznego świata dobiega końca właśnie w tym miejscu. I, oczywiście, robi to w znakomity sposób.


Bastard wreszcie ułożył sobie życie i znalazł nieco spokoju. Pod zmienionym nazwiskiem żyje na królewskim dworze, a tylko nieliczni wiedzą cokolwiek na temat tego, kim jest naprawdę. Oczywiście nic nie może być takie łatwe, prawda? Bastard wyrusza więc wkrótce z księciem i jego towarzyszami z misją pozbawienia głowy smoka. Smok co prawda uwięziony jest w lodzie, jednak od powodzenia tej wyprawy może zależeć naprawdę wiele…


"Przeznaczenie Błazna", jak na zwieńczenie trylogii przystało, nie tylko doprowadza do finału wątki z poprzednich dwóch tomów, ale przy okazji robi to w znakomity sposób. Czy jednak można się było czegoś innego spodziewać po autorce pokroju Robin Hobb? Nie przypadkiem należy ona do czołówki współczesnych fantastów, a nawet i niejednego klasyk gatunku bije na głowę.


Co takiego jest w jej twórczości? Fantastyczne wizje pobudzające wyobraźnię, dużo przygód, zwrotów akcji, ciekawi, świetnie nakreśleni bohaterowie, humor, wzruszenia... Długo można by wymieniać. Poza tym jej powieści są naprawdę znakomicie napisane, językiem żywym, pełnym, literacko satysfakcjonującym, a przy okazji lekkim i łatwym w odbiorze. Oczywiście zdarzają jej się dłużyzny, a sam finał tego tomu niektórych czytelników może rozczarować, ale cała trylogia absolutnie warta jest poznania i dostarcza niesamowitych wrażeń.


Co się zaś tyczy wersji audio, podobnie jak to było w przypadku poprzedniego tomu, całość odczytana jest dobrze, wyraźnie i w sposób przyjemny w odbiorze. To co prawda dość rzemieślnicza robota, ale właściwie nie można się tu do niczego przyczepić. Lektor stara się, jak może, łagodzi głos, kiedy odczytuje kwestie kobiecych postaci, moduluje gdy tego potrzeba. Ani chwili nie nudzi, nie traci też czytelniczej uwagi, a powieść, choć to solidnej długości dzieło, słucha się naprawdę szybko – jakkolwiek by to nie brzmiało.


Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Miłośnicy dobrej fantastyki będą zachwyceni i to jest najważniejsze. A wersja audio nadaje się znakomicie do słuchania w podróży, jako praktyczniejsze rozwiązanie niż tysiącstronicowy tom.


Dziękuję Audiotece za udostępnienie adiobooka do recenzji.

The Promised Neverland #4 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

WSZYSTKO SIĘ SYPIE


W czwartym tomie "Promised Neverland" akcja jeszcze bardziej nabiera tempa. Co więcej w końcu pojawiają się także konkretne odpowiedzi - na jakie pytania zdradzać nie zamierzam, jednak miłośnicy serii będą zadowoleni, że w końcu czegoś się dowiadują. Nie znaczy to, że seria traci swoją tajemniczą otoczkę i mroczny klimat. Wszystko jest na swoim miejscu, dlatego każdy komu podobały się poprzednie tomy, z tego będzie także bardzo zadowolony.


Przeżyć – to myśl towarzysząca każdemu z dzieci, które poznało prawdę o losie, jaki czeka na wszystkie sieroty z domu Matki. Ale żeby przeżyć, muszą uciec. Zdawało się, że plan mają dobry, że wszystko przemyśleli i są w stanie uniknąć śmierci, niestety wszystko zaczyna się sypać… Okazuje się, że Norman ma zostać wysłany do demonów, które go zabiją. Reszta najchętniej zaczęłaby działać już teraz, ale nie mogą uciec bez Emmy, a ta nie jest w stanie nic zrobić, bo Matka złamała jej nogę. Dzieci zastanawiają się, co mogą zrobić w takiej sytuacji. Wydaje się, że ich los jest już przesądzony, tym bardziej, że czasu zostało już bardzo niewiele. Co prawda wpadają na kolejny pomysł, ale czy uda im się go zrealizować, zanim będzie za późno?


