czwartek, 30 kwietnia 2020

Lobo: Dzieciobójstwo - Keith Giffen, Alan Grant

WYBIĆ POTOMSTWO


„Lobo: Dzieciobójstwo” to album specyficzny, bo niemal w całości stworzony przez ojca tej postaci, Keitha Giffena. I jak na Giffena przystało, jest to album mocny, kontrowersyjny, bezkompromisowy, niepokorny i szalony. A przy okazji wcale nie głupi, chociaż skupiony przede wszystkim na jak najkrwawszej rozrywce.


Bękarty Lobo pod dowództwem jego córki Su, postanawiają pozbyć się znienawidzonego ojca. W tym celu na Czarni tworzą bazę wojskową, gdzie zwabiają go pod pretekstem działań wojennych, nieświadomi jednak, że Czarnia należy teraz do bardzo krwiożerczej rasy kosmitów. Zaczyna się 96-stronicowa masakra...


Cóż mogę o tym albumie powiedzieć, jeśli nie to, że choć jest to przede wszystkim komiks rozrywkowy i brak mu większej dozy wyższych wartości, to czyta się go świetnie. Keith Giffen, współtwórca  Lobo, który na początku rysował jedynie tę postać, by potem zostać scenarzystą jej największych przygód, tym razem sam zrobił scenariusz i rysunki, a całość okrasił tak czarnym humorem i taką brutalnością, że stworzył historię naprawdę dla dojrzałych czytelników. Historię, która bawi, śmieszy i szokuje, i o której potem się pamięta.


Bo „Lobo: Dzieciobójstwo”, choć mniej kontrowersyjny od „Lobo: Powraca”, gdzie Giffen sięgnął szczytów szokowania (mordowanie aniołów, bogów, diabłów czy scena, gdzie nasz bohater wyciąga od biednej sierotki ostatnie gorsze za wygrzebanie spod gruzów resztek ciała jej matki, co robi z humorem i cynizmem), to komiks mocny. Nie dla każdego. Historia ojca, któremu kibicujemy w coraz to wymyślniejszym mordowaniu jego dzieci na pewno nie należy do uniwersalnych dzieł dla całej rodziny, chociaż całość jest po prostu krwawą kreskówką, w której wszystko jest możliwe – łącznie ze słoneczkiem patrzącym z nieba na rzeź.


Czyta się to jednak wyśmienicie. Brak hamulców moralnych (chociaż słownictwo o dziwo jest łagodne), brak poprawności politycznej, szybkie tempo, dużo humoru i wyśmienita szata graficzna. Aż szkoda, że TM-Semic wydało ten album na kiepskim papierze i z nieszczególnie udanym tłumaczeniem (dla nieznających angielskiego przydałoby się choćby przypisy do niektórych onomatopei, bo te są równie zabawne, co wszelkiej maści dowcipy zawarte w tekście).


Tak czy inaczej warto. Dla fanów Lobo i tych, którzy lubią pośmiać się z najczarniejszego humoru to jedna z najlepszych pozycji, po jakie można sięgnąć. A że seria ma jeszcze inne znakomite tytuły do zaoferowania, cóż… Jest za czym grzebać na półkach ze starociami i wyprzedażami.

środa, 29 kwietnia 2020

Strrraszna historia: Niesamowici Egipcjanie - Terry Deary, Martin Brown, Peter Hepplewhite

MUMIE, KLĄTWY I PIRAMIDY


Chociaż jako dziecko lubiłem wiele ciekawostek historycznych i czytać o naszych przodkach także lubiłem, historia była jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie szkolnych przedmiotów. Cóż, nad zdolnościami oratorskimi nauczycieli nie będę się rozwodził, ale jedno mogę powiedzieć: gdyby o swoim przedmiocie opowiadali tak, jak robi to w swoich książkach Terry Deary, pewnie należałby do moich ulubionych. Za to niniejszy tom „Strrrasznej historii” zdecydowanie należy do moich ulubieńców, bo nie dość, że trzyma poziom, do jakiego przyzwyczaiła nas seria, to jeszcze akurat Egipcjanie byli kiedyś jednym z moich ulubionych tematów historycznych.


