czwartek, 30 maja 2019

Aleja Potępienia - Roger Zelazny

ZELAZNA KLASYKA



Odkąd Rebis wystartował z serią wydawniczą „Wehikuł czasu”, kolejnych jej tomów wyczekuję, jak rzadko jakich książek, znów czując się niczym tamten nastoletni ja, który dopiero odkrywał rozległy świat literackiej fantastyki. Jest bowiem coś takiego w doborze artystów, tytułów i nawet samym wydaniu, co sprawia, że mam ochotę dorwać w swoje ręce każdą kolejną część. Co ważniejsze jednak, wszystkie z nich zachowują naprawdę rewelacyjny poziom, jakiego najczęściej brak współczesnej fantastyce. I tak samo jest z „Aleją Potępienia” Rogera Zelaznego. Co prawda jest to najsłabsza z dotychczas wydanych w serii powieści, ale to i tak kawał bardzo dobrej opowieści nie tylko dla miłośników post apo.


Członek gangu motocyklowego i szansa na odkupienie. W spustoszonym wojną atomową świecie Czort Tanner staje przed okazją mogącą odmienić jego życie. Na wschodzie Stanów Zjednoczonych, które zmieniły się w zbiorowisko enklaw ludzkich niedobitków, wybuch epidemia. Szansą dla przetrwania mieszkańców staje się szczepionka, ale ktoś musi przewieźć ją z Los Angeles do Bostonu – trasą nie przypadkiem noszącą miano Alei Potępienia. Tego właśnie dokonać ma Tanner, a, jak się można domyślić, zadanie będzie koszmarne. Wojna wypaczyła wszystkie istoty żywe, ale wciąż to ludzie pozostają najgorszym, na co może natknąć się Czort…


Roger Zelazny to jeden z tych klasyków, z którymi jakoś nie miałem za wiele do czynienia. W tym momencie właściwie mogę przypomnieć sobie tylko jedną powieść jego autorstwa, którą przeczytałem. Była to „Ciemna październikowa noc”, historia mająca stanowić wariację na temat Kuby Rozpruwacza, ale pomieszaną z mitologią zahaczającą niemalże o Cthulhu – lektura okazała się niezła, ale niestety nie powaliła mnie na kolana. Inaczej rzecz ma się z „Aleją Potępienia”. Owszem, to też nie jest wybitna książka, ale jednocześnie to pozycja naprawdę na poziomie, dobrze pomyślana, choć prosta, ale w tej prostocie właśnie tkwi jej siła.


Pierwotnie to nie była powieść, a nowela. Na rozdmuchanie całości do długiej formy narzekali zarówno krytycy, chwalący krótszą wersję, jak i sam autor, który tekst rozwinął na żądanie swojego agenta. Nie ma co ukrywać, że owo rozwijanie jest widoczne, ale i tak to kawał dobrej książki. Oldschoolowej, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. I zdecydowanie lepszej, niż większość współczesnej literatury postapokaliptycznej, choć przecież „Aleja” jest rzeczą nieskomplikowaną i przy okazji także niewymagającą.


To po prostu kawał udanej opowieści akcji osadzonej w niegościnnym świecie przyszłości. Coś w sam raz dla miłośników „Mad Maxa” (warto tu zauważyć, że „Aleja” powstała już w roku 1967, a dekadę później doczekała się filmowej adaptacji). Zresztą całość przypomina połączenie „Mad Maxa” właśnie ze „Swobodnym jeźdźcem”, czyli dziełami, które dopiero miały nadejść. Czy Zelazny był inspiracją w szczególności dla tego pierwszego, trudno rozsądzić, skoro twórcy na ten temat milczą, ale pod wpływem „Alei Potępienia” powstało wiele najróżniejszych dzieł, łącznie z jednym z komiksów z serii „Sędzia Dredd”. Przede wszystkim jednak po dziś dzień rzecz robi spore wrażenie, serwując kawał dynamicznej, świetnie napisanej lektury – po prostu żel… zelaznej klasyki – którą pochłania się na raz. Polecam.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tokyo Ghoul:re #11 - Sui Ishida

STARE-NOWE TOKYO


Śmiało można powiedzieć, że poprzedni tom „Tokyo Ghoula:re” stał się swoistym połączeniem starego i nowego. Starym był powrót do równowagi sił, niektórych wątków i tym podobnych spraw. Nowa pozostała cała reszta. W jedenastej części serii tendencja ta jest kontynuowana, utrzymując jednocześnie poziom ostatnich tomów. Komu więc te odsłony serii się podobały, na pewno nie będzie zawiedziony i będzie bawił się znakomicie.


Walka z klaunami trwa, a ich ataki na oddziały BSG nie ustają. Tymczasem działania Kanekiego, który chce zmienić na zawsze relacje między ludźmi i ghulami, zdumiewają coraz bardziej wszystkie strony konfliktu, łącznie z jego dawnymi towarzyszami z oddziału Quinx. Ale czy to na pewno jego prawdziwy cel? I co właściwie oznacza obecna sytuacja?


Stare „Tokyo Ghoul” było dość prostą opowieścią akcji osadzoną w horrorowych realiach, w której równie wiele co walk, było spokojnych, przegadanych momentów. Nowe, czyli seria „Tokyo Ghoul:re”, poszła inną drogą. Owszem nadal mamy tu horror, wciąż nie brak epickich starć, a i momentów skupionych na rozmowach między bohaterami jest wiele, ale jednocześnie widać, że to całkiem nowa opowieść. Co się zmieniło? Przede wszystkim inaczej zostały rozłożone akcenty. Co istotniejsze jednak strony serii zaludniono większą ilością postaci, których losy śledzimy właściwie jednocześnie. Wprowadza to czasem chaos, można się też w wątkach i bohaterach pogubić, a ich wzajemne relacje, mocno zorientowane przy tym na pogaduszkach i sprawach prywatnych, w znacznym stopniu spowalniają akcję.


