poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Neurokomiks - Hana Roš, Matteo Farinella

W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI


Ileż to już było opowieści o wyprawie w głąb ludzkiej głowy, umysłu etc.? Czy jeszcze jest szansa, że autorzy powiedzą w temacie coś oryginalnego? Albo chociaż ciekawego? O oryginalność może być trudno, jednak jak pokazuje „Neurokomiks” wciąż coś jeszcze można wykrzesać z tematu. I to coś naprawdę udanego, bo nawet jeśli nie jest to wybitne dzieło (za to jest bardzo dobre, nie martwcie się), powieść graficzna duetu doktorów, Hany Roš i Matteo Farinelli, warta jest poznania i przekonania się, co kryje się pod kośćmi naszej czaszki.


Główny bohater tego komiksu trafia do ludzkiej głowy. Przyciągnięty przez dziwną siłę, najpierw wrzucony do książki a potem przez oczy wchłonięty do mózgu, zaczyna swoja niezwykłą przygodę. W ten oto sposób trafia do lasu neuronów, zostaje zamknięty we wnętrzu komórki, przekonuje się jak wygląda od środka synapsa i natrafia na gigantyczne ośmiornice. A wszystko to w towarzystwie pionierów neurologii, których spotyka na swej drodze.


Chyba nie ma czytelnika komiksów, który nie znałby opowieści graficznych spod szyldu bawiąc uczy, ucząc bawi. To w końcu dzieła bardzo popularne, także w naszym kraju, gdzie legenda „Tytusa, Roma i A’Tomka” pozostaje wiecznie żywa. A „Neurokomiks” to tytuł takiego właśnie typu, przygodowy, rozrywkowy, pełen niezwykłości i fantazji, ale przede wszystkim skupiony na przekazaniu konkretnej wiedzy – w tym akurat przypadku jest to wiedza z dziedziny neurologii, jak mówi sam tytuł. Istotne jest jednak to, w jaki sposób to robi.


A twórcy „Nerokomiksu” robią to w sposób, którego nie da się nie docenić. Ich powieść graficzna to intrygująca historia fantasy, gdzie wraz z bohaterem wędrujemy przez niezwykłe miejsca, przeżywamy szalone przygody i odkrywamy jak niezwykłe jest to, co kryje się w naszym ciele. Pod pewnymi względami album przypomina mi serial „Był sobie człowiek”, z tym, że tu ciekawostki biologiczno-medyczne zostały osadzone w realiach bliższych fantastyce, niż dziecięcej cartoonowości tamtego serialu. Do tego nie brak tu historycznych faktów i spotkań z postaciami ważnymi dla neurologii.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, w wykonaniu Matteo Farinelli – doktora, ale i ilustratora publikacji naukowych - „Neurokomiks” jest rzeczą dość typową dla współczesnych komiksów niemainstreamowych. Czarnobiałe ilustracje, brak przywiązania do zbytniego realizmu, perspektywy czy proporcji, prostota… Ale to wpada w oko i dobrze pasuje do tej historii, gdzie neurony wyglądają jak drzewa, a postacie wydają się na równi dwu- co trójwymiarowe. Dodajcie do tego dobre wydanie w dobrej cenie i dostaniecie ciekawy komiks, po który warto sięgnąć. Marginesy na rynek opowiecie graficznych wkraczają w ciekawym stylu, serwując nam dobre, nieoczywiste tytuły i jestem ciekaw, co będzie dalej.


Dziękuję wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




niedziela, 28 kwietnia 2019

Kwiaty dla Algernona - Daniel Keyes

CZY WARTO BYĆ MĄDRYM



Wydawnictwo Rebis wystartowało właśnie nową serię pod wiele mówiącym tytułem „Wehikuł czasu”.  Jej zamysł jest prosty, ale gody pochwały: wznowienie klasycznych, wielkich powieści literatury fantastycznej pisanych przez gigantów gatunku. Zbyt piękne by mogło być prawdziwe? Nie. Potwierdza to już powieść, która idzie na pierwszy ogień, znakomite „Kwiaty dla Algernona”, która mimo upływu sześćdziesięciu lat od jej powstania wciąż robi wielkie wrażenie, porusza, fascynuje i skłania do zastanowienia.


Charlie Gordon ma trzydzieści dwa lata i iloraz inteligencji na poziomie 68 punktów. Pracuje w piekarni, nie robi zbyt skomplikowanych rzeczy, ale chciałby zmądrzeć. Kiedy więc naukowcy, którzy zdołali zwiększyć inteligencję szczura Algernona, zamierzają przeprowadzić swoje eksperymenty na człowieku, dla Charliego pojawia się okazja spełnienia marzeń. Pytanie jednak do czego wszystko to doprowadzi…


Po raz pierwszy z tą opowieścią zatknąłem się lata temu w formie opowiadania, które pojawiło się w legendarnej antologii „Droga do science fiction”. Wtedy zrobiło spore wrażenie i robi nadal, nawet jeśli już nie zaskakuje. Bo powieściowa wersja, solidnie rozwinięta i rozbudowana, pokazuje pełnię potencjału tej historii i daje więcej czasu do wgryzienia się w nią i zastanowienia nad tym, co Keyes nam serwuje. A zastanawiać się jest nad czym, tym bardziej rozpatrując całość na tle osobistych przeżyć, które doprowadziły do napisania „Kwiatów dla Algernona”.