Egipcjanie, któż z nas ich nie zna. Budowali piramidy, wierzyli w dziwne bóstwa, zmagali się z plagami, grzebali swoich zmarłych, wyciągnąwszy im uprzednio organy wewnętrzne, a potem mumifikując ich, pisali hieroglify… Sami wiecie. A czego nie wiecie? Cóż, są rzeczy, których nawet naukowcy zajmujący się ich badaniem nie wiedzą do dziś, jednak są też rzeczy, które mogą nam przekazać. I tak oto z tej książki dowiecie się, jak piramidy zabezpieczano przed złodziejami, kogo zabiła klątwa Tutenchamona, poznacie życie faraonów, dowiecie się jak grać w kozę, przeczytacie ciekawostki o bóstwach i wiele, wiele więcej.


Pamiętam, jak będąc dzieckiem, oprócz zaczytywania się komiksami, sięgałem także po wiele magazynów dla dzieci. Jednym z nich był „Wally zwiedza świat”, a potem jego kontynuacja „Wally poznaje historię świata”. Pisma w naszym kraju już zapomniane, ale warte pamiętania. Pierwszy raz o starożytnych Egipcjanach przeczytałem gdzie indziej, nie pamiętam już gdzie, ale to właśnie przy okazji czytania tego czasopisma odżyło we mnie zainteresowanie tematem i chociaż w końcu zszedł on na dalszy plan, coraz coś wywoływało we mnie wspomnienia tamtych lat, czy to filmy pokroju „Gwiezdnych wrót”, czy horrory wszelkiej maści, gdzie pojawiały się mumie. A teraz wróciły za sprawą tego tomu „Strrrasznej historii”.


Abstrahując jednak od sentymentów i prywaty, „Niesamowici Egipcjanie” to po prostu kawał świetnej rozrywki dla całej rodziny. Lekko i prosto napisana książka, pełna takich ciekawostek, jakie najbardziej lubią wszyscy uczniowie – nieuczonych w szkole (choć oczywiście wiedza typowo podręcznikowa też się znajdzie, na szczęście podana o wiele ciekawiej). Ciekawostek trochę krwawych, trochę strasznych, ale zaserwowanych z nutą czarnego humoru i w sympatyczny sposób. Jednocześnie dzieci i młodzież dowiadują się z tej serii rzeczy, które przydadzą się im na lekcjach. Może nie w bezpośredni sposób, ale na pewno ubogacą ich wiedzę. I wcale nie są przy tym nieodpowiednie dla ich wieku. Dodatkowo całość jest zilustrowana w bardzo przyjemny dla oka sposób, co jeszcze bardziej uatrakcyjnia lekturę.


W skrócie: warto. „Strrraszna historia” ma swój urok, przede wszystkim jednak posiada dużą wartość. Dobrze więc, że po latach znów możemy się nią cieszyć w naszym kraju.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Strrraszna historia: Krwawe rewolucje - Terry Deary, Philip Reeve

STRRRASZNIE KRWAWA HISTORIA


Seria „Strrraszna historia” powstała jako edukacyjny cykl oparty na serwowaniu młodym czytelnikom ciekawostek niegrzecznych, lekko makabrycznych czy strasznych, które najskuteczniej do nich przemawiają. Nie wszystkie tomy do końca wpasowują się w ten temat, ale niniejszy na pewno doskonale oddaje duch tego, czym miał być seria. Ale czego spodziewać się po książce, która wita nas tytułem „Krwawe rewolucje”? Raczej nie książki dla najmłodszych, prawda? A jednak, bo chociaż fakty tu dalekie są od delikatności, podane zostały tak, że ani dzieci, ani ich rodzice, nie uznają lektury za nieodpowiednią.


Tam, gdzie władza, tam i rewolucje, to prawda znana każdemu. Każdy chce rządzić, w mniejszym bądź większym stopniu, nikt nie chce być rządzonym, dlatego kiedy przywódcy za bardzo uciskają lud, lud łapie za widły i tym podobne wyposażenie mu bliskie i idzie z nimi się rozprawić. I wtedy bywa krwawo. Dekapitacje gilotyną, defenestracje (nie wiecie co to? dowiecie się z książki!)… Długo można by wymieniać. Wszystko to czeka na Was tutaj. Od niewinnych wydarzeń, które kończyły się rzezią, po wiele nieudanych rewolucji. Poznacie losy gladiatora Spartakusa, dowiecie się co to bostońska herbatka i jak to było być rewolucjonistą. A to oczywiście jedynie przedsmak tego, co znajdziecie w tym niemal dwustu stronicowym tomie!