Jak jednak pisałem na wstępie, od dziesiątego tomu powróciła część wątków i postaci. Wciąż więcej jest tego nowego „Tokyo Ghoula”, ale przecież ma on swój urok, zachowuje dobry poziom i dostarcz dobrej rozrywki. Bo chociaż całość ma status opowieści grozy, a makabra, lejąca się krew i rozczłonkowywane, dekapitowane ciała są tu na porządku dziennym, „TG:re” to wciąż przede wszystkim shounen, ze wszystkim za co ten gatunek tak jest uwielbiany na całym świecie. Do tego wszystkiego dochodzi nieco większy ciężar samej opowieści, ale autor nie zapomina przy tym o humorze, którego jest tu całkiem sporo – nie tylko w stricte komediowych dodatkach – lekkości i, oczywiście, dawki tajemnicy.


Do tego dochodzi znakomita szata graficzna. Co prawda od pewnego czasu autor chyba już czuje znużenie materią, bo upraszcza swoje rysunki, wciąż jednak są realistyczne, szczegółowe i robią wrażenie. Duża w tym zasługa wykorzystywania zdjęć i komputerowych tricków, ponieważ jednak Sui Ishida wkomponowuje je z głową i talentem, całość jest spójna i doskonale do siebie pasuje.


I tak oto w ręce miłośników shounenów i dynamicznych horrorów trafia kolejna seria warta poznania. „Tokyo Ghoul” to kawał udanej rozrywki utrzymanej na dobrym poziomie, mającej dobry klimat i interesującą treść. Polecam zatem z czystym sercem, bo nawet mimo drobnych minusów, wypada znakomicie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 29 maja 2019

Złoty rycerz - Nao Tsukiji

KOBIECY RYCERZ


Najnowsza jednotomówka od Waneko, „Złoty rycerz”, to zbiór wczesnych mang Nao Tsukiji, autorki takich tytułów, jak „Dziewczyny z ruin” czy „Dairyuukoku Kaden”. Jak możecie oczekiwać po tytule, całość w pewnym sensie jest opowieścią fantasy. Przede wszystkim jednak to stricte kobieca manga, niepozbawiona akcji, ale nastawiona na trafienie bardziej w gusta czytelniczek niż czytelników.


„Złoty rycerz” składa się z trzech krótkich mang autorki z jej debiutanckiego okresu. W pierwszej z nich, tytułowej, Kusanagi Yasaburou, stróż prawa ze stolicy, przybywa na prowincję by sprawdzić, jak się wiedzie jego koledze po fachu, Shirou. Ten jednak nie ma się za bardzo czym pochwalić. Nie przypadkiem jednak ten niegdysiejszy członek Gwardii Złotych Lwów został zdegradowany i trafił na totalny wygwizdów, a obecna opinia zboczeńca i słabego głupka nie poprawia jego sytuacji. Jednak Shirou wciąż potrafi coś z siebie wykrzesać. Tylko co z tego czegoś może wyniknąć? I czy jeszcze choć na chwilę pokaże on swoją dawną chwałę?

W drugiej opowieści poznajemy Anzu Aoedę z położonej w głębi lasu wioski Shinju. Dziewczyna jest piastunką dzwonu – kiedy wsi coś zagraża, powiadamia o tym wszystkich. A co może zagrażać? Anzu podobno miewa prorocze sny. Te zdarzają się raz na 80 przypadków – o ile w ogóle – i nikt już za bardzo w nie nie wierzy. Ale czy słusznie postępują? Zbiorek wieńczy krótki komiks o Momone, która trafia do otwartego tylko w wolne dni sklepu z różnościami.


„Złoty rycerz” to zbiorek lekki, prosty i szybki w odbiorze. Trzy historie, niby różne od siebie, jednocześnie są tak względem siebie bliskie, że mogłyby stanowić właściwie części jednej, tej samej opowieści. I to nie tylko jeśli chodzi o grafikę, która przez całą długość tomiku zachowuje identyczną stylistykę, nawet w debiutanckiej mandze, na którą autorka tak sarka. Fabularnie rzeczy utrzymane są w podobnym klimacie, mają też podobną konstrukcję, postacie są skrojone w zbliżony sposób, choć oczywiście nie są kopiami swoich poprzedników, a charakter całości – jak pisałem na wstępie – jest stricte kobiecy.


Co o tym decyduje, nie trudno zgadnąć. Piękni chłopcy (do tego stopnia, że na początku jednego uważałem za dziewczynę – cóż, zdarza się ;) ), faceci chodzący w butach na wysokim obcasie i to na dodatek sięgających im połowy uda, do tego przywiązanie do strojów, ozdobnych detali… Długo by wymieniać, ale każdy chyba wie już czego może oczekiwać. Ale nie tylko kobiety znajdą tu coś dla siebie. To niezła fantastyka, mająca swój urok i klimat i mogąca pochwalić się naprawdę znakomitą, bogatą w szczegóły szatą graficzną.


