poniedziałek, 30 września 2019

Pojedynek Superbohaterów DC: Deck Building Game / Strażnicy: Dodatek do gry Pojedynek Superbohaterów DC

ZOSTAŃ BOHATEREM DC


Chociaż świat gier cyfrowych z roku na rok rozwija się coraz bardziej i generuje olbrzymie zyski, tradycyjne planszówki i karcianki bynajmniej nie odeszły w cień. Właściwie wciąż mają się dobrze, jak przed laty, jeśli nie lepiej – w ostatnim czasie grałem w kilka naprawdę rewelacyjnych pozycji i widzę zmiany na lepsze – i prędko się to nie zmieni. Tym bardziej, że na rynku pojawiają się takie pozycje, jak ta. Owszem, to tylko karcianka, ale jednocześnie całkiem rozbudowana i naprawdę przemyślana, dzięki czemu będziecie mogli poczuć się niczym ulubieni bohaterowie komiksu.


Zastań jednym z superbohaterów! Staw czoła wrogom! Odwiedź miejsca znane z komiksów!
Superman, Batman, Flash, Wonder Woman, Green Lantern, Aquaman, Cyborg. Wciel się w jednego z legendarnych superbohaterów i wyrusz do walki. Rozwijaj swoje moce, zdobywaj coraz to lepszy sprzęt, włączaj do akcji znajomych herosów, wynajmuj złych by pokrzyżować plany przeciwników… Czy zdołasz pokonać superłotrów? A może ubiegną Cię koledzy po fachu?


Jedną z moich pierwszych gier karcianych – oczywiście jeśli nie liczyć wszystkim doskonale znanych zabaw z klasyczną talią kart – był wydany przez Egmont „Thorgal”. Sięgnąłem po niego pod wypływem zarówno samego komiksu o przygodach dzielnego wikinga, jak również mojej pierwszej karcianki z prawdziwego zdarzenia: „Pokémon Trading Card Game”. W ile podobnych pozycji grałem od tamtej pory, trudno zliczyć, ale w ostatnich latach coraz chętniej daję się wciągnąć w podobne rzeczy. Nic dziwnego, że po „Pojedynek Superbohaterów” sięgnąłem z wielką ochotą. Spodziewałem się, że zabawa będzie udana, ale nie liczyłem, że aż tak bardzo. A jednak!


Co jest w niej takiego dobrego? Przede wszystkim to, że mamy tu do czynienia z rzeczą bardziej złożoną, niż sądziłem. Na początku możemy walczyć tylko pięściami swojego bohatera, z czasem jednak rozwijamy się coraz bardziej. Więcej mocy, lepszy ekwipunek (batsygnał, enty metal i tym podobne drobiazgi)… Czołowi bohaterowie DC przychodzą graczom z pomocą, czołowi antybohaterzy i łotrzy mogą posłużyć do przeszkadzania konkurencji. Ale i sam bohater może natknąć się na jedną ze swych słabości, bo przecież nikt nie jest doskonały. A przy okazji możemy trafić w rożne miejsca znane z uniwersum DC – od kosmicznego obserwatorium Ligi, przez Azyl Arkham, po fortecę samotności.


A wszystko to na ponad 200 pięknie zilustrowanych kartach. Grafiki użyte w nich pochodzą z największych hitów, które wyszły spod ręki komiksowych gigantów. Prace Jima Lee z „Husha” spotykają się z ilustracjami Lee Bermejo z „Jokera”. Mamy tu też grafiki Ivana Reisa czy Briana Bollanda, a to jedynie kilka z wielu przykładów. Jeśli kochacie komiksy DC, „Pojedynek Superbohaterów DC: Deck Building Game” to rzecz, w którą koniecznie powinniście zagrać. Bo to taki karciany odpowiednik gier z serii „Batman: Arkham”, doskonały zarówno dla nastoletnich, jak i dorosłych graczy.


A przecież na tym nie koniec. Jeśli bowiem będzie Wam za mało rozrywki z pakietem podstawowym (średnio zabawa trwa około 45 minut), możecie zaopatrzyć się też w znakomity dodatek, nie tylko dodający nowych bohaterów, ale też i naprawdę sporo dotychczas niedostępnych możliwości. „Strażnicy”, bo o nim mowa, wprowadzają do akcji postacie znane z wiekopomnego i przełomowego dzieła Alana Moore’a, dając nam nie tylko szansę zagrania Nocnym Puchaczem, Ozymandiaszem, Rorschachem, Dr. Manhattanem, Komediantem i Jedwabną Zjawą oraz korzystania z ich niezwykłych zdolności, ale przede wszystkim podkręca rozgrywkę, zmieniając jednego z gracza w zdrajcę. Komu zaufacie w takiej sytuacji?


Dodatkowo talia „Strażnicy. Dodatek do gry Pojedynek Superbohaterów DC” wprowadza do całości jeszcze karty nieczystych machinacji, spisku i wyzwań (a w nich takie rzeczy, jak ustawę Keene’a, inwazję obcych, Nixona czy Zegar zagłady). Nie sugerujcie się więc niewielkich rozmiarów pudełkiem: wpływ na całą rozgrywkę, łącznie z pojawieniem się nowych zasad, jest znaczący i choć jej nie wydłuża, zmienia w konkretny sposób. Jedno pozostaje jednak niezmienne: świetne opracowanie graficzne (rysunki czerpano z klasycznej maxiserii, jak również komiksów „Strażnicy: Początek” oraz niewydanych jeszcze w naszym kraju zeszytów powiązanych z „Odrodzeniem DC”).