Cieszę się, że seria „Strrraszna historia” po latach nieobecności wróciła na polski rynek. Kiedy sam byłem dzieckiem, w jednym z numerów „Kaczora Donalda” zobaczyłem jej reklamę. Oczywiście z miejsca zapragnąłem ją poznać, ale, jak się okazało, księgarnie w małych miastach do najlepiej zaopatrzonych nie należą. Lata minęły zanim dorwałem w swoje dłonie kilka wydanych wtedy tomików (wówczas książeczki z tego cyklu miały mniejszy format, a okładki różniły się jeśli chodzi o opracowanie graficzne – nie były tak błyszczące, jak obecnie), a teraz znów mam okazję czytać całość.


Wracając jednak do „Krwawych rewolucji”, to nie jest to tom z głównej serii, a tzw. wydań specjalnych. Bo „Strrraszna historia” to nie jeden cykl książek, a zbiór różnych serii pisanych głównie przez Deary’ego, na które składają się tzw. książki oryginalne, specjalne i mnóstwo najróżniejszych innych publikacji, w tym pisanych przez autorów z całego świata. Mimo tej różnorodności, serie trzymają wysoki poziom i za każdym razem dostarczają wszystkiego tego, co obiecują. Nie zastąpią nauki w szkole, ale na pewno ubogacą wiedzę młodego człowieka.


Całość jest ciekawa, lekko i prosto napisana, pena humoru, świetnych ilustracji i tej atmosfery charakterystycznej dla cyklu. Nieco niegrzecznej, ale przecież nie do końca. Warto wejść w ten świat i poznać, co kryje historia. Może i bywa straszna i makabryczna, ale w gruncie rzeczy przede wszystkim jest ciekawa i to Deary wydobywa na światło dzienne wręcz po mistrzowsku.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarz do recenzji.



Sekret panny Watanuki #4 - Ema Toyama

ODWIEŚĆ OD SEKSU


Czy to shounen? Czy to komedia erotyczna? Niewyszukany komiks dla nastoletnich chłopców? Nie do końca! To komedia romantyczna z niewyszukanym humorem dla nastoletnich przedstawicieli płci brzydkiej, ale należąca do gatunku shoujo! Tak! I chociaż nie jest to dzieło wiekopomne, zabawa z „Sekretem panny Watanuki” (ach cóż za tytuł, jak z jakiegoś wiktoriańskiego erotyku!), jest przyzwoita i potrafi poprawić humor.


Leila w końcu decyduje się odwieść Owaru od seksu, zbiera się w sobie i prosi o by przestał sypiać z innymi dziewczynami. Co z tego wyniknie? Czy oddalą się od siebie, czy może zbliżą?


Shounen to czy shoujo, trudno tak do końca orzec. Fabuła z jednej strony brzmi jako typowa szojka (oto uczennica z tajemnicami zostaje wciągnięta w grę przez przystojnego chłopaka), z drugiej coś dla nastoletnich chłopaków (dziewczyna mieszka w love hotelu, a chłopakowi w głowie tylko jedno). Do tego dochodzą szkolne problemy, wiele sytuacji rodem z jakiejś gazetki XXX – ukazanych co prawda w łagodny sposób, bez nagości a tym bardziej detali wiadomych czynności, ale jednak – dużo wspomnianego niewyszukanego humoru, ale też i romantyzmu, tematyki przyjaźni, rodzinnych kłopotów… Szaleństwo, nie?


Ale Emie Toyamie udało się to wszystko połączyć w całkiem zgrabny sposób. Może i jest tu dużo erotyki, może i niewysokich lotów żarty śmieszą głównie facetów, a sama akcja to właśnie im najbardziej przypadnie do gustu (co chyba widać po samym opisie fabuły tomiku), ale jednocześnie jest w tym kobieca delikatność, miłosne zawirowania, skupienie się bardziej na przystojnych chłopcach niż seksowych dziewczynach, spora dawka romantyzmu… W skrócie rzecz ujmując, rzecz to dla obu grup docelowych, mogące zachęcić odbiorców do sięgnięcia po gatunki, które dotąd omijali. I dobrze, bo w obu jest wiele rewelacyjnych przedstawicieli wartych poznania.