Kto więc lubi mangową fantastykę, nie będzie zawiedziony. „Złoty rycerz” to ciekawa, sympatyczna jednorazowa rozrywka. Coś do połknięcia na raz w wolnej chwili.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Wolverine: Staruszek Logan - Mark Millar, Steve McNiven

UPADEK BOHATERÓW


Jedni kochają Millara i jego brutalne komiksy, inni nazywają psychopatą i odżegnują od czci i wiary. Ja należę do tej pierwszej grupy, bo wychodzę z założenia, że bohater powinien być ludzki. Czytelnicy narzekający na Millara oczekują, że heros będzie sztampowy, stricte dobry i bez wyrazu. Że zawsze będzie postępował jak należy, a  jego naiwność i infantylność uratują wszystko. Takim odbiorcom polecam „Thorgala”, a wszystkich tych, którzy chcą czegoś ambitnego, mądrego i niebanalnego, a przede wszystkim prawdziwego, z czystym sumieniem zachęcam do sięgnięcia po komiksy scenarzysty, który pokazuje, że władza deprawuje, a bohaterowie to takie same łajzy, jak większość ludzkości – różnią ich tylko pewne zasady i strona barykady, po której stoją. I o tym właśnie traktuje „Staruszek Logan”.


Pięćdziesiąt lat temu wszyscy źli Marvela połączyli siły i pokonali bohaterów, wymordowując większość z nich. Ich przeważające siły bez trudu rozgromiły herosów i doprowadziły do podziału Stanów Zjednoczonych pomiędzy zbrodniarzy. Teraz Ameryka to zrujnowana, postapokaliptyczna scenerią pustynia, gdzie na mieszkańców czekają tylko śmierć i zniszczenie. W takim świecie żyje także on, Logan. Dawniej był Wolverine’em, ale po tym, co zrobiono mu pół wieku temu, poprzysiągł nigdy więcej nie uciekać się do przemocy, chociaż czasem świerzbią go ręce. Gdy Logan, wraz z żoną i synami, nie jest w stanie zapłacić kolejnej raty Hulkom, angażuje się w nielegalną wyprawę ze ślepym Hawkeyem przez całe Stany, żeby dostarczyć tajemniczą walizkę. To, co miało być tylko przejazdem przez zrujnowany kraj, przeradza się w odkrywanie tajemnic upadku herosów i Logana, a także prawdziwa walką o przetrwanie, kiedy na drodze obu pojawiają się coraz to nowe kłopoty, o jakich nigdy by nie pomyśleli…


„Staruszek Logan” to jeden z najlepszych komiksów, jakie stworzył Mark Millar. Lepszy od „Czerwonego syna” czy nawet „Wojny domowej”, nieznacznie tylko przegrywa z „Kick Assem” (chociaż nie tomem trzecim), zabierając czytelników w emocjonującą wyprawę do świata, w którym nie ma już nadziei na to, że bohaterowie zmartwychwstaną, że ktoś się zbuntuje albo pojawi się ktoś nowy, kto zdoła wszystko naprawić. Dystopijna wizja, pełna przemocy i beznadziei, to coś, w czym Millar czuje się jak ryba w wodzie. Nic dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku wyszła z tego jedna z najlepszych opowieści o Wolverinie i X-Menach, jaką kiedykolwiek napisano – a zarazem jedna z dwóch najlepiej sprzedających się opowieści Marvela (drugą jest „Wojna domowa” – tego samego scenarzysty). Millar nie oszczędza nikogo, przeżyli tylko ci bohaterowie, którzy nie zasługiwali na zabicie, bo byli zbyt słabymi graczami. Hawkeye jest ślepy (echa „Powrotu Mrocznego Rycerza” Millera i analogicznej postaci, Green Arrowa, który traci rękę), Wolverine złamany, są tacy, którzy chcieliby zrobić rewolucję, ale nim mogą się nawet zorganizować, czeka więc ich tylko śmierć. Poza tym twórcy genialnie udaje się wybrnąć z wątku złamania głównego bohatera, chociaż akcja poprowadzona została tak, że nawet brak wyjaśnienia byłby absolutnie do przyjęcia. Całość dodatkowo wypełniają smaczki z odniesieniami do całego uniwersum Marvela i innych komiksów Millara, a także swoista polemika autora z tradycją komiksową.


Strona graficzna albumu to świetne rysunki McNivena i trochę zbyt kiepski tusz i kolor, jak na taką grafikę. Inker momentami odebrał całości pewną zwiewność, koloryści zagubili gdzieś jakość kreski, chociaż i sam rysownik czasem burzy proporcje postaci czy perspektywę. Ale tak czy inaczej rysunki są świetne, a całość robi wielkie wrażenie. Tak samo, jak świetne nowe wydanie od Egmontu (wcześniej rzecz ukazała się w kolekcji WKKM).


Polecam gorąco, bo nie znać go, jeśli lubi się komiksy Marvela, mutantów i tego najciekawszego z ich przedstawicieli, Wolviego, po prostu nie wypada. W końcu to prawdziwa rewelacyjna, ocierająca się miejscami o geniusz. Rozejrzyjcie się za nią wśród nowości, nie pożałujecie.







wtorek, 28 maja 2019

Tetris. Ludzie i gry - Box Brown

TETRA I TENIS


Czy jest ktoś, kto nigdy nie grał w „Tetris”? Ręka do góry, proszę. Nie widzę. No właśnie, bo ta świętująca w tym roku swoje trzydziestopięciolecie gra to światowy fenomen, którego nie zabił nawet rozwój technologiczny, pozwalający miłośnikom cyfrowej rozrywki przenieść się na nieosiągalny dotąd poziom. Ale jak w ogóle powstał „Tetris”? Na to pytanie z nawiązką odpowiada niniejsza powieść graficzna, która jednocześnie dostarcza nam krótkiej historii gier jako takich, podanej w jakże lekkiej, przystępnej formie.