Fabuła w Keyesie dojrzewała przez czternaście lat. Zaczęło się od kłótni z rodzicami o wybór przyszłej kariery – chłopak chciał być pisarzem, jak się domyślacie, rodzice mieli inne plany. Myśli o porzuceni edukacji doprowadziły go do rozważań nad możliwościami zwiększenia ludzkiej inteligencji. Kiedy lata potem, samemu będąc już nauczycielem uczniów specjalnej troski, widział starania pewnego chłopaka by trafić do normalnej klasy, a także potworny regres innego ze swych podopiecznych, który po przerwie w nauce znów nie potrafił czytać, wiedział już co powinien napisać. I tak zrodziła się ta przepełniona osobistymi wątkami i zaludniona postaciami z jego życia powieść.


I jest to powieść poruszająca. Mocna. Znaczna część jej siły wynika z realizmu ukazanej fantastyki, przyziemności problemów z jakimi stykają się bohaterowie i przekonującego ukazania poszczególnych aspektów całości. Bo „Kwiaty” to przede wszystkim dobra książka obyczajowa, dramat człowieka upośledzonego ukazany z jego perspektywy, a więc i podany specyficznym stylem, ewoluującym wraz z bohaterem. Czasem może i czyta się to trudno, ale całość pochłania się szybko, z emocjami i autentycznym zaangażowaniem.


W skrócie: kawał świetnej, mądrej, znakomicie napisanej fantastyki. Bardzo atrakcyjnie przy tym wydanej (sztywna okładka typu integral pasuje mi bardziej, niż stricte twarda oprawa), ładnie prezentuje się na półce. Warto. Pod każdym względem.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Amelia i Kuba: Mi się podoba - Rafał Kosik

M(N)I(E) SIĘ PODOBAŁO


„Amelia i Kuba”, opowieść, która wydawała się jedynie chwilową odskocznią od przygód Felixa, Neta i Niki, szybko wyrosła na samodzielną serię, przenoszącą co prawda schematy „FNiN” na dziecięcy grunt, ale posiadającą własny charakter. Całość zadebiutowała ledwie pięć lat temu, a na rynku dostępnych jest już siedem tomów. Najnowszy z nich, „Mi się podoba”, ujrzał właśnie światło dzienne i cóż można rzec, jak nie to, że powieść trzyma znakomity poziom poprzedników.


Ileż to już historii zaczęło się od niewinnego zbłąkanego psa? Nie sposób tego wymieniać. Teraz nadszedł czas by Kuba i Amelia dołożyli do nich swoje trzy grosze. Mi cichłaby mieć psa, ale niestety jest uczulona na sierść tych zwierząt. Kiedy więc w jej życiu pojawia się niemal łysy, trójnogi psiak, wraz z nim rodzi się nadzieja na spełnienie marzeń. Jednak ani ona, ani Kuba i Amelia nie wiedzą jeszcze jak niezwykłe rzeczy wydarzą się w ich życiu właśnie przez zwierzę!


Amelia i Kuba to nie tylko młodsze rodzeństwo – oczywiście ideologiczne, nie dosłowne, żeby nie było – Felixa, Neta i Niki, ale też i swoisty spin-off „FNiN”. Kto uważnie przeczyta serię, z pewnością znajdzie niejeden znajomy element, ale to już do odkrycia pozostawiam czytelnikom. Na odbiór całości nie ma to najmniejszego wpływu – ot stanowi miłe, acz niezobowiązujące puszczenie oka do fanów „FNiN” – bo „AiK” to samodzielny cykl. Dla dzieci, ale tak dobrze napisany i pomyślany, że zarówno młodzież, jak i dorośli miłośnicy prozy Kosika będą z całości zadowoleni.


Bo chociaż książka jest prosta pod względem języka i stylu i skomplikowanych treści także w sobie nie zawiera, Kosik to Kosik i wszystko buduje na logicznych, prawdopodobnych i przekonujących pomysłach. To, co spotyka bohaterów, jak dziwne i niezwykłe by nie było, zawsze ma konkretne umotywowanie. Czy to w ramach dostępnej nam wiedzy, czy też fantastycznej techniki, wyjaśnienie zawsze jest osadzone mocno w gruncie, po którym twardo stąpamy wraz z autorem.


Ale wszystko to jest jakże lekkie, przyjemne i zabawne. Ciekawe, sympatyczne postacie – wyraziste, choć o prostej psychologii – z miejsca zjednują sobie czytelnika, a przygody, które przeżywają, angażują i sprawiają, że całość pochłania się dosłownie na raz. Bo trzeba oddać, że Kosik, nawet w tak nieskomplikowanych książkach potrafi tworzyć opowieści dalekie od infantylności i nieobrażające inteligencji czytelnika w różnym wieku. Jednocześnie nie zapomina o dorzuceniu do tego wszystkiego sporej dozy satyry, a całość podlewa solidną dawką świetnego klimatu pomieszanego z urokiem. Niejedna wzruszająca scena – przynajmniej dla tych, którzy takim scenom ulegają – też się znajdzie.


A wszystko to w niepozornej książeczce, ładnie wydanej, uroczo zilustrowanej i przykuwającej z miejsca wzrok. Można ją czytać samodzielnie, więc jeśli nie znacie poprzednich tomów, śmiało możecie sięgnąć po ten. Ale na nim się nie skończy, bo „Amelia i Kuba”, podobnie jak „Felix, Net i Nika wciąga i uzależnia. Ja ze swej strony polecam i na koniec powiedzieć mogę jedno: m(n)i(e) się podobało (i czekam na więcej).


Dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Gdy zapłaczą cykady #9: Księga wielkiej rzezi, cz. 1 - Ryukishi07, Hinase Momoyama

DZIEŃ CYKADY


W tym tomie zaczyna się nowy segment opowieści ze świata „Cykad”. Bohaterowie w pewnym sensie znów wracają do punktu wyjścia, ale tym razem jest inaczej. Tak samo, jak dziejące się wydarzenia przybierają nieoczekiwany obrót, tak też i cała opowieść w końcu zbiega się w jednym punkcie, gdzie pytania zderzone zostają z odpowiedziami. Czym jest klątwa czcigodnego Oyashiro? Co takiego dzieje się w Hinamizawie? Wszystko powoli zaczyna wychodzić na jaw i układać się w jedną, wielką całość. Na dodatek bardzo zaskakującą, bo postacie do tej pory epizodyczne, nagle zyskują na znaczeniu, a na naszych oczach „Gdy zapłaczą cykady” zaczyna nabierać w końcu prawdziwego sensu.


Niby coś się zmieniło, niby coś udało się osiągnąć, ale Rika znów została zamordowana. Wyrwana ze swojego życia, znajdując się gdzieś poza światami, odkrywa, że od przeszło stu lat skazana jest na ciągłe powtarzanie tych ostatnich dni swojego życia w Hinamizawie. Mimo usilnych starań i najróżniejszych wariantów wydarzeń, nic nie zdołała zmienić, a na dodatek nigdy nie udało jej się odkryć kto i dlaczego pozbawia ją życia. Teraz, pamiętając o wszystkim, z pomocą siły ducha Hanyuu, który cały czas jej towarzyszy, powraca po raz kolejny – być może ostatni – by spróbować pokonać przeznaczenie i odkryć to, co do tej pory było przed nią zasłonięte. Kiedy jednak wszystko znów układa się nie po jej myśli, dziewczyna poddaje się i czeka na koniec. Ale wtedy pojawia się nadzieja. Coś jest inaczej, a Keiichi, choć nie pamięta swojej poprzedniej egzystencji, postanawia pomóc jej przeciwstawić się losowi. Wszystko zaczyna zmierzać do szczęśliwego finału, pojawia się coraz więcej odpowiedzi, ale to wciąż zaledwie początek. Gdy bohaterowie coraz bardziej angażują się w walkę ze z góry zaplanowaną przyszłością, na ich drodze staje coraz więcej przeszkód, których mogą nie być w stanie pokonać…


Kolejna część „Księgi odpowiedzi” to kawał świetnego, zaskakującego komiksu. Nawet jeśli niektóre wątki (choćby z jednoczeniem się pod sam koniec) wydają się naciągane, jako całość opowieść ta robi duże wrażenie i wywołuje mnóstwo emocji. Klimat, akcja, zaskoczenia… Wymieniać można by długo. Liczy się, że w końcu dostajemy konkretne odpowiedzi i to na niejedno pytanie. Klątwa czcigodnego Oyashiro, nawet jeśli nie jest wyjaśniona w stu procentach, staje się dość jasna. Sensu nabierają różne wersje wydarzeń – choć to w znacznym stopniu opowiedziane zostało już w poprzednim tomie. Dowiadujemy się też czyje kroki słychać było w świątyni rytualnych narzędzi.


Poza tym scenarzysta przygotował dla nas kilka zaskoczeń, do akcji wprowadzając postacie, które wcześniej wydawały się bez znaczenia. Do tego okazuje się, że nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o ich prawdziwej roli. A wszystko to wciśnięte w ramy opowieści, która mocno kojarzy się z kultowym filmem „Dzień świstaka”. Komu podobały się poprzednie tomy, ten pochłonie z wypiekami na twarzy. Bo to kawał świetnej, znakomicie narysowanej rozrywki, którą czyta się z dużą przyjemnością. Niezmiennie więc polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









sobota, 27 kwietnia 2019

Supercepcja: Początek - Katarzyna Gacek

SUPERMŁODZI


Literatura młodzieżowa to bardzo rozległa kategoria, w skład której wchodzą najróżniejsze gatunki, od oczywistych historii przygodowych, przez obyczajowe dramaty i romanse, na najprawdziwszych horrorach skończywszy. „Supercepcja” to połączenie typowego dzieła traktującego o szkole i przygodach z komiksowym motywem niezwykłych mocy. Z tego połączenia, które jakże często niestety szwankuje, w tym wypadku wyszła naprawdę sympatyczna opowieść, którą czyta się lekko, szybko i przyjemnie.


Troje uczniów. Trzy szkoły. Trzy niezwykłe moce.