Fabuła może nie każdego kupi, jednak na pewno zrobi to znakomita szata graficzna. Sporo tu realizmu, dopracowania, detali, brak typowych dla shoujo uproszczeń, pojawiają się – i to w niemałej ilości – budujące klimat rastry i tym podobne elementy. Wszystko to wygląda naprawdę znakomicie, gdzieś – znów – na styku typowych shoujo z elementami, które chyba każdy kojarzy głównie, jeśli nie jedynie, z shounenami.


Kto lubi oba gatunki, albo chociaż jeden z nich, śmiało może spróbować „Panny Watanuki” ;) Ma ona swój niegrzeczny urok, potrafi rozbawić, a i nie stroni od pikanterii. Ot niezobowiązująca rozrywka na popołudnie z komiksem w ręku.


Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.









wtorek, 28 kwietnia 2020

Monstrrrualna erudycja: Paskudne robale - Nick Arnold (ilustracje: Tony De Saulles)

PEŁZAJĄ, GRYZĄ, UCZĄ


Dzieci postrzegają świat inaczej, niż dorośli, o tym chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Ale jedno nie zmienia się niezależnie od wieku: nikt nie lubi nudy, suchych faktów i monotonii. Dlatego tak bardzo wszelka nauka, poza tą, która oczywiście nas ciekawi, wchodzi tak opornie do naszych głów. Na szczęście są dzieła takie, jak „Strrraszna Historia” czy „Monstrrrualna Erudycja”, które wiedzą, jak przekazywać fakty i robią to w tak znakomity sposób, że nawet nietrawiący danej dziedziny wiedzy czytelnik z ochotą się w nie wgryza, by przekonać się, że nie ma gałęzi nauki, która byłaby nudna, są tylko ludzie, którzy potrafią ją obrzydzić. Ale dla żadnego dziecka na pewno nudne nie są żadne robale, dlatego najnowszy tom „Monstrrrualnej erudycji” będzie dla nich szczególnie atrakcyjny.


Witajcie w świecie owadów. Są małe, mają dużo odnóży, dziwne czułki i żądła wystają z ich ciał, obmierzłe odwłoki kołyszą się obrzydliwie… Wiecie sami, jak to jest. Ale czy wiecie, że są owady zdolne do… ataków gazowych? Albo, że z sieci pewnego pająka można pleść sieci do połowu ryb? A to przecież dwa z niezliczonych przykładów ciekawostek, jakie czekają na Was w tej książce!


Na początek recenzji, trochę historii. Autorzy uczą swoich czytelników, czemu więc ja nie mógłbym swoich ;) A zatem kilka słów o narodzinach „Monstrrrualnej erudycji. Seria ta powstała trzy lata po zapoczątkowaniu wydawania „Strrrasznej historii”. Wszystko za sprawą Nicka Arnolda, który na University of North London pracował nad edukacyjnym projektem. Tak się złożyło, że wysłał do wydawcy list z po części żartobliwą propozycją, że jeśli szukaliby kogoś do napisania strasznej książki o nauce, to on byłby chętny. O dziwo wydawca odpowiedział, jak się domyślacie, pozytywnie i tak zaczęły się losy tej serii, która zresztą ukazuje się do dziś. A dokładniej cyklu „Horrible Science”, który jest jednym z kilku wchodzących w skład tego, co u nas ukazuje się pod szyldem „Monstrrrualna erudycja”.


A najnowszy tom tej serii wydany na polskim rynku to prawdziwa gratka dla każdego dziecka. Bo nie oszukujmy się, które z nich nie lubi obrzydliwych i wstrętnych rzeczy? W mniejszym bądź większym stopniu każde, bo co nas odstrasza, też i nas fascynuje, a robaki należą do najpopularniejszych tematów tego typu. Biologia w szkole jednak nie potrafi należycie wykorzystać jego potencjału – nie wincie nauczycieli, nie mają przecież czasu na omawianie długo poszczególnych zagadnień nawet gdyby chcieli, gdy goni ich program nauczania – a ta książka i owszem.