W skrócie: polecam całość bardzo, bardzo gorąco. Czy to w wersji podstawowej, czy z doskonałym dodatkiem, gra „Pojedynek Superbohaterów DC” to kawał rewelacyjnej rozrywki, świetnie korespondującej z seriami wydawanymi na polskim rynku. Ja bawiłem się doskonale i jeszcze nie raz pogrążę się w grze, tym bardziej, że ta oferuje przecież różne warianty rozgrywki, więc przede mną sporo dobrej zabawy.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Grę podstawową, jak i dodatek kupicie w sklepie wydawcy:



Murciélago #13 - Yoshimurakana

PRZESZŁOŚĆ NIE ŚPI


„Murcielago” to seria, przygodę z którą zacząłem właściwie dla zobaczenia czy da się to czytać. Doświadczenie z mangami typu yuri przekonało mnie, że tego typu mangi ograniczone są do elementów gatunkowych, a wszelka potencjalna fabuła jest jedynie pretekstowa (to samo tyczy wszelkiej maści erotyków, BL i tym podobnych dzieł). Na szczęście w tym przypadku okazało się, że samo yuri znajduje się gdzieś na drugim planie, a siłą nośną całości są akcja, klimat i kryminalne zagadki, momentami ocierające się o horror. I nie można też zapomnieć o uroku. W ten sposób w moje ręce trafił kawał dobrej opowieści, którą warto polecić nawet tym czytelnikom, nietrawiącym girl love.


Nadszedł czas ostatecznej konfrontacji z zabójczynią mistrzów miecza. Hikaru Miyamoto, dziewczyna opętana przez ducha swojej starszej siostry, Kurono, nie jest łatwym przeciwnikiem, bo jej zdolności bojowe okazują się być zadziwiająco zaawansowane. Jak Kuroko poradzi sobie z tym zadaniem? Kto przetrwa, a kto zginie? I czy ktoś w ogóle jeszcze będzie musiał ginąć?

To jednak tylko początek tego, co czeka na naszych bohaterów. Kuroko i jej towarzysze nigdy nie mają zbyt wiele szczęścia do odpoczynku i nie będą mieli tym razem. Kiedy sekta „Virginal Rose” chce przeniesienia grobu jej dawnej przywódczyni Gold Marie, okazuje się, że jej trumna jest pusta. Czyżby ktoś zabrał ciało? A jeśli tak to po co? Kiedy pojawiają się pierwsze ofiary, jasne staje się, że przeszłość nie śpi, ale z jakim zagrożeniem tym razem przyjdzie zmierzyć się Kuroko i pozostałym? I co z tego wyniknie?


Ta seria to takie męskie, samcze wręcz, ale udane połączenie motywów doskonale znanych z różnych filmów. Podkręcone oczywiście, przepuszczone przez autorski filtr i podane w sposób krwawy, ale jednocześnie z przymrużeniem oka. Makabryczne detale, których autor bynajmniej nie unika, zostają zrównoważone przez humor i urok, których głównym źródłem jest Hinako – Człowiek Bułka, mój ulubiony element całej serii i rzecz, która z miejsca mnie do niej przekonała. Ale spokojnie, kryminał / thriller / horror też są bardzo udane.


A co z samą erotyką? Nie jest jej tak dużo, jak można by się spodziewać tudzież obawiać. Scen seksu jest niewiele, detali anatomicznych jeszcze mniej, choć autor dobrze to maskuje. Bohaterki są przede wszystkim wyzywające, ubrane w obcisłe stroje, z których ich kształty wręcz się wylewają i ukazane tak, by podkreślać ich atrybuty. Owszem nagość i sporo wilgotnych scen też się pojawia, ale w stonowanej formie, choć jednocześnie miłośnicy podobnych rzeczy bynajmniej nie będą zawiedzeni, kiedy sięgną po całość.


Wszystko to wieńczy dobrze dobrana szata graficzna. Z jednej strony prosta, atakująca nas ekspresyjnymi, zabawnymi scenkami, z drugiej mroczna i pełna makabry. W skrócie: prawdziwi faceci i miłośnicy krwawych opowieści będą zachwyceni. Bo choć nie ma tutaj większej głębi (chyba, że podchodzić do tego określenia z podtekstem), zabawa jest naprawdę przednia i trudno się od niej oderwać.


Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Amazing Spider-Man. Globalna sieć #4: Starzy znajomi - Dan Slott, Christos Gage, Giuseppe Camuncoli, R.B. Silva

TU ZACZYNA SIĘ SPISEK KLONÓW


Dwa minusy dają zawsze plusa. Ta prosta, znana wszystkim zasada matematyczna znalazła przełożenie na grunt „Amazing Spider-Mana”. „Saga Klonów” z lat 90. XX wieku była tym, co niemal pogrążyło i tytuł, i wydawnictwo – przesadzoną, rozbuchaną do granic możliwości, odartą z logiki, choć wciąż klimatyczną monumentalną opowieścią, w której autorzy się pogubili. Czwarty volume „Amazing Spider-Mana” pod wodzą Slotta natomiast okazał się wtórna, często jakże nijaką i czerpiącą z nieszczególnie wartych naśladowania historii z przeszłości, w których zabrakło przede wszystkim inwencji. Kiedy więc scenarzysta ten zapowiedział powrót klonów w jego wykonaniu byłem tak sceptycznie nastawiony, jak i ciekawy co z tego wyjdzie. Teraz mogę powiedzieć jedno: jest bardzo przyjemnie i chociaż nadal coś w tej nowej odsłonie Petera szwankuje, z czystym sercem mogę polecić go każdemu miłośnikowi Pajęczaka i zapewnić, że będzie już tylko lepiej.


J. Jonah Jameson senior trafił do szpitala w ciężkim stanie, a syn obwiania o wszystko Parkera i jego działalność. Kiedy jednak okazuje się, że za chorobę odpowiadają geny, a tajemnicze New U Technologies może swoją eksperymentalną terapią wyleczyć konającego, zaczyna się wewnętrzna walka bliskich JJJ. Czy mają (i czy w ogóle mogą) zaufać firmie i postawić na niezwykle kosztowne leczenie polegające na klonowaniu narządów, czy lepiej czekać liczyć na cud? O dziwo szansą na rozwiązanie dylematu staje się wybuch do jakiego dochodzi niespodziewanie w Parker Industries.