Do szkoły numer 1 w podwarszawski Ostrówku chodzi Julka Marzec, dziewczyna, którą wszyscy mają za dziwaczkę. Krótkowłosa, trzymająca się na uboczu nastolatka nigdy nie rozstaje się z rękawiczkami, nie ważne, jak gorąco jest na dworze. Tymczasem w prywatnej szkole w centrum stolicy uczy się Klara, która też niezależnie od warunków klimatycznych i pory roku nie rozstaje się z częścią garderoby: w jej przypadku są to jednak nauszniki. Nauczyciele chętnie by jej zabronili ich noszenia, jednak zaświadczenie lekarza o nadsłyszeniu wymagającym takiego traktowania, nic nie mogą zrobić. A dziewczyna słyszy wiele – czasem aż za dużo… I jest jeszcze Tymon, chłopak z ursynowskiej szkoły, który posiada smak absolutny. O sobie nawzajem nie wiedzą nic – także o tym, że istnieją. Przynajmniej do chwili, kiedy przypadkiem spotykają się i odkrywają, jak wiele ich łączy. Wkrótce też połączy ich wspólna misja, bo gdy Julka zacznie mieć problemy, wszyscy połączą siły by pomóc jej poradzić sobie z nimi. A może nie być łatwo…


Po opisie nie spodziewałem się, że to będzie aż tak udana powieść. Jej opis nie brzmiał źle, ale mógł za to stać się motywem nośnym nijakiej opowieści. Na szczęście Katarzynie Gacek udało się napisać naprawdę dobrą lekturę dla młodzieży. Coś prostego, łagodnego, ale wyrazistego. Pod wieloma względami „Supercepcja” przypomina mi jakże popularną i udaną serię „Felix, Net i Nika” Rafała Kosika, ale ma też swój własny charakter. Ten wynika głównie z zaprzęgnięcia do całości bardziej komiksowych motywów, jednocześnie jednak zostały one użyte z głową, stając się bardziej dodatkiem do realistycznej, przemawiającej do młodzieży treści, niż czymś dominującym.


Młodzież zresztą odnajdzie się nie tylko w szkolnym życiu i codziennych problemach bohaterów, ale też i mogą się identyfikować z postaciami. Postaciami zwyczajnymi mimo wyróżniających je mocy, wyraziście skrojonymi i przy okazji bardzo sympatycznymi. Wszystko to spaja całkiem udana, szybka, ale nie przesadnie pędząca przed siebie akcja, osadzona w swojskich realiach i uzupełniona o porcję humoru. Jeśli zaś chodzi o styl, „Supercepja” napisana została prosto – ale nie prostacko – lekko i przyjemnie, więc powieść praktycznie się pochłania.


Kto lubi dobre, młodzieżowe książki z nutą fantastyki, na pewno się nie zawiedzie. Dzieło Gacek to udany reprezentant swojego gatunku i przy okazji lektura warta polecenia na zbliżające się wakacje. Na deszczowy dzień czy chwilę odpoczynku będzie jak znalazł.


Fragment powieści możecie przeczytać tu: https://supercepcja.pl/wp-content/uploads/2019/03/Gacek_Supercepcja_fragment_www.pdf


Dziękuję wydawnictwu Znak za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 26 kwietnia 2019

Strrraszna historia: Krwawi władcy i wredne królowe - Terry Deary, Martin Brown

KRWAWO, WREDNIE I Z HUMOREM


Niniejszy tom „Strrrasznej historii” jest uważany za jeden z najbardziej kontrowersyjnych w serii. Nie z powodu tytułu (ale trzeba przyznać, że „Krwawi władcy i wredne królowe” nie brzmi jak lektura dla najmłodszych), ani też zawartości, która nie różni się od zawartości innych tomów serii. Czym zatem? Z jakże prozaicznego powodu: wszystko przez żarty z księcia Karola i królowej Elżbiety II. Bywa. Wszystko inne jednak, każda z tych rzeczy, za której czytelnicy pokochali „Strrraszną historię” jest tu na swoim miejscu i na wszystkich miłośników serii czeka jak zwykle świetna, ucząca niejednego zabawa, którą pochłania się jednym tchem.


Ale najpierw kilka słów o zawartości. Co znajdziemy w tej części oprócz żartów z koronowanych głów Wielkiej Brytanii? Przede wszystkim dużo intrygujących faktów na ich temat, bo właśnie angielscy władcy są tematyką niniejszej części. A skoro władcy, to i oczywiście spiski, krwawe zamachy, próby przejęcia władzy, swoista gra o tron i wstydliwe sekrety, których nie brak na żadnym przecież dworze. Bo czyż król umierający po spadnięciu z sedesu nie jest jednym z nich? Ale królowie i królowe nie ginęli tylko w zabawny sposób. Ich codzienność była krwawa, a wśród nich nigdy nie brakowało wrednych typów. Jakie wstydliwe sekrety skrywał Jakub I? Którzy królowie potrafili czytać, a którzy nie? I który władca był tak silny, by wskoczyć na konia w pełnej zbroi?


„Strrraszna historia” to nie jedna seria książek. To zbiór różnych serii pisanych głównie przez Deary’ego, na które składają się tzw. książki oryginalne, specjalne i mnóstwo najróżniejszych innych publikacji, w tym pisanych przez autorów z całego świata (te skupiają się np. na dziejach konkretnych miejsc czy w całości składają się z komiksowych pasków). „Krwawi władcy i wredne królowe” to tom reprezentujący wspomnianą serię specjalną, która skupi się na konkretnych grupach ludzi (inny z jej tomów to „Groźni rycerze w ponurych zamczyskach”), wydarzeniach (tom o rewolucji) czy krajach.


Tyle w kwestii podziału całości. Można różnie podchodzić do kolejnych tomów, ale niezmienne pozostaje to, jak świetną stanowią rozrywkę. Dzieci chcą poznawać historię w sposób, w jaki jest im serwowana w tych publikacjach. Nie chcą suchych faktów, patosu i wmawiania nam, że nasi przodkowie – przynajmniej ci, którzy zostali zapamiętani jako dobrzy – byli nieskazitelni, bohaterscy i pod każdym względem godni naśladowania. Chcą rzeczy, o których nie powie się im w szkołach. Chcą by było śmiesznie, strasznie i ciekawie. Może odrobinę makabrycznie, może z czarnym humorem i bez zbędnej poprawności politycznej, bo tak jest najlepiej.