Wszystko tu jest, kolokwialnie mówiąc, strasznie fajne. Świetnie napisane, sympatycznie zilustrowane i ładnie wydane, składa się na intrygującą lekturę, która bawiąc uczy, a ucząc bawi. I to nie tylko najmłodszych odbiorców, bo wiedza tu zawarta potrafi zaskoczyć i dorosłych. Warto więc poznać „Monstrrrualną erudycję”, bo to niemal 130 stron dobrej, mądrej, pouczającej zabawy, o jakiej prędko się nie zapomina.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Monstrrrualna erudycja: Kipiący mózg - Nick Arnold (ilustracje: Tony De Saulles)

CZACHA DYMI


Po pewnym czasie przerwy Egmont powraca z nowymi tomami „Monstrrrualnej Erudycji” i „Strrrasznej historii”, serwując nam od razu aż cztery z nich. I dobrze, że na raz dostajemy aż tyle lektury, bo nie dość, że są to świetne serie dla młodych – także duchem – czytelników, to jeszcze niosą ze sobą wiele wartości. Kto szuka ciekawej nauki poprzez zabawę, koniecznie powinien poznać nie tylko ten, ale wszystkie tomy wchodzące w skład obu serii.


Ludzki mózg. Ciągle odpowiada za prawidłowe funkcjonowanie naszego ciała, ciągle nim myślimy, ale czy myślimy o nim? Właśnie, są jednak ludzie, którzy o nim myślą, wiedzą wszystko, co wiedzieć się da i przy okazji ową wiedzą dzielą się z nam. Ile nerwowych komórek jest w ludzkim mózgu? Jak działa nasza pamięć? Co nam w głowie siedzi? I co to jest ta cała szyszynka?! Gotowi dowiedzieć się tego i wszelkich innych rzeczy? A zatem do dzieła!


Nauczyciele Ci o nich nie powiedzą – tak na temat zawartych w „Kipiącym mózgu” krzyczy do nas z blurba slogan, który – chyba można tak to nazwać – reklamuje książkę. Nie jest to do końca prawda, bo znajdziecie tu wiele typowo szkolnej wiedzy, jednak pamiętajcie, że to tylko część tego, co znajdziecie w tej serii. Bo jej twórca, Nick Arnold, podobnie jak znany ze „Strrrasznej Historii” Terry Deary, za cel obrał sobie naukę poprzez zabawę, ale zabawę nie do końca grzeczną. Bo nie oszukujmy się, ale kogo obchodzą ugrzecznione i suche fakty? Na pewno nie dzieci, dlatego siedzenie w klasie jest dla nich taką męczarnią.


Ale tu suchych i nudnych, a tym bardziej ugrzecznionych faktów nie ma. Całość z założenia ma być przede wszystkim ciekawa i dopiero przy okazji (chociaż to przecież jest jej główny cel) przekazywać wiedzę. Z tego zdawałoby się paradoksu, zrodziła się znakomita seria, którą czyta się lekko, szybko, przyjemnie i z dużą ciekawością. Każdy fakt to oddzielna historyjka czy anegdota podana lekkim stylem, niby niezobowiązującym, niby stylem zwyczajnej pogawędki, a jednak zapada w pamięć bardziej, niż monotonne męczenie / nudzenie nauczyciela.


Cele dydaktyczne i rozrywkowe zostają tutaj spełnione i to na naprawdę znakomitym poziomie. „Kipiący mózg” czyta się, jak dobrą powieść dla dzieci i młodzieży, pełną bohaterów i niezwykłości, a do tego całość wieńczą naprawdę sympatyczne ilustracje Tony’ego De Saullesa, które w dobrym stylu uzupełniają całość. Wreszcie mamy też bardzo dobre wydanie, a całość pozostawia po sobie tak przyjemne wrażenie, że czytelnik na pewno nie będzie chciał poprzestać tylko na jednym tomie. Warto więc sięgnąć po tę serię i podarować ją młodszym czytelnikom, a przy okazji samemu do niej zajrzeć. Was, nas, dorosłych, też niejednego nauczy, a i nie raz rozbawi.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Dororo i Hyakkimaru #2 - Osamu Tezuka, Satoshi Shiki