Jest rok 1984. Młody Aleksiej Pażytnow pracujący w Centrum Komputerowym Akademii Nauk ZSRR wciąż rozmyśla o grach. A konkretnie o swojej ulubionej „Pentomino”, zwodniczo prostej rozrywce polegającej na układaniu drewnianych elementów tak, by zmieściły się w małym pudełku. Pomysł przeniesienia jej na cyfrowe medium i zmienienia w cos autorskiego nie daje mu spokoju, aż w końcu rozpoczyna jego realizację. Chociaż pierwsze próby nie są w pełni zadowalające, gra zaczyna wciągać twórcę, a wkrótce także jego kolegów, którzy przez nią zaniedbują nawet obowiązki służbowe. Tak powoli rodzi się gra, której nazwa zaczerpnięta zostaje ze słów „tetra” i „tenis”. Gra niezwykła, bo w dobie dominacji Nintendo na światowym rynku, wybicie się, nie wydawało się łatwe. A jednak Poażytnow i jego koledzy zdołali osiągnąć coś, o czym nawet nie śnili. A wszystko zaczęło się od pasji…


I przede wszystkim opowieścią o pasji właśnie jest „Tetris” Boxa Browna, cenionego autora, którego oszczędna stylistyka znakomicie pasuje do tej opowieści. Jedynie same rozważania nad historią gier i ich genezą mogłyby być poprowadzone inaczej, bo wydają się zbyt oczywiste, ale to naprawdę drobiazg. Cała reszta bowiem to kawał świetnej powieści graficznej, którą czyta się szybko, przyjemnie i nostalgicznie. Przecież niejedno pokolenie graczy wychowało się już na „Tetrisie” (we mnie samym odżyły wspomnienia pierwszej konsoli z tą grą, kupioną mi w dzieciństwie przez ojca) i wciąż kolejne dołączają do tego grona.


Brown stworzył autentycznie intrygujący i zajmujący komiks. Coś dla miłośników cyfrowej rozrywki, jak i zupełnych laików, którzy chcieliby po prostu przeczytać dobrą opowieść biograficzną, niestroniącą od ukazania nam paru wydarzeń z historii ludzkości, wracając właściwie do zarania dziejów. A wszystko to ukazane w sposób oszczędny, ale udany. Bo szata graficzna, choć dość prosta, utrzymana w typowej dla współczesnych komiksów niemainstremowych stylistyce, gdzie za cieniowanie służy jedynie nałożenie dodatkowej barwy, pozostaje miła dla oka i – jak już wspominałem – dobrze pasuje do całości. Wydanie też nie zawodzi, więc rzecz dodatkowo ładnie prezentuje się na półce.


Miłośnikom tego typu komiksów „Tetris” polecać nie muszę, sięgną i bez tego. Fanów gier jednak zachęcam do poznania całości. Naprawdę warto.


A wydawnictwu Marginesy dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Plunderer #2 - Suu Minazuki

MAJTECZKOWY BITEWNIAK


Shouneny można podzielić na kilka kategorii. Bezwzględnie królują wśród nich rozsławione w szczególności przez „Dragon Balla” bitewniaki, ale świetnie radzą sobie także wszelkiej maści historie, gdzie nie brak scen majteczkowych i szeroko pojętej łagodnej erotyki. „Plunderer” w zgrabny sposób łączy ze sobą oba te rodzaje, serwując kawał znakomitej rozrywki utrzymanej na zadziwiająco wysokim, jak na temat poziomie.


Sierżant Lyne wciąż poszukuje Rihito, człowieka, który okazał się legendarnym Czerwonym Baronem, bohaterem Wojny Porzuconych, którego poszukuje wojsko. Wszystko przez to, że posiada jeden z artefaktów, tajemniczych przedmiotów dających ich posiadaczowi wielką moc. Owa moc zależy oczywiście – jak wszystko na tym świecie – od ilości punktów posiadanych na koncie przez właściciela. Ale sprawa z Rihito nie jest taka, jak mogłoby się wydawać. W pościgu za nim Lyne przeszkadzają codzienne sprawy mieszkańców miasta, którzy zachowują się jakby byli jedną, wielką rodziną. Co więcej nasz Czerwony Baron nie tylko nie wydaje im się żadnym zagrożeniem, ale zaskarbia sobie ich sympatię, kiedy wbrew pozorom, zamiast uciekać przed policjantką, angażuje się w pomaganie jej i potrzebującym. Przynajmniej na tyle, na ile może zanim Lyne nie spróbuje dorwać go w swoje ręce (świecąc przy tym majteczkami, bo jakżeby inaczej).

I tu pojawia się problem. Bo oto do akcji wkracza Stalowy Jail, funkcjonariusz legalnie władający artefaktem. Rihito jest pewien zwycięstwa, jednak kiedy okazuje się, że stróż prawa ma na koncie więcej punktów od niego, pojawiają się problemy. Czy w takiej sytuacji uda mu się wygrać? A jeśli nie, jaki czeka go los?


Bitewniak i majteczki? Co, nie jest to zbyt oryginalne połączenie. Wystarczy wspomnieć choćby niezłą (ale jednak nie wybijającą się ponad inne shouneny) serię „Dragons Rioting”. „Plunderer” jest jednak od niej lepszy, bo jego fabuła nie jest tak pretekstowa, a żarty nie skupione tylko i wyłącznie w obrębach miejsc między nogami bohaterek i bohaterów. Owszem, takich także nie brakuje, bo po co inaczej autor miałby skąpo odziewać swoje kobiece postacie i kazać im w minispódniczkach robić takie ewolucje, ale jednocześnie Suu Minazuki bawi się swoją opowieścią, nawet z nutą satyry i potrafi zaskoczyć swoim podejściem.