I dokładnie to otrzymują w tej serii. Serii, która potrafi wywołać masę emocji i zaraz rozładować je dowcipem. Lekko i przyjemnie napisanej i świetnie zilustrowanej, z udanymi komiksowymi wstawkami. Kto szuka dobrej lektury dla najmłodszych, która zachęci ich do poznawania historii, powinien zainteresować się „Strrraszną historią”. Jest tego warta.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarz do recenzji.




Strrraszna historia: Ci odjazdowi jaskiniowcy - Terry Deary, Martin Brown

STRRRASZNE POCZĄTKI


Kolejny tom „Strrrasznej historii:, któremu postanowiłem się przyjrzeć, poświęcony został ludziom pierwotnym. „Ci odjazdowi jaskiniowcy”, bo tak został zatytułowany, to najdawniej dziejąca się część ze wszystkich, bo zabierająca nas do samych początków ludzkości. Czy to właściwie coś zmienia? Nie, bo zabawa jak zwykle jest znakomita, wciągająca, poprawiająca humor, wzbogacająca wiedzę nie tylko najmłodszych odbiorców i przy okazji odrobinę niegrzeczna.


A zatem usiądźcie wygodnie i pozwólcie autorom zabrać się do Epoki Kamienia Łupanego, szalonego okresu, kiedy to ludzie biegali w skórach, polowali na dzikie zwierzęta kawałkiem zaostrzonego kamienia przytroczonego do patyka i próbowali wykrzesać ogień oraz wymyślić koło. Tak przynajmniej utrwalił się nam ich obraz, ale czy rzeczywiście wszystko wyglądało w ten sposób? Pora się o tym przekonać i dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Zastanawialiście się kiedyś, jak jaskiniowcy radzili sobie bez papieru toaletowego? Na pewno też Stonehenge nie raz nawiedzało Waszą wyobraźnię, ale daliście się porwać jego tajemnicom, zamiast odkryć prawdę o jego przeznaczeniu i powstaniu. Pora to zmienić, poznać fakty o naszych przodkach, zobaczyć pierwsze trepanacje czaszki, dowiedzieć się, jak nazywał się pierwszy człowiek, jak wyglądały ich pierwsze mieszkania i przekonać się, jak fascynujące żywota wiedli…


Ten tom „Strrrasznej historii” dla mnie osobiście jest najmniej zaskakujący ze wszystkich dotąd odświeżonych polskim czytelnikom. Co to właściwie oznacza? Że zdecydowana większość zawartej tu wiedzy i ciekawostek jest mi doskonale znana, a zazwyczaj z kolejnych tomów serii dowiadywałem się czegoś nowego. Nie traktujcie tego jednak jako minusa, bo to w końcu publikacje dla młodych czytelników i oni przede wszystkim mają uczyć się tu poprzez zabawę, a cel ten na pewno zostanie zrealizowany.


Ale skoro mowa o zabawie, to ta, jak zwykle jest przednia. Czytając „Strrraszną historię” nie da się nie wybuchać śmiechem ani nie reagować zdumieniem na niektóre fakty. Przede wszystkim jednak nie da się w to wszystko nie wciągnąć, bo całość jest nie tylko ciekawa i intrygująca (do tego stopnia, że niejeden czytelnik mając ochotę na więcej, zgłębi ciekawostki historyczne na własną rękę), ale też i świetnie, lekko i przyjemnie napisana.


Dodatkowo każdy tom został bardzo przyjemnie zilustrowany i uzupełniony o komiksowe wstawki. Jest więc też mile dla oka, bo szata graficzna kojarzy się z klasyką cartoonowych historii obrazkowych, a całość zyskała też naprawdę znakomite wydanie. Dlatego polecam „Strrraszną historię” z czystym sercem. To dobra, zabawna i wartościowa lektura dla czytelników w różnym wieku. Sympatyczna i pozwalająca dzieciom poczuć się dorośle, dzięki lekko niegrzecznej, delikatnie ocierającej się o krwawe fakty nuty.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



czwartek, 25 kwietnia 2019

Strrraszna historia: Ci okrutni Rzymianie - Terry Deary, Martin Brown

STRASZNI RZYMIANIE PO RAZ DRUGI


Wydawnictwo Egmont powraca ze wznowieniem czterech kolejnych tomów „Strrrasznej Historii”. Ja dziś skupiam się na pierwszym z nich, „Tych okrutnych Rzymianach”. Jeżeli czytaliście którąkolwiek z książek tej serii, doskonale wiecie czego się spodziewać. Dla niewtajemniczonych dodam jednak, że to po prostu sympatyczne, lekkie, pełne humoru i odrobinę makabrycznych ciekawostek publikacje, które czytelnikom w każdym wieku w intrygujący sposób przekażą wiedzę o tym, co było.


Starożytni Rzymianie, któż z nas o nich nie słyszał? Wojny, igrzyska, cesarzowie, Asteriks i… Nie, to ostatnie to jednak nienajlepszy przykład, choć z drugiej strony każdy, kto dobrze bawił się na przygodach dzielnych Galów, także i czytając tę książkę będzie zadowolony z lektury. Ale zaraz, zaraz, czy ja już tego nie pisałem? Owszem, ale teraz nadszedł czas na drugi tom poświęcony tej tematyce.