OPOWIEŚĆ O PRZESZŁOŚCI


„Dororo i Hyakimaru” to remake kultowej, choć nie tak znanej, jak np. „Black Jack” czy „Atom” mangi mistrza i ojca japońskiego komiksu Osamu Tezuki. Remake całkiem udany, może nie tak bardzo, jak ocierająca się o geniusz seria „Pluto”, niemniej nadal warty poznania, jeśli lubcie shouneny. I bardzo klimatycznie przy tym zilustrowany.


Głównych bohaterów opowieści jest dwóch. Pierwszym z nich jest Hyakkimaru, ponury, potężny wojownik polujący na demony. Przemierza on kraj, nie zważając na nikogo, byle tylko wypełnić swój obowiązek. Zamiast rąk ma miecze, wydaje się nie znać strachu ani litości, ale…

Dororo to sierota, która każdego dnia próbował zdobyć coś do jedzenia, by przetrwać w biedzie wojennej rzeczywistości świata u schyłku okresu Muromachi. Kradzież to jedyne, co mu pozostało i tak pewnego dnia wpakował się w kłopoty, z których chcąc nie chcąc wybawił go Hyakkimaru, który stanął do walki z okolicznym demonem. Od tamtej pory los połączył tę dwójkę i teraz obaj lepiej się poznają. Nadchodzi czas, by na prośbę Dororo Hyakkimaru opowiada o swoją historię!


Remake’i w świecie mang i anime nie są żadnym niezwykłym zjawiskiem. Co prawda to domeną Amerykanów jest kręcenie filmów na podstawie innych filmów i wciskanie ich widzom, jako coś absolutnie wartego uwagi, ale i Japończycy w ostatnich latach postawili na powrót do kultowych anime. Seria „Neon Genesis Evangelion: Rebuild” (która w trzecim filmie poszła w dziwne rejony, ale to nie miejsce do takich rozważań), „Dragon Ball Kai” czy „Sailor Moon Crystal” są na to najlepszym przykładem. W świecie mang zdarza się to rzadziej, ale zdarza, o czym mogli przekonać się polscy czytelnicy sięgając po wspomnianego już przeze mnie „Pluto”, a teraz także czytając „Dororo i Hyakimaru”. A czy warto?


Jeśli lubicie shounenowe klimaty, opowieści przygodowe o walce z nieczystymi siłami, klimatyczne, że momentami ocierające się o horror, ale proste przy tym i bardzo lekkie w odbiorze, to tak. Podobnie jak w sytuacji, gdy jesteście miłośnikami twórczości Tezuki. Satoshi Shiki, autor m.in. „Kamikaze” nie jest co prawda twórcą tego kalibru, co odpowiedzialny za „Pluto” Naoki Urasawa, ale też daje radę, tworząc opowieść dynamiczną, nastrojową i sympatyczną w odbiorze, zaludnioną przez wyraziste postacie i poprowadzoną w szybkim tempie.


Do tego dochodzą bardzo udane ilustracje, dość mroczne, choć jednocześnie nie za ciężkie i dobrze pasujące do charakteru mangi, a także świetne wydanie. Co prawda nadal mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się po polsku oryginału Tezuki, bo klasyki nic nie zastąpi, jednak na „Dororo i Hyakimaru” narzekać nie mogę. To dobry komiksowy akcyjniak i mi to wystarcza.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Encyklopedia statków Star Trek: Statki Gwiezdnej Floty 2151-2293 - Ben Robinson, Marcus Riley, Matt McAllister, Fabio Passaro, Ed Giddings, Adam ‘Mojo’ Lebowitz, Robert Bonchune

MUZEUM STATKÓW KOSMICZNYCH


Nie  trzeba być fanem „Star Treka”, by sięgnąć po tę książkę. Ja nie jestem, podobnie jak z „Gwiezdnymi wojnami”, tak i z tą serią moja przygoda ogranicza się do obejrzenia czasem jakiegoś filmu i – najczęściej – zapomnienia o nim, ale czytając „Encyklopedię statków Star Trek: Statki Gwiezdnej Floty 2151-2293” bawiłem się znakomicie. Dlaczego? Bo to bardzo przyjemnie zilustrowany, ciekawy przewodnik po kosmicznych machinach, który potrafi pobudzić wyobraźnię i dostarczyć zapadających w pamięć przeżyć każdemu, kto lubi fantastykę – najlepiej taką w widowiskowym ujęciu.