Tymczasem Jackal, który zebrał już część swojej ekipy, kontynuuje swoje działania. Na jego trop wpada jednak Prowler, który na zlecenie Petera ma przyjrzeć się działalności tajemniczej firmy medycznej. Nie ma jednak pojęcia, co go tam czeka…

Jednocześnie Otto Octavius powoli przymierza się do wielkiego powrotu. Jak jednak może uwolnić się z ciała Living Braina? I jak w ogóle się tam znalazł? Gdy wszystkie elementy układanki powoli wskakują na swoje miejsce, a wydarzenia nabierają tempa, wszystko może się zmienić. Pytanie tylko na lepsze, czy na gorsze…


Podstawowym minusem (na szczęści tym razem jakże niewielkim) tak tego tomu, jak i całej najnowszej serii pisanej przez Slotta jest to, że to wszystko już było, łącznie z Peterem Parkerem. Owszem, autor postarał się jak najbardziej odświeżyć jego postać, sprawił więc, że ten zdobył fortunę, siedziby jego firmy działają na całym świecie, a wielkie interesy są jego codziennością, ale przez to nasz przyjacielski pajączek z sąsiedztwa stał się kimś na skrzyżowani Bruce’a Wayne’a i Tonyego Starka. A to niestety kłóci się z wizerunkiem postaci, do jakiej wszyscy przywykliśmy, nawet jeśli po ostatnich próbach Petera zajęcia się własną działalnością wydaje się, że taka jest naturalna kolej rzeczy.


Na szczęście to taka łyżka dziegciu do całkiem sporej beczuszki miodu, jaką w końcu jest ten album. Intryga trzyma dobry poziom, sam komiks czyta się lekko i przyjemnie, a co najważniejsze kilka postawionych w nim pytań naprawdę ciekawi. Trochę słabiej wypada za to ilość trupów, jakie padają na stronach tomu. Czy jest ich naprawdę dużo? Nie. Rzecz w tym, że po mocnych akcentach i emocjonalnych momentach, każdy z zabitych dosłownie w kilka kadrów powraca do życia. Ale i na tym polu Slott daje radę, puszczając oko do stałych czytelników – Marvel w końcu słynie z uśmiercania i ożywiania bohaterów, więc trudno poczytywać to za minus, prawda? Tym bardziej, ze całość autentycznie potrafi wciągnąć i rozbudzić i ciekawość, i czytelniczy apetyt, a wątek z Otto (powracający jednocześnie do wydarzeń z serii „Superior Spider-Man” i ukazujący nam, co naprawdę wydarzyło się w pewnym momencie akcji) wypada znakomicie.


Na plus całości należy też zaliczyć dobrą szatę graficzną. Niezły Camuncoli daje jak zawsze radę, ale to R.B. Silva („Superboy”, „Red Hood and the Outlaws”, „Spider-Man and the X-Men”) kradnie naszą uwagę. Może i nie wybija się szczególnie ponad innych artystów, ale też i nie rozczarowuje, serwując nam realistyczną, dobrze pasującą do całej opowieści kreskę.


Dlatego też jeśli macie obawy co do tego albumu albo po niesławnej „Sadze Klonów” z lat 90. czujecie niesmak, pozbądźcie się uprzedzeń i dajcie się porwać temu albumowi. Jeśli lubicie Spider-Mana, będziecie bawić się naprawdę dobrze. Na dodatek kolejny tom, który będzie jednocześnie pierwszym tak pełnym wydaniem jakiegokolwiek pajęczego eventu w naszym kraju, jeszcze bardziej podniesie poprzeczkę i zapewni Wam niesamowite przeżycia. Dlatego polecam gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Kserkses: Upadek rodu Dariusza, świt ery Aleksandra - Frank Miller

TRZYSTU BEZ TRZYSTU


„300” powszechnie uważa się za jedno z najlepszych dzieł nie tylko Franka Millera, ale i w dziejach komiksu w ogóle. Od jego powstania minęło już ponad dwie dekady, nic więc dziwnego, że nikt nie spodziewał się powrotu artysty do tej opowieści. A jednak z okazji dwudziestolecia powstania całości Miller zaserwował nam miniserię „Kserkses: Upadek rodu Dariusza, świt ery Aleksandra”, będącą prequelem całości, a zarazem pierwszym od siedmiu lat autorskim projektem artysty. I chociaż wiele jego dzieł z ostatnich lat okazało się sporym rozczarowaniem, a „Kserkses” siłą rzeczy nie dorównuje „300”, to kawał świetnej opowieści, która godnie uzupełnia pierwowzór i świetnie nadaje się dla czytelników, którzy go jeszcze nie znają.


Nadszedł czas na zemstę. Nadszedł czas na kolejną wojnę. Nadszedł czas na budowę imperium.

Żądny pomsty za śmierć swego ojca Dariusza Kserkses rozpoczyna kolejną wyprawę wojenną. Jednocześnie chce dzięki niej osiągnąć prawdziwą wielkość i zbudować imperium, jakiego świat jeszcze nie widział. Jednak przeciwnicy nie zamierzają dać mu tak łatwo zwyciężyć. Pod dowództwem Aleksandra Wielkiego, Grecy stawiają mu coraz bardziej zaciekły opór…


Wiek XXI nie obszedł się z Frankiem Millerem najlepiej. Po zrewolucjonizowaniu komiksowego medium w latach 80. i 90. XX wieku, autor spróbował wrócić do świata Batmana, ale z nieszczególnie udanym skutkiem w postaci przeciętnej opowieści „Mroczny Rycerz kontratakuje” oraz niedokończonej nigdy maxiserii „Batman i Robin: Cudowny chłopiec”. Publikacja albumu „Holy Terror” nie przyniosła mu uznania krytyki ani czytelników, a kolejny powrót do postaci Mrocznego Rycerza albumami „Ostatnia krucjata” i „Rasa panów” w dużej mierze udał się tylko dzięki pomocy rzeszy współpracujących z Millerem artystów, w tym Briana Azzarello. Fakt, że autor tworzył tak rzadko (z tych wszystkich prac narysował jedynie „Terror” i kilka fragmentów „Rasy panów”) można zrzucić na barki zaangażowania się w prace przy ekranizacjach jego dzieł i reżyserowanie. Można też snuć rozważania na temat jego choroby, bo i takich teorii nie brakuje (a sam wygląd Millera zdaje się ją potwierdzać). Liczy się jednak tylko jedno: czytelnicy do dzieł tego legendarnego autora zaczęli – słusznie zresztą – podchodzić z dużą dozą ostrożności.