A jak ot wszystko jest znakomicie narysowane! Kreska tradycyjnie prosta, ale dynamiczna, pełna detali i realizmu, a przede wszystkim rewelacyjnego klimatu. Ogląda się to znakomicie, bo i walki są należycie epickie, i bohaterki seksowne, jak być powinny. Do tego wszystkiego dochodzi też porcja uroku i szczypta horroru. Kto więc lubi dobrze shouneny, „Plunderer” trafi w jego gust. Zabawa z tą serią z każdym tomem jest coraz lepsza, dlatego polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 27 maja 2019

Szkolne życie! #11 - Sadoru Chiba, Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

SZKOLNE PRZEŻYCIE


To już przedostatni tomik „Szkolnego życia”. Szkoda, bo seria ta, która zaczęła się niczym słodka wariacja na temat zombie, w której akcja stanowiła jedynie pretekst dla pokazania seksownych, niewinnych dziewczyn i dawki grozy, połączonej z lejącą się krwią. Potem jednak całość zmieniła się w kawał dobrego survival horroru w stylu „Resident Evil”, z zagadkami, akcją, zagrożeniem i nutą erotyki i zaczęła tak wciągać, że trudno było doczekać się kolejnych tomików. A przedostatni trzyma poziom i jeszcze bardziej rozbudza mój czytelniczy apetyt.


Bohaterki z klubu szkolnego życia wpakowały się w nie lada tarapaty. Znów. Kiedy znalazły się w Megurigaoce, miejscu, w którym wszystko się zaczęło, a także skontaktowały się z oddziałem ochrony, sądziły, że upragniony ratunek w końcu nadejdzie. Niestety wszystko wskazuje na to, że ich „ratownicy”, którzy właśnie są w drodze do nich, mają jedno proste zadanie – zniszczyć wszystko tak, by nie został nikt żywy. Dziewczyny jednak nie zamierzają się poddawać. Świadome, że ochrona też posiada aplikację Bowman i będzie w stanie odkryć czy mówią prawdę, postanawiają przekazać im informacje, że mają w swoich szeregach kogoś, komu udało się zwalczyć zakażenie. Oddział ochrony, który od dawna poszukiwał kogoś, kto by przeżył, jest zainteresowany tym faktem. Niestety dziewczyny przekonują się, że nie mogą liczyć na ratunek. Gdy kłamstwa „ratowników” wychodzą na jaw, czeka je kolejna przeprowadzka. Co jednak spotka je w drodze? Gdzie mają teraz skierować swoje kroki? I jakie zagrożenia czekają na nie na tej ostatniej prostej?


„Szkolne życie” to manga, która w pewnym stopniu przypomina mi filmy kinowe z serii „Resident Evil”. Oczywiście jeżeli boicie się poziomu, jaki reprezentowała ta seria (choć wcale tak źle nie było, mimo kilku kiepskich odsłon całość dało się obejrzeć bez bólu), to przestańcie, bo ta manga jest od nich lepsza. To w końcu kawał świetnej opowieści, gdzie urok, humor, klimat, krew i napięcie przeplatają się zagadkami, konkretną akcją i żonglowaniem motywami z opowieści o zombie i survival horrorów. Dzięki temu nastrój panujący na stronach przypomina mi horrory z lat 70. XX wieku, połączony oczywiście ze stylistyką typowo mangową.


Ta stylistyka – mowa oczywiście o grafice – mocno przypomina mangi tworzone na podstawie anime. Ale te z wyższej półki, że tak je określę, lepsze jakościowo i w niczym nieustępujące normalnym seriom, jak np. „Neon Genesis Evangelion” czy „Dziecię bestii”. Dużo rastrów, dużo uroku, sporo mroku… Ogląda się to tak samo przyjemnie, jak czyta. Manga bywa zarówno słodka, jak i makabryczna, a wszystko to doskonale do siebie pasuje.


Kto szuka dobrej survival horroru i takiej samej opowieści o zombie, powinien po „Szkolne życie” sięgnąć. Naprawdę warto. Aż szkoda, że kolejny tom będzie już ostatnim.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









niedziela, 26 maja 2019

Ayako - Osamu Tezuka

MISTRZOWSKA MANGA


Czy „Ayako” to najbardziej wyczekiwana przeze mnie manga z wydanych przez Waneko z okazji 20-lecia istnienia wydawnictwa? Patrząc na „Card Captor Sakura” i „Magic Knight Rayearth” trudno mi to rozsądzić, ale na pewno to właśnie w tym tytule pokładałem największe nadzieje. I nie zawiodłem się. W moje ręce trafił tom imponujący nie tylko grubością (siedemset stron w twardej oprawie robi wrażenie), ale także i swoją jakością. Można klasyki nie lubić, ale nie można nie docenić jej głębi, odwagi, wspaniałego wykonania i siły, z których współcześni autorzy wciąż mogą się wiele nauczyć.


Rok 1949. Jirou Tenge, żołnierz i były więzień obozu koncentracyjnego w Manili, powraca do rodziny. Podczas jego pięcioletniej nieobecności wiele jednak w domu się pozmieniało. Ojciec ma do niego pretensje, że wrócił żywy, zamiast oddać życie za kraj, matka się cieszy, ale wszyscy ukrywają przed nim pochodzenie nowego członka rodziny – dziewczynki o imieniu Ayako.