Witajcie w świecie statków „Star Treka”! W niniejszym tomie znajdziecie prezentacje wszystkich najważniejszych pojazdów kosmicznych znanych z seriali i filmów. A wszystkie one ukazane szczegółowo, z bogactwem ciekawostek, które odkryją przed Wami nie tylko najważniejsze fakty, ale też i takie rzecz, jak informacje o bitwach czy misjach, w których jednostki brały udział.


„Star Trek”, podobnie jak „Gwiezdne wojny”, to nie do końca moja bajka. Obejrzałem nawet z przyjemnością kilka filmów – policzyłbym je na palcach jednej ręki i jeszcze trochę by zostało – i to tyle. Nie rozumiem fenomenu obu gwiezdnych sag, bo ani w tym głębi, ani jako bajka dla dorosłych nie sprawdzają się za dobrze. Co w nich lubię? Popatrzeć na niezobowiązującą akcję i efekty specjalne – czasem tyle wystarczy. A co lubię w książkach uzupełniających te uniwersa? Najczęściej nic, bo ich jakość jest bardzo niska, szczególnie ta literacka. Ale wszelkiej maści albumy i encyklopedie cenię sobie zarówno za ich widowiskową szatę graficzną, jak i to, w jak sympatyczny quasi-prawdziwy sposób opowiadają o miejscach, postaciach czy sprzęcie.


I taką właśnie publikacją jest niniejszy tom. Na niemal dwustu stronach trójka pisarzy (Ben Robinson, Marcus Riley, Matt McAllister) oraz grupa ilustratorów (Fabio Passaro, Ed Giddings, Adam ‘Mojo’ Lebowitz, Robert Bonchune) zabiera nas w niezwykłą podróż po swoistym muzeum statków kosmicznych. Jeśli chodzi o teksty, nie są to tylko suche techniczne prezentacje poszczególnych pojazdów, ale po prostu interesujące przedstawienie najróżniejszych faktów z nimi związanych. Ciekawostek jest wiele, a całość, choć nie jest typową lekturą, jaką pochłania się od deski do deski (choć i tak można), potrafi wciągnąć i zaintrygować.


To jednak rzecz głównie dla miłośników „Star Treka”, za to dla całej reszty, największą atrakcją będą oczywiście ilustracje. Szczegółowe, realistyczne, bogato ukazujące temat i po prostu bardzo, bardzo przyjemne dla oka. Robią spore wrażenie, zapadają w pamięć, są – co tu dużo mówić – widowiskowe i nastrojowe, a co ważniejsze równie mocno oddziałują na fanów, jak i nieszczególnie obeznanych z tematem czytelników. Wszystko to zaś wieńczy rewelacyjne wydanie, które przyjemnie prezentuje się na półce. Czy trzeba czegoś więcej?


Miłośnikom „Star Treka” polecać nie muszę, sięgną w ciemno i nie ma się co dziwić. Ale jak już wspominałem, warto by miłośnicy fantastyki, którzy po prostu lubią obejrzeć dobrze wykonane albumy, sięgnęli po „Encyklopedię statków Star Trek”. Nie zawiodą się.


Dziękuje wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Magi #28 - Shinobu Ohtaka

WOJNA DOMOWA TRWA


Ten shounen miał mnie nie kupić, bo nie było na to zbyt wiele szans. Baśnie 1001 nocy nawet podane w formie mangi to temat, który jest mi tak daleki i tak nietrafiający w mój gust, że po prostu nie wyobrażałem sobie, bym mógł się wciągnąć w tę serię. Spróbowałem jednak, bo słyszałem o niej wiele dobrego i… wpadłem. Teraz nadeszła pora na dwudziesty ósmy tomik, a ja nie dość, że bawię się znakomicie, to jeszcze mam ochotę na więcej.