Na szczęście „Kserkses”, podobnie jak „Rasa panów”, to powrót w dobrym stylu. Prequel „300” – siłą rzeczy całość będzie porównywana do nakręconego wcześniej filmu „300: Powstanie imperium”, również ukazującego wcześniejsze (i podobne) wydarzenia, ale ja wolę skupić się na albumie, bo żadna z tych adaptacji mnie nie kupiła – to po prostu udana opowieść historyczno-przygodowa. Jest w niej akcja, jest klimat, jest też znakomite rozwinięcie niektórych wątków i nieźle nakreślone postacie. Patos? Też się znalazł, ale taki już urok podobnych historii. Ważne, że całość nie tyle nie nudzi, ile autentycznie wciąga czytelnika na te sto stron i aż szkoda kończyć albumu. Owszem, jak już pisałem, nie jest to ten sam poziom co „300”, z drugiej jednak strony wcale „Kserksesowi” nie tak daleko do poprzednika, więc żaden fan tamtej opowieści nie poczuje się zawiedziony.


Największą zmianę widać jednak w samych rysunkach. Miller stara się wrócić do stylistyki tamtego albumu, z całkiem dobrym skutkiem, ale jednocześnie w oczy rzuca się tu wiele uproszczeń. Zmienił się też kolor. Dawne, ręcznie malowane przez Lynn Varley (ówczesną żonę Millera) panele robiły wielkie wrażenie, tu już są nieco bardziej uproszczone, wciąż jednak wpadają w oko i wyróżniają się – pozytywnie, oczywiście – na tle podobnych współczesnych dokonań. Jeśli więc cenicie stare komiksy Millera albo po prostu lubicie dobre, historyczne opowieści, zapomnijcie o kiepskich filmach, jakie powstały na podstawie „300” i sięgnijcie koniecznie po „Kserksesa”. Album ten to kawał świetnej rozrywki, a jednocześnie dowód na to, że Frank nie stracił jeszcze swojego talentu i warto czekać na kolejne jego dzieła. Zapowiadany od kilku lat „Superman: Rok pierwszy” może nas wszystkich pozytywnie zaskoczyć.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


niedziela, 29 września 2019

Nasi przyjaciele z Frolixa 8 - Philip K. Dick

MIŁOŚĆ, OBSESJA I TOTALITARYZM


Po raz pierwszy „Nasi przyjaciele z Frolixa 8” ukazali się w roku 1970 i można śmiało powiedzieć, że byli dzieckiem swoich czasów. Czasów i antykomunistycznej paranoi, która opanowała Amerykę, ale jeszcze w większym stopniu opanowała umysł Philipa K. Dicka. Jednocześnie, jak wszystkie pozostałe utwory amerykańskiego mistrza fantastyki, tak i ten pozostaje ponadczasową opowieścią, którą odczytywać można zarówno jako stricte rozrywkową lekturę, jak również jako głębsze dzieł z przesłaniem i drugim dnem.


Akcja powieści toczy się w dwudziestym drugim stuleciu. Ziemia uległa zmianie, podobnie jak ludzkość, a na czele wszystkiego stoją Nowi – ludzie, którzy zyskali niezwykłe zdolności umysłowe – i ich swoista opozycja w postaci władających telepatią, telekinezą i tym podobnymi mocami Niezwykłych, którzy zdaniem wielu współpracują z Nowymi. Ludzie zaś podzieleni zostali według ich własnych predyspozycji najprawdopodobniej manipulowanymi testami federalnymi, od wyniku których zależy ich pozycja społeczna. Nick Appleton znajduje się na samym dole drabiny społecznej, wiodący pełne frustracji życie. Na poprawę losu własnej rodziny nie może nawet liczyć, bo jego syn doskonale wie, że pójdzie w ślady ojca. Jego życie w pewnym stopniu zmienia się, kiedy poznaje nastoletnią Charlotte Boyer. Jego zauroczenie zmienia się w swoistą autodestruktywną obsesję, a co gorsza nie on jedyny zafascynował się dziewczyna. Co jednak z tego wyniknie?

Tymczasem pojawia się nadzieja dla ludzkości. Oto bowiem z kosmosu powraca zaginiony przed laty w trakcie poszukiwania pomocy przywódca rebeliantów. Mając ze sobą „przyjaciela z Frolixa 8”, zdolny do zmiany równowagi sił, chce przywrócić światu własny ład…


Dick, a zarazem trochę, jak nie Dick – takie miałem pierwsze wrażenia podczas lektury tego tomu. Bo niby wszystko tu jest tak, jak zawsze: mamy i kosmitów, i telepatów, i poprawianie ludzi, i klasyfikowanie ich, i złą władzę, spiski także, a do tego niezwykłe moce, komentarz społeczny, paranoję; z drugiej jednak strony nigdy jeszcze w jego twórczości nie zetknąłem się z takim przywiązaniem do tematu miłości, zauroczenia czy wręcz obsesji do dziewczyny / kobiety. Dodało to całości pewnej dozy realizmu i takiej swojskiej bliskości. Bo kto z nas nigdy nie kochał, szczególnie beznadziejnie?