Ale i Jirou też niejedną rzecz ukrywa. Jest bowiem tajnym współpracownikiem amerykańskich sił okupacyjnych a w rodzinnych stornach ma do wykonania konkretne zadanie – musi zabić chłopka swojej siostry, zaangażowanego w działalność ruchu komunistycznego. Niestety jego działania zostają zauważone przez służącą i małą Ayako. Teraz Jirou będzie musiał się ich pozbyć…


„Ayako” po raz pierwszy pojawiła się w Japonii w 1972 roku. Patrząc na to dzieło z perspektywy historii komiksu, trudno nie docenić jego wielkości, bo odwagą, dojrzałością i powagą wyprzedzał swoje czasy – okres dojrzałych, mocnych komiksów choćby na rynku amerykańskim, który od zawsze wyznaczał światowe trendy, miał nadejść dopiero za niemal piętnaście lat. Tymczasem Tezuka wziął na warsztat tematy ważkie, intrygujące i niepozostawiające czytelników obojętnymi, poruszając wątki zdrady, wypożyczania żony czy znęcania się nad niepełnosprawną służącą. Jednocześnie zrobił to w sposób przekonujący, trafiający do serca, może momentami nieco przerysowany – taki już był styl Ojca Mangi, jak zwykło się go nazywać – ale dostatecznie mocno trzymający się ziemi, by nie można było poczytywać tego w żaden sposób jako minus.


Tezuka, swoim rysunkami, narracją i podejściem do komiksu, zmienił na zawsze oblicze opowieści graficznych i wszystko, co sprawiło tę rewolucję widoczne jest w „Ayako”. Manga ta, to świetnie opowiedziana, z filmowym zacięciem, doskonale dawkowanym napięciem i niespieszną, choć przecież pełną akcji treścią historia. Historia dla dorosłych, bo mimo lekkiej szaty graficznej, pełnej cartoonowych naleciałości i uproszczeń, nie brak tu brutalności czy erotyki. Nie jest ich dużo (wbrew temu, co może sugerować nagość ukazana na okładce), ale elementy te są wyraźne i trudno je przemilczeć.


A skoro o rysunkach mowa, wspominana już cartoonowość i towarzyszące jej uproszczenia, spotykają się w „Ayako” z realizmem i doskonałym oddaniem detali. Świadczą o tym takie sceny, jak ta ukazująca łąkę pełną drobnych źdźbeł trawy czy obsypane listkami drzewo. Ba, znajdziecie tu nawet wybuch wyglądający, jakby wyszedł spod ręki Vincenta Van Gogha. Wszystko to wpada w oko, może i jest archaiczne, może nie dla każdego współczesnego miłośnika mangi pociągające, ale pokazujące talent i świetne wyczucie komiksowej materii.


Dlatego polecam gorąco. Można klasyki nie lubić, ale znać wypada. Tym bardziej, że jest tak pięknie wydana jak ten tom (twarda oprawa, dobry papier, dodatkowa obwoluta). I przede wszystkim tak rewelacyjna. Oby więcej takich mistrzowskich opowieści pojawiło się na naszym rynku.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








sobota, 25 maja 2019

Płomień serca - Orson Scott Card

ALVIN POWRACA… RAZ JESZCZE



Kiedy niemal trzy lata temu wydawnictwo Prószyński zaczęło wznawiać serię "Opowieść o Alvinie Stwórcy", tysiące fanów dobre fantastyki – w tym oczywiście ja – miało powody do zadowolenia. Przyznam jednak, że kiedy po wydaniu czwartego tomu niemal przez rok wydawca milczał na temat ciągu dalszego, zacząłem obawiać się, że może sprzedaż na kolana nie powaliła i nie dostaniemy całości. A jednak niedawno piąta odsłona cyku trafiła na księgarskie półki i co tu dużo mówić, warto było czekać. Jak zawsze bowiem w rękach czytelników znalazł się kawał dobrej literatury, która nie przypadkiem była nominowana do Locus Award w 1999 roku.


Chociaż los połączył Peggy i Alvina, a ich relacje ewoluują i prowadzą do wielkich zmian w życiu obojga, ich drogi znów będą musiały się rozejść. Gdy Alvin wraz z towarzyszami Verily’m Cooperem, Arthurem Stuartem i Mike’iem Finkiem dołącza do wyprawy ornitologa Johna Jamesa Audubona, trafia na północ, gdzie zdolności, jakimi włada uważane są za przestępstwo, za które kara może być tylko jedna – śmierć. Tymczasem kierowana wizjami przyszłej wojny Peggy wyrusza na południe, by zapobiec tragedii i przywrócić pokój. Dla obojga nastaje czas prób, którego mogą jednak nie przetrwać…


„Płomień serca” to na chwilę obecną przedostatnia powieść o Alvinie Stwórcy. Co prawda istnieją jeszcze opowiadania, komiksy oraz gra, a sam autor zapowiada od pewnego czasu powrót do cyklu książką zatytułowaną „Master Alvin”, ale to już temat na zupełnie inne rozważania. Jednocześnie, jak już pisałem, jest to piąta odsłona cyklu, na dodatek cyklu, który w pierwotnym zamierzeniu miał być jedynie trylogią. Autor mógł się więc zmęczyć materią, znudzić – miał do tego pełne prawo. Na szczęście nic takiego się nie stało, pisarz wciąż ma wiele do powiedzenia a sposób, w jaki to robi, wypada docenić.


„Płomień serca” (tytuł może i nie brzmi zbyt intrygująco, właściwie jak jakieś tanie romansidło, ale cóż na to poradzić) to kawał świetnej fantastyki spod szyldu alternate history. Magia, wszelkiej maści niezwykłości i typowe dla fantasy wątki splatają się tu z postaciami i wydarzeniami historycznymi. Daje to nie tylko poczucie realizmu (tak się ciekawie złożyło, że jestem właśnie po lekturze biografii Audubona, który pojawia się w powieści), ale też i pobudza wyobraźnię, ukazując nam wariację na temat tego, jak mogły się potoczyć nasze dzieje.