Dla tych, którzy nie wiedzą jakie jest "Promised Neverland" powiem, że to połączenie lekkiej i sympatyczne opowieści o sierotach odkrywających tajemnice sierocińca i swojej opiekunki, z krwawym i mrocznym horrorem, przepełnionym tajemnicami i zagrożeniem czającym się na bohaterów ze wszystkich stron. Łatwe w odbiorze i bardzo klimatyczne, wciąga od samego początku i dostarcza niesamowitych wrażeń. A jak świetnie się czyta!


Oczywiście jest to seria przede wszystkim dla tych, którzy kochają grozę, jednak nie zawiodą się także fani thrillerów, kryminałów i przygodowych historii. Akcja jest szybka, jej zwrotów nie brakuje, sympatyczni bohaterowie szybko kupują nasze serca, a na dodatek nie brakuje tu także postaci wieloznacznych i bardzo intrygujących. Oczywiście najważniejsze są tutaj tajemnica i akcja, a te stoją na naprawdę wysokim poziomie.


A wszystko to znakomicie zilustrowane. Mroczne, kiedy trzeba, delikatnie i urocze gdy wymaga tego treść. Po prostu super, także pod względem wydania. Miłośnikom mocnych wrażeń polecam gorąco i czekam na kolejne tomy.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







wtorek, 24 lipca 2018

Ex Machina, tom 1 - Brian K. Vaughan, Tony Harris

POLITICAL SUPERHERO


Czy jest jakiś zły komiks, który wyszedł spod ręki Briana K. Vaughana? Podejrzewam, że może istnieć takie dzieło – w końcu wszystko jest przecież możliwe – ale jak dotychczas go nie znalazłem. Znakomity „Y – ostatni z mężczyzn” czy niesamowite „Paper Girls” to tylko dwa spośród licznych rewelacyjnych dzieł, jakie wyszły spod jego ręki. Kolejnym z nich jest natomiast jest „Ex Machina”, odświeżająca skostniały gatunek, jakim jest superhero i dostarczająca naprawdę intrygującej rozrywki z ambicjami.


Poznajcie Mitchella Hundreda, człowieka, który będąc dzieckiem marzył o karierze twórcy komiksów DC, a potem, w wyniku wypadku, został superbohaterem. Pierwszym i jedynym na naszej planecie. Teraz jednak jego kariera na tym polu dobiegła końca. Zmęczony i zniechęcony do działania jako heros, zaczyna starania o zostanie burmistrzem Nowego Jorku. Wygrywa wybory, ale od teraz zaczyna się jego prawdziwa przygoda. Kto wie czy nie większa od tych, które przeżywał jako superbohater…


Chociaż „Ex Machina” jako seria zdobyła tylko jedną nagrodę Eisnera (łącznie zgarnęła sześć nominacji), to jednak m.in. za nią (razem z „Runaways” i „Y”) Brian K. Vaughan został uhonorowany tym wyróżnieniem dla najlepszego scenarzysty. I nie ma się co dziwić, bo to naprawdę rewelacyjna seria. Świeża, dojrzała, świetnie pomyślana i wcale nieoczywista. Schematy superhero Vaughan łączy tu z kryminałem, sensacją i political fiction, nie żałuje nam przy tym zarówno głębszych przemyśleń, jak i konkretnej, szybkiej akcji.