Przede wszystkim jednak całość to typowa dla Dicka fantastyka krytykująca totalitaryzm, komunizm itp. kwestie. Trochę paranoiczna, momentami naciągana, ale posiadająca swoją głębię i siłę zarówno wizji, jak i wymowy. Robi wrażenie, bo to nie kolejna fantastyka ku rozrywce, a powieść zaangażowana. Może nie tak wybitna, jak inne utwory Dicka, wciąż jednak absolutnie warta poznanie i bijąca na głowę mnóstwo współczesnej fantastyki. Doskonale wydana (twarda oprawa, dodatkowa obwoluta, świetny papier, do tego rewelacyjne ilustracje – skromnie rzucone, ale robiące wrażenie), równie znakomicie prezentuje się na półce, co czyta. Dlatego wszelkim miłośnikom dobrej, klasycznej literatury polecam jak zwykle gorąco.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Card Captor Sakura #4 - Clamp

KARTY, MIŁOŚĆ I TAJEMNICE


„Card Captor Sakura” to manga oparta na konkretnym schemacie, który z rozdziału na rozdział, tomu na tom jest po prostu konsekwentnie powielany. Pojawia się zagrożenie, nasza bohaterka stawia mu czoła, wygrywa i tak to się toczy. A jednak paniom z grupy Clamp udało się jednocześnie wrzucić dostatecznie dużo tajemnic i sekretów, by móc wycisnąć z opowieści wszystko, co najlepsze. I to widać po najnowszym tomie, który przyspiesza akcje, podkręca klimat i serwuje nam dostatecznie wiele przesyconych emocjami scen, by całość porwała czytelników, jak nigdy dotąd.


Sakura z przyjaciółmi zjawiła się w chramie shinto, ale, jak to w jej przypadku bywa, nic nie może iść tak, jak powinno. Chram okazuje się być bowiem jedną z kart Clowa – labiryntem, a skoro tak, to nie zniknie, dopóki nie wydostaną się z niego. Rzecz w tym, że dzieci nie są w stanie znaleźć wyjścia, czego by nie próbowały. Nie pomaga ani pójście wzdłuż ściany, ani tym bardziej skorzystanie z mocy innych kart by wzlecieć w powietrze i w ten sposób podpatrzeć w jakim kierunku powinni się udać. Kiedy wszystko zawodzi, na drodze młodych ludzi staje pani Mizuki będąca, jak się okazuje, córką głównego kapłana chramu. Jakie jednak tajemnice jeszcze skrywa? I co takiego sprowadziło ją z powrotem w rodzinne strony?

Tymczasem brat Sakury niepokoi się o coraz bardziej spóźniającą się siostrę. Jednocześnie wieści o powrocie Mizuki budzą w nim wspomnienia z czasu, kiedy sam ją poznał przed laty. Wtedy pojawiła się jako praktykantka w jego szkole i chociaż dzieliło ich tak wiele, połączyło coś zdecydowanie więcej niż powinno. Dlatego teraz chłopak za wszelką cenę chce uniknąć ponownego spotkania, ale nieświadomy niczego, rusza szukać Sakury. Jak będzie wyglądało jego spotkanie po latach z ukochaną? I co jeszcze czek na naszych bohaterów?


Co zmieniło się w tym tomie „Sakury”? Zależy jak na to spojrzeć. Emocji związanych z romantycznymi uniesieniami w pewnym sensie były w opowieści obecne właściwie od początku, nigdy jednak nie były tak wyraźne, jak w przypadku brata i nauczycielki głównej bohaterki. Wprowadza to do całości nieco więcej ciężaru i siły wymowy, a także bardziej przemawia do starszych czytelników.


Oczywiście jednocześnie nie zniknęły elementy typowe dla „CCS”. Mamy więc zarówno humor, jak i urok, nutę tajemnicy, tym razem nieco bardziej wyeksponowaną, przygody, niezwykłości i zbieractwa, znanego z „Pokemonów” i tym podobnych opowieści. A wszystko to skomponowane w zgrabną, wciągająca historię dla młodych (nie tylko ciałem) czytelników. Fakt, że całość jest przy tym naprawdę znakomicie zilustrowana (a także świetnie wydana, z zachowaniem kolorowych stron), dopełnia tylko świetnego wrażenia, jakie robi „Card Captor Sakura”.


Miłośnikom Clampa polecać nie muszę, ale wszystkim lubiącym dobrą, familijna fantastykę już tak. „CCS” to bardzo dobra, warta poznania seria i zachęcam Was do sięgnięcia po nią. Nie pożałujecie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









czwartek, 26 września 2019

Koło Czasu #2: Wielkie Polowanie - Robert Jordan

WIELKA PRZYGODA


Wydawnictwo Zysk niedawno wzięło się za wznawianie cyklu „Koło czasu” i trzeba się z tego faktu cieszyć. Co prawda pierwszy tom był rzeczą tak mocno inspirowaną „Władcą Pierścieni”, że momentami ocierał się o plagiat, jednak jednocześnie był świetnie napisaną, epicką powieścią, która na głowę biła większość inspirowanej Tolkienem fantastyki, której pełno było, jest i będzie na rynku. Po drugim tomie oczekiwałem jednak, że Robert Jordan wkroczy na bardziej autorski grunt. Jednocześnie miałem nadzieję, że nie porzuci tych sympatycznych związków ze Środziemiem. I dostałem dokładnie to, czego chciałem, tak samo dobre, a może nawet lepsze, niż część pierwsza.


Bohater, który nie wygląda na bohatera. Wielka przygoda. I jeszcze większe polowanie.

Rand al’Thor to młody pasterz, którego przeznaczenie wybrało do niezwykłej roli. To w nim ma odrodzić się Smok, ostatni z mężczyzn, który władał magią trzy tysiące lat wcześniej i zdołał pokonać zło. Teraz zło znów wymaga poskromienia, a nasz bohater wraz z przyjaciółmi wyrusza na Wielkie Polowanie, które ma mu zapewnić zdobycie Rogu Valere. Nie będzie ono jedna łatwe, zagrożenie czai się bowiem wszędzie, a Rand i jego towarzysze zostaną rzuceni w miejsca, o jakich nawet nie śnili!