Ostatnio autor przybliżył nam najróżniejsze fakty, od niewiernych rzymskich żon, przez ciekawostki o tapirowaniu włosów przez Brytów, po wyjaśnienie czym było vomitorium. Teraz nadszedł czas bliżej przyjrzeć się temu, co działo się na arenie Koloseum. Walkom zwierząt i ludzi. A skoro o zwierzętach mowa: czy wiecie dlaczego krowa na dachu przynosi pecha? Jednocześnie twórca zabiera nas w podróż po tajnikach władzy starożytnego Rzymu i legendach typu wszystkim znanej historii o Romulusie i Remusie…


„Ci okrutni Rzymianie” pierwotnie ukazała się w roku 2003, dokładnie dziewięć lat po ukazaniu się pierwszego tomu serii poświęconego tej tematyce. Jeśli jednak myślicie, że czeka Was powtórka z rozrywki… To cóż, macie w pewnym sensie rację, ale są rozrywki, na powtórki których z ochotą się czeka i to jedna z takich właśnie rzeczy. Świetnie napisana, bawiąca, ucząca, ciekawa… I wcale nie tylko dla dzieci.


Na pewno znajdą się i tacy, którzy powiedzą, że w szczególności dzieci – a przynajmniej najmłodsi możliwi odbiorcy – nie powinni sięgać po „Strrraszną historię”, bo nie brak tu wzmianek krwawych czy w pewnym stopniu okrutnych. Seria zresztą nieraz wywoływała kontrowersje, ale pamiętajmy o tym, że przecież przedstawia fakty. Poza tym Terry Deary wszystko to prezentuje w sposób lekki, zabawny, bardzo przyjemny i unika epatowania przemocą. Rzuci czasem fakt, który doda pikanterii całości, ale przecież dzieci to uwielbiają. Dzięki temu mogą się poczuć doroślej, a całość staje się atrakcyjniejsza.


Do tego nie można zapomnieć, że „Strrraszna Historia” jest uroczo zilustrowana. Każda grafika to albo humoreska, albo krótki zabawny komiks, a które dziecko nie lubi komiksów i rysunkowych żartów? Dzięki temu serię nie tylko mile się czyta, ale i przyjemnie ogląda. A po lekturze wiedza tak szybko nie wypada z głowy.



Dlatego jak zawsze polecam gorąco ten, jak i wszystkie pozostałe tomy. To dobra, wartościowa rozrywka. Może nie dla najmłodszych, ale  też i nie dla dorosłych, choć każdy znajdzie tu coś dla siebie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Marvel. Superbohaterki: 65 kobiet, które zmieniły losy wszechświata - Lorraine Cink, Alice X. Zhang

MARVELKI


Na początku istnienia wydawnictwa Marvel, kobiety były raczej ładnym dodatkiem do głównych bohaterów. Ten stan rzeczy na dobre jednak zmienił się w latach 70., kiedy to wydawca zaczął wprowadzać do komiksów coraz więcej przedstawicielek płci pięknej, często po prostu serwując nam kobiece wersje doskonale znajomych herosów (Spider-Woman, She-Hulk etc.). Teraz heroiny komiksowe zajmują znaczną część rynku i podbijają także kinowe ekrany – niedawno mogliśmy obejrzeć film „Kapitan Marvel” a producenci już zapowiadają choćby solowy obraz z Czarną Wdową. A w nasze ręce, za sprawą premiery przygód Kapitan Marvel właśnie, trafia ciekawa pozycja. „Marvel. Superbohaterki”, bo o niej mowa, to książka przybliżająca nam sylwetki i losy najważniejszych kobiet tego uniwersum. A wszystko to w przystępnej i bardzo ładnie zilustrowanej formie.


O fabule tej publikacji powiedzieć się nic nie da, bo takowa nie istnieje. Jeśli są tu jakieś motywy, które można by za takowe uznać, to są to streszczenia poszczególnych przygód bohaterek, więc trudno byłoby jeszcze jakoś je skrótowo prezentować. Skupmy się więc na zawartości. A co konkretnie czeka na Was na stronach tego albumu? A właściwie kto? Sześćdziesiąt pięć kobiecych postaci, nie tylko superbohaterek, które są istotne dla uniwersum Marvela. Zaczynając od prawdziwych, władających supermocami heroin, jak Kapitan Marvel, She-Hulk czy Spider-Gwen, przez te po prostu znakomicie wyszkolone, pokroju Czarnej Wdowy czy straży Dora Milaje, po te, które ważne są dla bohaterów, nawet jeśli najczęściej nie uczestniczą w walkach: ciocia May czy Mary Jane Watson. Chcecie bliżej poznać nieznaną w Polsce Gwenpool? Odkryć kim jest Maureen Green?  A może przekonać się, co kryje przeszłość Spider-Woman?


Zatem zanurzcie się w lekturze. To wszystko czeka tu na Was, najczęściej rozpisane w sposób dość szczegółowy i rozbudowany, ale jednocześnie lekki, prosty i łatwy w odbiorze. Rzecz w końcu dedykowana jest młodszym czytelnikom, choć i niejeden dorosły fan Marvela znajdzie tu coś dla siebie. W końcu w naszym kraju komiksy amerykańskie nie są wydawane chronologicznie od początków ich publikacji. Dlatego też czytelnicy nie znają wielu wydarzeń i faktów, które są istotne dla postaci i fabuł i echem wciąż pobrzmiewają w seriach. Podobne opracowania stają się więc przydatnym źródłem wiedzy także dla starszych miłośników.