Fabularnie rzecz zadowoli więc zarówno tych, którzy po komiksy sięgają jedynie dla rozrywki, jak również bardziej ambitnych odbiorców. A co z tymi, którzy nie znoszą polityki? Wbrew pozorom także oni znajdą tu coś dla siebie – czego jestem najlepszym przykładem, tej sfery życia unikając jak ognia odkąd tylko wyrobiłem sobie własne poglądy. I za to także cenię „Ex Machinę”, łatwo było bowiem popaść w sztampę na tym polu, na szczęście Vaughan uniknął tego w zręczny sposób, po raz kolejny dając dowód wielkości swego talentu.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, swoją drogą także nagrodzoną Eisnerem, to jest ona czysta, realistyczna i całkiem udana. Ilustracje nie są tu czymś, co powaliłoby mnie na kolana, jednak doceniam ich wykonanie. Rzemieślnicze bardziej, niż artystyczne, ale bardzo udane. Co ciekawe, znaleźć tu można wiele znajomych twarzy, jakby Tom Harris opierał się na prawdziwych osobach – a dokładniej aktorach. W szczególności w kilku pracach rzuca się tu w oczy nieco obsady „Gwiezdnych wojen”, ale czy to ma jakieś znaczenie? Liczy się jakość całości, a ta jest naprawdę wysoka.


Dlatego też gorąco polecam „Ex Machinę” Waszej uwadze. To znakomity komiks dla miłośników tego medium i jedna z ciekawszych nowości na naszym rynku. Warto przyjrzeć mu się bliżej i przekonać jakie jeszcze asy w rękawie chowa Vaughan.






Kajtek i Koko w kosmosie #2: Twierdza tyrana - Janusz Christa


HUMOR I PRZYGODY W KOSMOSIE


Jeżeli miałbym wybrać mój ulubiony polski komiks, komiks, do którego najchętniej wracam i który za każdym razem tak samo mnie zachwyca, bez dwóch zdań byłby to album "Kajtek i Koko w kosmosie". Pamiętam, jak po raz pierwszy przeczytałem go w nastoletniości, kiedy w moje ręce wpadł imponującej grubości tom, zawierający niemal kompletną wersję tej historii. Teraz, po tylu latach, całość powraca w kolorowej - i przy okazji pełnej - edycji, nie tylko budząc we mnie zachwyt i sentyment, ale przy okazji pokazując, co znaczy dobry polski komiks.


Kajtek i Koko to dwaj przyjaciele, których los już nieraz rzucał w wir szalonych przygód. Tym razem jednak czekało na nich największe z wyzwań – zaprzyjaźniony doktor Kosmosik w ramach kolejnego eksperymentu wysłał ich w kosmos. Celem misji był gwiazdozbiór Oriona. Do tej pory w przestrzeni kosmicznej dzielni bohaterowie – a właściwie dzielny bohater i jego tchórzliwy przyjaciel – przeżyli już wiele przygód, jednak przed nimi czekają już kolejne. Obecnie Kajtek i Koko szykują się do zniszczenia złego Zarzury. W tym celu udają się do jego bazy, ale z miejsca wpadają w tarapaty. A to zaledwie początek tego, co na nich czeka…


O historii i publikacji "Kajtka i Koka w kosmosie" pisałem już przy okazji poprzedniego tomu tej edycji, pozwólcie więc, że od razu przejdę do konkretów. Jakie są zatem przygody dwóch dzielnych bohaterów? Jak na klasykę rodzimego komiksu przystało lekkie, proste, zabawne, klimatyczne i pouczające. Tego oczekujemy w końcu od obrazkowych historii przeznaczonych dla czytelników w każdy wieku. Fabuła wciąga, żarty śmieszą, oldschoolowy urok całości autentycznie urzeka, a następujące po sobie nieprzerwanie wydarzenia sprawiają, że czytelnik nie tylko się nie nudzi, ale po prostu pochłania całość jednym tchem.


Co jeszcze warto zauważyć, "Kajtek i Koko w kosmosie" pierwotnie istnieli w formie komiksowych pasków. To sprawia, że każdy z nich, chociaż oczywiście od początku do końca składają się na jedną wielką (i to jak, w końcu album ten wciąż pozostaje najdłuższym polskim komiksem) opowieść, stanowi zamkniętą historyjkę. To samo można powiedzieć o każdej stronie itd. Można więc śmiało sięgnąć po ten tom bez znajomości części pierwszej, tylko po co. Chyba nie znajdzie się nikt, kto po jego lekturze nie chciałby jak najszybciej poznać całości.