Patrząc na pierwszy tom „Koła czasu”, trudno nie było odnieść wrażenia, że Jordan zrobił fantasy tak mocno inspirowane Tolkienem, jak niektóre horrory Mastertona inspirowane były prozą Lovecrafta. Drugi tom jednak łapie swój własny rytm, zachowując to, co w prozie autora najlepsze. Owszem, można to było skrócić, można było wyciąć kilka dialogów, ale jednak to tylko drobiazgi. Całość jest znakomita, rozpisana nieco inaczej, niż poprzednio, bo poszerzyła się perspektywa bohaterów, ale równie epicka, porywająca i robiąca duże wrażenie. Wieńczący to wszystko finał, lepszy niż w poprzedniej części, doskonale uzupełnia całość. Ale nie kończy. Co to, to nie. To zaledwie początek liczącego kilkanaście tomów cyklu! Fakt, że ta część ma niemal 900 stron (a poprzednia była jeszcze obszerniejsza) jest bardzo wymowny – czeka nas jeszcze dużo świetnej rozrywki.


Jakie będą kolejne tomy, nie wiem, bo dopiero dzięki wznowieniu odkrywam ten cykl, ale mam nadzieję, że Jordanowi uda się utrzymać poziom. Póki co jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że całość warto jest poznać. Bo to epickie fantasy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Rozbudowane, rozległe, pełne przygód, ciekawych bohaterów, rozmachu i niebezpieczeństw. Leniwe tempo całości, które coraz zostaje przełamane szybszymi momentami, pozwala lepiej wczuć się w świat i opowieść, i samych bohaterów także.


A wszystko to podane stylem naprawdę lekkim i przyjemnym w odbiorze. Odpowiednio rozbudowanym, ale zazwyczaj dalekim od nudnego gawędziarstwa (a nieliczne odstępstwa od normy każdy Jordanowi z ochotą wybaczy, tym bardziej jeśli spojrzy na wszystkie plusy całości), dostarcza emocji i zapadających w pamięć przeżyć. Przy okazji warto też docenić samo wydanie: dobry papier, twarda oprawa, dodatkowa obwoluta… Szata graficzna też przypadła mi do gustu, bo choć stare okładki miały swój urok, te nowe, ujednolicone, jakoś bardziej do mnie trafiają i wpadają w oko. Słowem podsumowania: warto. Kto lubi dobre fantasty a jeszcze jakimś cudem nie zna „Koła czasu”, czas by nadrobił ten ewidentny błąd.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kakegurui: Szał hazardu #1 - Homura Kawamoto, Toru Naomura

ŚWIATEM RZĄDZĄ WIEDZA I PIENIĄDZ


Tytuł tej recenzji pochodzi od tytułu mangi stworzonej przez Muto Ashirogiego – duet bohaterów… mangi „Bakuman” i, jak się domyślacie, nie użyłem go przepadkiem. Seria ta w pewnym sensie bardzo przypomina mi tamtą opowieść, także pod względem cięższej i bardziej mrocznej szaty graficznej. Ale „Kakegurui” to opowieść mająca też sporo z dziejących się w szkole bitewniaków typu „Kulinarne pojedynki” z tym, że podanych stricte na poważnie i w bardzo ciekawym stylu.


Witajcie w Prywatnej Akademii Hyakkao, elitarnej szkole głównie dla bogatej młodzieży, której tradycja sięga ponad sto dwadzieścia lat wstecz. Nikogo jednak nie obchodzą tu oceny i wyniki sportowe. Uczniowie muszą uczyć się jednego: strategicznego myślenia, umiejętności „czytania przeciwnika” i zdolności dostrzegania kluczowych momentów. Bo Hyakkao to nie zwyczajna placówka edukacyjna, a szkoła hazardu, w której wszystko sprowadza się do gier. Nawet po lekcjach akademia nie cichnie, zmieniając się w istne kasyno, gdzie stawki są naprawdę wysokie. Ale właśnie od wyniku hazardowych rozrywek zależy pozycja w szkole – ci, którzy wygrywają, trzymają się na szczycie, przegrani, których finanse spadną poniżej jasno ustalonego poziomu, zostają sklasyfikowani jako jednostki niekooperacyjne i stają się „zwierzątkami”. Poniżani przez stojących wyżej w hierarchii uczniów, gnębieni i wykorzystywani dosłownie jako podnóżki, muszą znów znaleźć swoją drogę na szczyt.


Właśnie do tego bezwzględnego świata trafia nowa uczennica. Śliczna Yumeko Jabami wydaje się całkowicie tutaj nie pasować. To jednak akademia i jej uczniowie nie spodziewają się, co takiego skrywa ta niepozorna dziewczyna i co jej obecność w murach szkoły będzie oznaczała dla wszystkich pozostałych…


Nie wiem na ile moje skojarzenia z „Bakumanem” są w tym przypadku słuszne, ale nie tylko ciężar mangi – jej treści, jak i szaty graficznej – przypomina mi wspomniane dzieło bohaterów tej mangi. Co jeszcze zatem? Np. to, że bohaterka „Kakegurui” kojarzy się z wyglądu ukochaną głównego bohatera „Bakumana”. Resztę pozostawiam do odkrycia Wam, przypominając jednocześnie, że „Bakuś” powstał na kilka lat przed tym dziełem (zakończył się zaś na dwa lata przed premierą niniejszej serii). To jednak tylko taka uwaga na marginesie.


Wracając jednak do samego „Kakegurui”, manga powstała na zlecenie Square Enix do magazynu „Gekkan Gangan Joker”, tego samego, który dał nam „Akame ga Kill” czy niezapomniane „Tasogare Otome × Amnesia – Niepamięć panny zmierzchu”. Jeśli więc znacie tamte tytuły, wystarczy Wam wiedzieć, że ten dobrze wpasowuje się w ich klimat. Owszem, żadnego z nich nie bije, ale to i tak kawał dobrego shounena dla starszych odbiorców. Poważniejszego, choć powielającego doskonale znane schematy szkolnego życia, realistycznie narysowanego i mającego swój mroczny, mocny klimat miejscami kojarzący się z niektórymi scenami „Casino Royale” czy „Sin City: Damulka warta grzechu” (mowa o wersji filmowej i epizodach nieznanych z komiksu tam zamieszczonych).