A wszystko to napisane w sposób naprawdę znakomity. Lekki, ale nie za lekki, przyjemny, nieodstraszający swoim ciężarem nastoletnich czytelników, ale i odpowiednio dojrzały dla odbiorców dorosłych. Nic dziwnego, że powieść czyta się szybko, znakomity klimat wywołuje wiele emocji, a finał pozostawia niedosyt. Miłośnicy serii będą z „Płomienia serca” bardzo zadowoleni. A co z fanami fantasy? Zaczynać od tego tomu im nie radzę, ale za to polecam gorąco cały cykl, bo po prostu jest tego wart.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński iS-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 24 maja 2019

Audubon. Na skrzydłach świata - Fabien Grolleau, Jeremie Royer

BIOGRAFICZNY KOMIKS DROGI


„Audobon: Na skrzydłach świata” to bezwzględnie najlepsza  dotychczas wydanych przez Marginesy powieści graficznych. Lekka, intrygująca opowieść drogi, pełna urzekających widoków i pasji. I chociaż jej autorzy do biografii tytułowego ornitologa podchodzą z dużą swobodą (która zresztą jemu samemu nie była niczym obcym), niniejszy album zdecydowanie bardziej wart jest poznania niż stricte naukowe opracowania. I jak potrafi przy tym zarazić zainteresowaniem ptakami.


Początek XIX wieku. John James Audubon, miłośnik naszych skrzydlatych przyjaciół, zapalony ornitolog, wpada na pomysł tak szalony, jak niezwykły: chce wyruszyć na wyprawę, podczas której pozna i namaluje wszystkie ptaki Ameryki! Zadanie to imponujące, tym bardziej, że zasoby Audubona są raczej skromne. Przyrządy malarskie, asystent i broń na wszelki wypadek to wszystko, na co może liczyć. A przecież natura ani ludzie nie będą go oszczędzać. Wśród sztormów, doskwierającej na każdym kroku pogody, dzikich bestii zaludniających oddalone od rozwijającej się cywilizacji miejsca, a także wrogów z tego samego co Audubon gatunku, dzielny ornitolog powoli tworzy dzieło swojego życia. To, co ostatecznie powstanie, zamknie się w liczącej 435 akwareli księdze, której tylko nieliczne egzemplarze przetrwają do czasów obecnych, o których autor nawet nie śnił. Jednak zanim uda mu się osiągnąć cel, czeka go wiele trudów, jakich się nie spodziewał…


Chociaż od zawsze przyroda w różnych swych przejawach znajdowała się wśród moich zainteresowań, życie ptaków ani one same jakoś nieszczególnie mnie fascynowały. Nie trzeba jednak być przesadnie wyrobionym czytelnikiem, by zdawać sobie sprawę z faktu, że dowolne dzieło może być udane, wręcz genialne, bez względu na podejmowaną tematykę czy czytelnicze preferencje. Po niniejszy album sięgnąłem więc z ochotą, tym bardziej mając w pamięci porażające wrażenia, jakie zostały mi z bliźniaczej niemalże lektury „Księgi ryb Williama Goulda”. I chociaż „Audobon: Na skrzydłach świata” poziomem nie może równać się rewelacyjną powieścią Richarda Flanagana, to cieszę się, że mogłem go przeczytać.


Bo to, skrótowo rzecz ujmując, kawał dobrej opowieści drogi. Może historycznej, może biograficznej, ale mającej w sobie moc typową dla takich właśnie dzieł. Misja Audubona to nic innego, jak quest, opowiedziany w sposób lekki, przygodowy, czasem dramatyczny, czasem nostalgiczny. Autorzy, jak już pisałem i jak sami przyznają, do biografii ornitologa podchodzą z pewną swobodą. Ale w końcu on sam koloryzował wydarzenia ze swojego życia, fakty mieszał z fikcją (można by rzec kłamstwami, ale podobno w wiele z nich autentycznie wierzył), więc trudno scenarzyście zarzucić tu niekonsekwencję. Za to należy docenić wyczucie historii i naprawdę udane jej ukazanie.


A skoro o ukazaniu mowa, szata graficzna całości to kawał świetnej roboty. Rysunki są dość typowe, sporo w nich uproszczeń, jednocześnie jednak znakomity kolor zmienia wiele plansz w rewelacyjne dzieła. Jako całość „Audubon” też wypada znakomicie, przyjemnie dla oka i bardzo klimatycznie. W skrócie: kolejny interesujący nieminstremowy album dla miłośników europejskich komiksów.


Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Konkurs:

Do wygrania czeka na Was jeden egzemplarz komiksu "Audubon". Co trzeba zrobić? Odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego to do Was właśnie powinien trafić komiks. Autor najciekawszego komentarza zostanie nagrodzony albumem. Konkurs trwa do 31.05.2019r. do godziny 23:59.

Regulamin konkursu dostępny tutaj.

Niezwykłe przygody Applejack - Adrianna Zabrzewska, Monika Nikodem

NIEZWYKŁE KUCYKI Z FIGURKĄ


Nie ma co ukrywać, że największą atrakcją niniejszej książeczki – jak i wszystkich pozostałych z tej serii – jest dołączona do niej figurka. Ale to nie jedyny plus całości. Na małych miłośników kolorowych kucyków czeka jak zwykle porcja dobrej zabawy. Bo książeczka oferuje nie tylko historyjkę i zabawkę, ale także takie miłe dodatki, jak naklejki.


Oto w Appleloosie dochodzi do prawdziwej tragedii! Z sadu znika Bloomberg, ukochana jabłonka Applejack, a że sama zniknąć nie mogła, Kucyki podejmują się śledztwa. Oczywiście okazuje się, że za wszystkim stoi złodziej, ale… Właśnie, dopiero wtedy pojawiają się kolejne pytania. Bo po co ktoś chciałby kraść drzewko? W tej sprawie nic nie jest takim, jakie się wydaje!