Bo „Kajtek i Koko w kosmosie” to kwintesencja tego, co można określić mianem klasyki rodzimego komiksu. Jest tu wszystko to, za co kochamy dzieła Christy i wszelkich innych autorów, z Papciem Chmielem na czele. Największe wrażenie wciąż robi zachwycający popis wyobraźni, ale piękno prostoty i wykonania też nie pozostają bez znaczenia. W końcu kreska, klasyczna jak i treść, cartoonowo doskonała, pełna detali i uzupełniona o z szacunkiem dobrany kolor, z miejsca wpada w oko i pokazuje za co kochamy takie komiksy. Jeśli jeszcze nie znacie tej historii, jak najszybciej nadróbcie ten błąd. Jeśli znacie stare, czarnobiałe wydanie, także zainteresujcie się tą nową edycją, robi wrażenie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Sisters #10: Pełne energii - Christophe Cazenove, William Maury

SISTERS NA WAKACJACH


"Sisters" to seria dla każdego, kto lubi się pośmiać. Byłoby to jednak zbyt duże uogólnienie - i spora krzywda wyrządzona temu tytułowi, gdybym ograniczył go tylko do takiej klasyfikacji. Bo przecież przygody sióstr to jednocześnie wcale nie głupia i pełna easter eggów seria, która oprócz poprawiania humoru, dostarcza rozrywki na naprawdę dobrym poziomie.


Marine i Wendy to dwie siostry, które kochają się tak mocno, jak nienawidzą. Zawsze płatają sobie figle, ale jednocześnie wspierają się i pomagają sobie. I zawsze także pakują się w najróżniejsze tarapaty. Co tym razem na nie czeka? Zaczynają się wakacje i obie rzucają się w wir najróżniejszych metod spędzenia tego wolnego czasu. Spacery, mieszkanie w namiocie, biegi, aquapark… Przez najbliższy czas Marine i Wendy na pewno nie będą się nudziły i udowodnią, że zabawę i kłopoty znaleźć można wszędzie. A przy okazji po raz kolejny pokażą, że ich energia jest niemal niespożyta…


Od początku mojej przygody z "Sisters" porównuję tą serię z kilkoma innymi, klasycznymi już europejskimi komiksami humorystycznymi. Pierwszą z nich jest "Kid Paddle" - ze względu na podobny rodzaj dowcipów, lekkość i fakt, że dziewczyny sporo grają w najróżniejsze gry. Druga zaś to "Titeuf", bo oba tytuły są w gruncie rzeczy dość niegrzeczne (choć oczywiście przygody sióstr są łagodniejsze), dotykają czasem podobnych kwestii, a bohaterowie wpadają na zbliżone w swym szaleństwie pomysły.


Na szczęście "Sisters" ma swój własny charakter. Bohaterki są sympatyczne, uroczo nieznośnie i psotne, ale jednak się kochają i potrafią wspierać. Z ich wzajemnej rywalizacji wynika wiele komicznych sytuacji. Czytelnicy posiadający rodzeństwo będą mogli się z postaciami identyfikować, cała reszta dostanie namiastkę takiego życia. Odbitą co prawda w krzywym zwierciadle, ale jednak.


A wszystko to znakomicie zilustrowane. W sposób dość typowy dla europejskiego komiksu środka, cartoonowy i lekki, ale jednocześnie dużo tu detali i realizmu. Dodatkowo kadry wypełniają także drobiazgi stanowiące puszczenie oka do czytelników. Tymi drobiazgami najczęściej są gościnne udziały gwiazd komiksu, ale nie tylko - wyłapywanie ich jednak pozostawiam Wam. Warto się za nimi rozejrzeć, tak jak i warto poznać "Sisters". Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.