Ale dla młodszych to też ciekawe uzupełnienie bądź też wstęp do świata Marvela. Tym bardziej, że całość pełna jest humoru (autorka książkę „napisała wspólnie” z Gwenpool, której dopiski nieraz zdobią tekst czy marginesy), swoistej nonszalancji i pięknych ilustracji. Te nie dominują nad tekstem, a jedynie go uzupełniają, co stanowi dodatkowy plus, a jako całość, przygotowana z iście encyklopedycznym zacięciem i zamknięta w twardej oprawie, publikacja ta to rzecz godna polecenia nie tylko młodym fanom komiksów. I jednocześnie to dobre uzupełnienie kilku podobnych tytułów, wydanych już na naszym rynku.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt #3 - Yu Aikawa, Haruno Atori

SIEDMIU KSIĄŻĄT I SERYJNY MORDERCA


Już w poprzednim tomie akcja „Siedmiu książąt i tysiącletniego labiryntu” weszła w iście kluczową fazę, gdzie pewien ważny – choć oczywisty od samego początku – wątek został w końcu wyjaśniony. Teraz owa kluczowa faza jeszcze bardziej nabiera tempa i wyraźnie przybliża nas do końca. Ale nie ma znaczenia, że wiemy już tak wiele rzeczy i mało zostało do dopowiedzenia, bo zabawa nadal jest udana i całość czyta się naprawdę przyjemnie – i szybko.


Tysiącletni labirynt stał się areną nieoczekiwanych zdarzeń, kiedy prawda o pochodzeniu Yuana wyszła na jaw, a Gideon postanowił go zabić. Ich walkę przerwał powrót Lawrance’a, który przesądził o wszystkim. To jednak najmniejsze z zaskoczeń, z jakimi muszą zmierzyć się kandydaci na przyszłego cesarza. Lawrance znalazł bowiem fragment listy zawierającej nazwiska wszystkich kandydatów i okazuje się, że jest na niej niejaki Othello Blackmore, o którym nic im nie wiadomo. Czyżby to on był mordercą, który pozbywa się swoich konkurentów? A może za jego obecnością tu kryje się większa tajemnica? To tylko dwa spośród wielu pytań, jakie nękają. Bo lista wspomina, że kandydatów jest ośmiu, jednak jeśli policzyć wszystkich, okazuje się być ich dziewięciu. Czyżby wśród nich krył się ktoś, kto nie jest tym, za kogo go biorą? Jeszcze dziwniej jednak robi się, gdy w ich ręce wpada druga część listy…


Przedostatni tom „Labiryntu” zagęszcza akcję, przyspiesza nieco tempo i choć serwuje nam kilka nowych pytań, nie zostawia jednocześnie miejsca na niedomówienia. Historia duetu Atori / Aikawa to szybko poprowadzona, nieźle napisana i tak samo wykonana opowieść, której bliżej jest do scenariusza gry komputerowej, niż typowej mangi fantasy. Pierwsze dwa tomy to było rozwiązywanie kolejnych zagadek i ucieczka przez coraz bardziej pogrążającą się w wodzie budowlę. W tym do głosu dochodzi wątek mordercy, który dotąd pozostawał raczej na dalszym planie. Trzeba więc rozwiązać kolejne zagadki i zmierzyć się ze swoistym bossem tego poziomu. Bossów tu zresztą nie brakuje, podobnie jak wyzwań i zadań.


Ale są też zagadki, udany klimat, nieźle skrojeni bohaterowie i lekkość, która sprawia, że całość czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Na plus należy zaliczyć, że seria jest krótka, dzięki czemu pozostaje bardziej zwarta i intensywna. Do tego wszystkiego dochodzi udana szata graficzna, bardziej kobieca bym rzekł, ze względu na design postaci, przywiązanie do ozdobnych detali i jej zwiewność i unikanie czerni. Ale nie tylko przedstawicielki płci pięknej będą dobrze bawić się w trakcie lektury.


Kto więc lubi mangi fantasy i gry (najlepiej RPG-i i przygodówki w klimatach „Tomb Raidera”, osadzone jednak w fantastycznych realiach quasi przeszłości) powinien się z „Labiryntem” zapoznać. Ta seria ma swój urok i naprawdę dobrze się ją czyta. Polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Uncanny X-Men: Mroczna Phoenix - Chris Claremont, John Byrne

SAGA MROCZNEJ PHOENIX


Kiedy wyszukacie coś o "Mrocznej Phoenix" w fachowej prasie, szybko natraficie na hasła mówiące, że to najlepszy i najbardziej znaczący komiks o X-Menach w historii. Potwierdza to słynna lista magazynu "Wizard" ze 100 najlepszymi komiksami w historii, umieszczając ten album na 10 pozycji. A ile jest w tym prawdy? Z okazji zbliżającej się premiery filmu na podstawie tego dzieła, postanowiłem przyjrzeć się mu po latach.