Kto zatem chciałby poznać nieco mroczniejszego shounena, nie zawiedzie się. Tak samo jak miłośnicy hazardu, chociaż autor sam przyznaje, że przed zajęciem się tą mangą nie miał zbyt wielkiego pojęcia o temacie. Bo to dobra manga z zadatkami na coś więcej i mam nadzieję, że z czasem autor wykorzysta jej potencjał.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 25 września 2019

Sekret panny Watanuki - Ema Toyama

SEKRETY HOTELU MIŁOŚCI


Ema Toyama, autorka znanych w Polsce „Psów na mangę” powraca z nową serią. „Psy”, choć niezłe, okazały się nie do końca spełnioną, lekką komedyjką dla nastolatków, przetykaną momentami naprawdę udanymi scenami. Z „Sekretem panny Watanuki” rzecz ma się nieco inaczej. Okej, to też nie jest rzecz do końca spełniona i także w tym wypadku mamy do czynienia z komediową opowieścią dla nastolatków – głównie, ze względu na erotykę, płci męskiej – ale jest to rzecz sympatyczna i wciągająca. Nie głęboka, o to jej nawet nie podejrzewajcie, ale dostarczająca udanej, nieobowiązującej i niegrzecznej rozrywki wszystkim miłośnikom podobnych dzieł.


Główną bohaterką całej opowieści jest nastoletnia Leil Watanuki, dziewczyna nie dość, że piękna, to jeszcze będąca szkolną prymuską i przewodniczącą. Zawsze najlepsza, zawsze doskonała, skrywa jednak sekret, którego ujawnienie zniszczyłoby jej życie. Dziewczyna mieszka bowiem w zostawionym im przez ojca, a prowadzonym przez matkę Love Hotelu. Nie cierpi tego miejsca i wszystkich zboczeńców, chce się stąd wyrwać, póki co jednak dzień w dzień przemyka się tak, by nikt tego nie zauważył i by mogła żyć spokojnie.

Wszystko zmienia się pewnego dnia, kiedy jej matka mdleje z przepracowania. Leila, która dotąd unikała klientów, nagle zmuszona zostaje dostarczyć im zamówione jedzenie. Rzecz w tym, że jednym  nich okazuje się jej szkolny kolega i rywal zarazem, Owaru Sangatsu, który postanawia wykorzystać sytuację. Żąda, by Leila pozwoliła mu zamieszkać w hotelu. Jeśli ta się nie zgodzi, wyda wszystkim jej tajemnice. Dziewczyna nie ma jednak jeszcze pojęcia, co to wszystko będzie dla niej oznaczało…


To, co pierwsze rzuca się w oczy, w przypadku tej serii, to znakomita szata graficzna. Udana była już w przypadku „Psów na mangę”, tu jednak Ema Toyama pokazała na co ją naprawdę stać. A przecież oba tytuły nie dzieli praktycznie żadna różnica czasu – „Psy” zakończyły się w roku 2014, „Watanuki” zaczęła od razu po nich. Ale widać tu więcej detali, bardziej dopracowaną kreskę, większe zagęszczenie w kadrach, lepiej używane rastry i tym podobne elementy. Wszystko to wygląda naprawdę znakomicie, gdzieś na styku typowych shoujo z elementami, które chyba każdy kojarzy głównie, jeśli nie jedynie, z shounenami.


I taka jest te fabuła całości. Niby to szojka, niby taka nietypowa komedia romantyczna spod szyldu szkolnego życia, a jednak zarazem to shounen. Bo mocno erotyczny (choć nie liczcie tu na jakieś gołe scenki – raczej na przewracającą się bohaterkę, która upada w wyzywającej pozie, całą oblaną lubrykantami), bo pełen męskich, nieszczególnie delikatnych żartów itd., itd. A wszystko to widać także w pełnej pięknych, seksownych dziewcząt i dwuznacznych sytuacji szacie graficznej. Dla miłośników shounenów całość nie będzie wielkim zaskoczeniem – chyba, że nieco odmienne, kobiece podejście do tematu będzie stanowić taki tego ekwiwalent – ale dla miłośniczek typowych mang dziewczęcych może być to coś nowego.


Kto chce poznać takie wcielenie shoujo, śmiało może to zrobić. „Sekret panny Watanuki” nie jest może wybitną pozycją, ale to sympatyczna rozrywka, która miło się czyta. I jeszcze milej ogląda.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









K - Jirō Taniguchi, Shirō Tōsaki

K KONTRA GÓRY


Auf den Ästen in den Gräben
Ist es nun still und ohne Leben
Und das Atmen fällt mir ach so schwer
Weh mir, oh weh, Und die Vögel singen nicht mehr

- Rammstein


Góry to temat, który fascynuje ludzi od wieków. Od tajemnic ich niedostępnych szczytów zaczynając, na sprawdzeniu siebie, swojego hartu ducha, siły i wytrzymałości w ich zdobywaniu skończywszy. Ja osobiście fascynatem tematu nigdy nie byłem i nie zostanę. Obejrzałem kilka miej lub bardziej przemawiających do mnie filmów, dałem się uwieść teledyskowi Rammsteina, ale nic poza tym. Po niniejszą mangę sięgnąłem jednak z wielką ochotą z jednego konkretnego powodu: żaden z dzieł Taniguchiego jak dotąd mnie nie zawiodło i już dawno stwierdziłem, że po opowieści tego autora będę sięgał w ciemno. Sięgnąłem więc także i tym razem i nie żałuję.


Całość traktuje o tajemniczym K, wybitnym alpiniście, który góry zna i szanuje. Ale nie szanują ich ludzie, którzy próbują zdobyć je, udowadniając co takiego potrafią. Gdy próbujących wejść na niezdobytą północną ścianę K2 wspinaczy spotyka tragedia, a oni sami zostają skazani na pewną śmierć, tylko K może im pomóc. Ale czy w ogóle zechce się podjąć tej samobójczej misji? A na tym przecież nie koniec, bo śmiałków, podobnie jak zagrożeń, nie brakuje, a i znajdą się tacy, gotowi niemal na wszystko, byle przekonać K do pomocy…


Mangi Taniguchiego przypadły mi do gustu od chwili, kiedy sięgnąłem po pierwszą z nich. Owszem, fabularnie nie były ani zbyt złożone, ani też szczególnie wymagające (choć np. „Idący człowiek” był swoistą perełką prostoty, opowiedzianą co prawda głównie obrazami, ale za to z jaką pomysłowością), ale za to pod względem graficznym robią wielkie wrażenie. I rysunki także robią wrażenie w tej opowieści. Podparte zdjęciami, realistyczne i dopieszczone, pełne detali i doskonale uchwyconego klimatu zimnych, niedostępnych, obcych terenów, gdzie śmierć można ponieś właściwie na każdym kroku.