Pierwszą rzeczą składającą się na tą wydrukowaną w formie zeszytu książeczkę jest oczywiście krótka opowieść z Kucykami. Zazwyczaj w przypadku takich pozycji, w ręce czytelników trafiało opowiadanko ilustrowane przerobionymi (bądź też nie) kadrami z serialu. W tym wypadku rzecz ma się zupełnie inaczej, bo na miłośników Kucyków czeka komiks. Co cieszy, bo chociaż rzecz jest krótka i stanowi pretekst do zaangażowania czytelnika w zabawę, to w końcu stanowi kolejną opowieść graficzną do kolekcji. A że ostatnio zarówno główna seria My Little Pony: Przyjaźń to magia”, jak i jej spin-off „My Little Pony: Przyjaciółki na zawsze” ukazują się coś rzadko, tym bardziej należy docenić nawet taki drobiazg.


Ale „Niezwykłe przygody Applejack” to nie drobiazg. To kawał świetnej publikacji dla najmłodszych, która oferuje nam kolejną z przygód Kucyków, ale podaną w sposób jak najbardziej interaktywny. Fragmenty komiksów prowadzą nas do zadań, które musimy rozwiązać (za każde dobrze zrobione możemy przyznać sobie punkt w postaci naklejki – naklejki są oczywiście załączone do książeczki), a takie podejście do tematu wciąga małych czytelników bardziej, niż większość opowieści skupionych tylko na tekstowym czy graficznym przekazie treści.


Ale tekst całości też jest udany – a właściwie scenariusz – i rysunki także nie zawodzą. Książeczka jest barwna, kolorowa, cukierkowa… Po prostu słodka, jak słodkie mogą być wielkookie zwierzęce postacie w kolorach tęczy. Do tego całość została bardzo ładnie wydana, a sama figurka jakościowo znakomita, wcale nie mała i dostarcza radości czytelnikom.


A zatem, jeśli szukacie dobrej książeczki dla miłośników Kucyków, czegoś, co da im porcję dobrej rozrywki i jednocześnie okaże wartościową, rozwijającą lekturą, już nie musicie. „Niezwykłe przygody Applejack” to odpowiedź na Wasze potrzeby. Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 23 maja 2019

Promethea, tom 1 - Alan Moore, J.H. Williams III, Mick Gray

METAFIZYKA, SYMBOLIKA I FILOZOFIA


Alan Moore od zawsze przesycał swoje komiksy symboliką, wiele ich elementów czerpał z mitologii, a w końcu otwarcie zaczął wypełniać je swoją fascynacją okultyzmem, filozofią i religijnymi przekonaniami. Wszystkie te elementy mocno widoczne były choćby w „Prosto z piekła”, „Promethea” jednak to zwieńczenie owego procesu. Wyszło z tego dzieło specyficzne. Nie tak porażające, jak najsłynniejsze utwory brytyjskiego geniusza, ale absolutnie warte poznania i jak najbardziej pozytywnie wyróżniające się na tle podobnych serii.


W V wieku naszej ery chrześcijanie zagrażają egipskim magom. Jeden z nich, by ratować córką przed masakrą, wysyła ją na pustynię. Ma nadzieję, że ocalą ją bogowie dawnego świata, nie ma jednak pojęcia, co czeka małą Prometheę…

Rok 1999. Studentka Sophie Bangs pisze pracę na temat Prometheii właśnie. Ta tajemnicza postać przez wieki pojawiała się w pracach najróżniejszych artystów, ale właściwie niewiele o niej wiadomo. W trakcie zagłębiania tematu dostaje jasne ostrzeżenie, że nie chce się w to zagłębiać. Dziewczyna niezrażona kontynuuje swoje poszukiwania, nieświadoma do czego ją to wszystko doprowadzi. Gdy zaczyna czyhać na nią realne zagrożenie, Sophie wkracza w świat magii i odkrywa swoje nowe przeznaczenie…


„Promethea” ze strony krytyków spotkała się zarówno z mnóstwem pochwał, jak i wytykaniem wtórności względem wcześniejszych pomysłów Moore’a. Zarzucano mu także brak subtelności w poruszaniu niektórych kwestii – bo autor wprost wytyka tu nam niektóre rzeczy i grozi palcem, zamiast skłonić do myślenia. Ale jednocześnie scenarzysta jest w stanie skłonić nas do refleksji, serwuje nam przy tym konkretną akcję, wiele fantastycznych wizji, a także solidną dawkę głębi i przesłania, na brak których tak bardzo cierpią komiksu głównego nurtu. Nic dziwnego, że „Promethea” doczekała się – jak większość prac Moore’a – kultowego statusu.


Ale równie świetne co treść, a może nawet i jeszcze lepsze, są ilustracje zdobiące tą serię. W szczególności prace J.H. Williamsa III, autora genialnych grafik do „Sandman: Uwertura”. Tu co prawda rysownik nie wspina się tu na takie wyżyny swego talentu, jak we wspomnianej miniserii, ale jego prace są realistyczne, czyste, przepełnione detalami, wyczuciem i budującym świetny klimat światłocieniem. Do tego dochodzi dobry kolor i tradycyjnie rewelacyjne wydanie, uzupełniające całość naprawdę znakomicie.


I tak oto w ręce czytelników trafia kolejna pozycja, której koniecznie powinni się przyjrzeć. Nawet jeśli nie jest to najlepszy z komiksów Moore’a i tak bije na głowę większość dokonań innych autorów. Dlatego jeśli szukacie dobrego komiksu, niebanalnego i z ambicjami, „Promethea” na pewno Was zadowoli.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.