Trzeba przyznać, że jak na czasy swego pierwodruku (czyli przełom lat 1979 - 1980) historia jest rewolucyjna i kontrowersyjna. Opowieść o kobiecie, której ciało opanowała pradawna moc zmuszająca ją do czynienia rzeczy niewyobrażalnie okrutnych, nie wydaje się wprawdzie godna takich przymiotników, ale dylematy owej kobiety, która z tych czynów czerpie pewną wręcz satysfakcję już tak. Bo właśnie taka ludzka storna superbohaterów jest największa siłą albumu. Cyclops to człowiek rozdarty z powodu faktu, że musi toczyć bój na śmierć i życie z ukochaną, Wolverine to nieco nieokrzesany twardziel o momentami gołębim sercu, a Nightcrawler to człowiek nie mogący pogodzić się z ludobójstwem w wykonaniu Phoenix, bo przypomina mu ono holokaust. Wszystko to sprawia, że otrzymujemy nie opowiastkę o kolejnych bitwach na supermoce, a przypowieść o winie, odkupieniu i odpowiedzialności za własne czyny.


Świetny jest tu scenariusz giganta komiksów o mutantach Chrisa Calremonta ("Wolverine", "Days of Future Past", czy "From the Ashes") świetne są rysunki Johna Byrne'a łączące urok nowoczesności z old schoolem. Nie jest to może komiks wolny od błędów - dla mnie trudne w przełknięciu były te ciągłe przypomnienia akcji poprzednich zeszytów i przemyślenia bohaterów, które jako dialogi brzmiałyby dużo lepiej. Trzeba jednak pamiętać, że taki był styl tamtych czasów, a do tego jak na owe czasy i tak mało dawano w "Mrocznej Phoenix" takich "smaczków".


Polecam gorąco! Po czterdziestu latach wciąż robi wielkie wrażenie. I nawet jeśli wątki "kostiumowe" nieco zgrzytają, opowieść ta urzeka, zachwyca i pokazuje, jak wiele po dziś dzień twórcy czerpią z tego, co pokazane zostało na stronach.


A jeżeli szukacie więcej przygód X-Men oraz wszelkich nowości, nie tylko komiksowych, zajrzyjcie:






środa, 24 kwietnia 2019

Lucky Luke #82: Kowboj w Paryżu - Jul, Achdé

POZYTYWNE ZASKOCZENIE


Chociaż Lucky Luke jest serią europejską, akcja całości dzieje się na Dzikim Zachodzie. Nikt więc chyba nie przypuszczał, że nasz dzielny kowboj wybędzie kiedyś poza amerykańskie tereny, a jednak. Skoro nawet Europejczycy potrafili kręcić westerny i robili to w tak znakomitym stylu (patrz Sergio Leone), że przeszli do legendy nie tylko gatunku, ale też i kinematografii, to dlaczego western nie może przenieść się na Stary Kontynent? Właśnie, dlatego też w 82 tomie cyklu, najnowszym, bo we Francji wydanym w roku 2018, Lucky Luke trafia do Paryża. Jak poradzi sobie w tym miejscu? Jedno jest pewne, jakkolwiek by to nie wyglądało, czytelników czeka kolejna porcja świetnej zabawy, od której trudno się będzie oderwać.


Bartholdi, francuski rzeźbiarz, odbywa właśnie tournée po Stanach, prezentując wszystkim swoje najnowsze dzieło – wielką pochodnię, część Statuy Wolności, która stanie w Nowym Jorku. Pech chce, że zostaje napadnięty. Szczęście w nieszczęściu, że z pomocą przychodzi mu Lucky Luke. Kiedy incydent się powtarza, nasz dzielny kowboj decyduje się chronić go. A jest przed kim, bo pewien dyrektor więzienia nie chce by pomnik wolności został pobudowany i zrobi wszystko, by temu zapobiec. Lucky Luke nie wie jednak jeszcze, jak niezwykłą przygodą okaże się to zadanie, które rzuci go w podróż do… Europy!


W chwili obecnej „Lucky Luke: Kowboj w Paryżu” jest ostatnim albumem serii. I to albumem, jak zawsze, udanym. Co prawda żaden z twórców, którzy rozsławili serii, czyli Morris ani Goscinny przy nim nie pracował – nie ma się co dziwić, obaj od dawna nie żyją – ale odpowiedzialny za scenariusz Jul nie przypadkiem został nazwany godnym następcą ich spuścizny. Jego opowieść bowiem czerpie z najlepszych cech całej serii. A zatem jest tu humor, są przygody, jest zagrożenie-zło, które trzeba pokonać, ale nie brak też historycznych odniesień. A wręcz przeciwnie – te są mocno zaakcentowane i ciekawie uzupełniają się z fikcją.


Oczywiście przede wszystkim jest to jednak rozrywka i to naprawdę na poziomie. Można by sądzić, że po tylu tomach seria ma pełne prawo zjadać własny ogon, a jednak, jak pokazuje ten tom, wciąż nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i potrafi pozytywnie zaskoczyć. Bo właśnie takim pozytywnym zaskoczeniem jest „Kowboj w Paryżu”, choć z drugiej strony jeszcze nie trafiłem na zły tom „Lucky Luke’a”, więc jakieś wielkie zaskoczenie to nie było.


I nie ma zaskoczenia jeśli chodzi o rysunki. Te są klasyczne, jak zawsze, utrzymane w stylistyce do jakiej niegdyś przyzwyczaił nam Morris, a zatem miłe dla oka i dobrze pasujące do całości. Kolor też nie zawodzi, podobnie jak wydanie. W skrócie: jak zawsze warto. Miłośnicy serii, jak i fani humorystycznych komiksów będą zadowoleni.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.