A skoro o śmierci mowa, trzeba tu też wspomnieć o pewnej dozie brutalności, jaka znalazła się w tej opowieści. Scena śmierci w wyniku upadku i rozbijania się o skały robi wrażenie, nawet jeśli wydaje się przesadzona i zrobiona bardziej w stylu hollywoodzkich filmów, niż realistycznej opowieści. I robi też wrażenie całość. Wiejący wiatr, sypiący śnieg, wieczna zmarzlina i ludzie próbujący stawić czoła przeznaczeniu, własnym ograniczeniom i siłom bezlitosnej natury.


Jak zwykle w przypadku komiksów, które wyszły spod ręki Taniguchiego (nawet jeśli nie on był autorem scenariusza, tak jak ma to miejsce w tym przypadku), ma konstrukcję nowelową. Każdy z rozdziałów można więc czytać samodzielnie, ale jednocześnie tworzą one pewną większą opowieść. Fanom autorów, jak i miłośnikom alpinizmu polecać nie muszę. Wszyscy  jednak, którzy chcieliby poczytać doby komiks o pasji, poświęceniu i niebezpiecznych przygodach, trafiający do czytelnika także dzięki temu, że mocno bazuje na rzeczywistości, co oczywiście dodaje mu realizmu, będą bawić się znakomicie.


Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 24 września 2019

Batman. Detective Comics #6: Upadek Batmanów - James Tynion IV, Joe Bennett, Miguel Mendonca, Jesus Merino, Philippe Briones, Eddy Barrows

KONIEC RODZINY BATMANA?


Chociaż event „Batman: Metal” już jakiś czas temu w całości ukazał się na naszym rynku (a warto przy okazji nadmienić, że był to pierwszy tak kompleksowo wydany event DC na naszym rynku), opowieści o Batmanie poprzedzające to wydarzenie dopiero teraz zostały uzupełnione (chronologię znajdziecie tutaj). Lepiej jednak późno niż wcale, bo obie główne serie o przygodach Mrocznego Rycerza są naprawdę udane, a najnowszy tom „Detective Comics” trzyma poziom, do jakiego twórcy zdążyli nas już przyzwyczaić.


Kiedy Robin, wraz ze swoją przyszłą wersją, uciekł z niewoli Oza, dowiedział się, że już niedługo Batwoman sprowadzi zagładę na rodzinę Batmana. Teraz nadszedł czas by przekonać się, jak bardzo jego ostrzeżenie było prawdziwe i co zmieniły ostatnie wydarzenia. Na razie jednak wszystko idzie jak najlepiej. Red Robin usprawnia działanie drużyny Batmana i pomaga zmniejszyć ilość przestępstw dokonywanych w Gotham. Nic jednak nie trwa wiecznie, a już na pewno nie to, co dobre. Na horyzoncie znów pojawia się Pierwsza Ofiara a wraz z nim Syndykat Ofiar, który zaczyna działania mające ostatecznie rozliczyć się z Batmanem i jego ludźmi i doprowadzić ich do upadku. Jak poradzi sobie rodzina Mrocznego Rycerza, kiedy wszyscy staną przeciw nim, szaleńcy porwą jednego z nich i zagrożą wypuszczeniem największych zwyrodnialców z zakładu Arkham, jeśli Batman nie zdejmie maski podczas transmisji na żywo? Zaczyna się walka, której wojownicy stojący po stronie dobra mogą tym razem nie wygrać…


Komiksy o Batmanie wydawane w Polsce w ramach linii wydawniczej „Odrodzenie DC” można podzielić na dwie grupy: serię „Batman”, opowiadającą bardziej o solowych przygodach tytułowego bohatera (i jego miłosnych przypadkach) oraz serię „Detective Comics”, gdzie skupiono się na losach jego drużyny. Owszem, istnieją też inne tytuły, jak zakończony już „All-Star Batman” czy cykl „Nightwing”, ale wszystko, co najważniejsze dla Mrocznego Rycerza dzieje się właśnie w tych dwóch seriach, które wzajemnie się przeplatają.


Wracając jednak do najnowszego tomu „Detective Comics”, to jest to kawał dobrego komiksu i zarazem dobre podsumowanie całej dotychczasowej opowieści pisanej przez Tyniona. Powracają postacie, wątki znajdują swoją kulminację, a wydarzenia i pędzą na złamanie karku, i pozwalają nam lepiej poznać bohaterów – tym razem Clayface’a. Czy wszystko znajduje tu swój finał zdradzać nie będę, ale nikt, komu podobały się poprzednie części, nie będzie zawiedziony.


Także jeśli chodzi o szatę graficzną, bo cała seria od początku trzyma dobry poziom i na tym polu. Jak zwykle najlepiej wypadają tu ilustracje Barrowsa, ale i pozostali twórcy też dają radę. Całość jest dynamiczna, klimatyczna i wpada w oko – kolor zresztą robi swoje, dobrze to wszystko uzupełniając. Miłośnikom Batmana jak zwykle polecam całość z czystym sercem i czekam aż kolejne tomy jego przygód pojawią się wśród komiksowych nowości. Bo nawet jeśli serie z „Odrodzenia” nie wyróżniają się aż tak bardzo, jak analogiczne opowieści z „Nowego DC Comics” to wciąż trzymają satysfakcjonujący poziom i w dobrym stylu grają na sentymentach czytelników wychowanych na komiksach z lat 90. XX wieku.