Wojna domowa w cesarstwie Kou trwa. Armia wschodu i zachodu ścierają się ze sobą, ale szala zwycięstwa zdaje się przechylać na korzyść tych drugich, jako że mają i więcej żołnierzy, i naczyń także. Ale cesarz skrywa w rękawie asa. Co wyniknie, gdy postanowi go użyć?


Dobry shounen da się wciągnąć dosłownie ze wszystkim. Może to być seria traktująca o szkole, o miłości, o walkach, o tworzeniu mangi, o gotowaniu, o grupie zabójców, o duchach, poszukiwaniach skarbów, świecie, gdzie większość istot żywych skamieniała… Długo można by wymieniać, ale każdy miłośnik gatunku doskonale o tym wie. Gdyby to nie był shounen, pewnie nie dałbym „Magi” szans, ale na szczęście dałem i absolutnie nie żałuję. Wręcz przeciwnie, to jeden z lepszych shounenów, jakie czytałem – a lista tych dobrych jest naprawdę długa – a co ciekawe, doskonale nadający się dla miłośników i przeciwników tematyki.


Warto tu nadmienić, że za serię odpowiada kobieta. Można by powątpiewać czy płeć piękna zdoła oddać wszystko to, czego pragną czytelnicy serii, czyli głównie nastoletni chłopcy, ale wyzbądźcie się uprzedzeń. Podobnie, jak to było z „Ao no Exorcist”, także „Magi” z kobietą u stery okazuje się doskonale odnajdywać w tej stylistyce. Jest tu akcja, szybkie tempo, dużo walk, które robią wrażenie, znakomicie choć prosto skrojone postacie, seksowne kobiety, napięcie, wciągające tajemnice, humor… Wszystko, czego potrzeba gatunkowi i przy okazji – a raczej przede wszystkim – wykonane tak, jak trzeba, a wręcz lepiej, niż zazwyczaj.


Oczywiście żaden komiks nie obędzie się bez rysunków, a te w „Magi” są naprawdę świetne. Lekkość i cartoonowa stylistyka to jedno, do tego dochodzi dużo realizmu, sporo mroku, świetna mimika, jeszcze lepsza dynamika, wyrazistość, nastrój… Ogląda się to znakomicie, bo autora łączy w sobie arabskie klimaty, pełne różnorodnych zdobień i bogactw ubioru, z prostotą typową dla shounenów i baśniowo-fantastyczną epickością.


Efekt finalny jest bardzo, bardzo dobry, momentami wręcz rewelacyjny. I chociaż to już 28 tomik, seria ani na chwilę nie traci na jakości i wciąż tylko zaostrza apetyt na więcej. Dlatego miłośnikom shounenów polecam gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









niedziela, 26 kwietnia 2020

Horimiya #14 - HERO, Daisuke Hagiwara

MIŁOŚĆ, KŁÓTNIE I SZKOLNE ŻYCIE


„Horimiya” to taka specyficzna seria, którą właściwie można zacząć czytać od tego tomu, a i tak niewiele się straci. Każda część to zbiór krótkich epizodów z życia głównych  bohaterów, zabawnych, lekkich, niezobowiązujących i przede wszystkim utrzymanych w stylistyce shoujo. Fanki z pewnością będą więc zadowolone.


Miłość, kłótnie i szkolne życie! Tak w skrócie przedstawia się akcja tego tomiku i nic więcej dodawać nie trzeba. Co poróżni członków szkolnego samorządu? I co czeka naszych zakochanych bohaterów?


Czytając czternasty tomik – nie po raz pierwszy zresztą – zadałem sobie pytanie, co zostało z tej „Horimiyi”, której pierwsze tomiki pochłaniałem z taką przyjemnością. Nie, nie myślcie, że teraz przyjemność jest mniejsza, może trochę, rzecz w tym, że po prostu mam wrażenie, iż czytam zupełnie inną serię, niż kiedyś. Właściwie przynależność gatunkowa, proporcje między humorem a obyczajowymi wątkami i bohaterowie pozostali tacy sami. Zresztą oni jedyni jeśli chodzi o wygląd i niektóre cechy charakteru. Reszta wydaje się być zupełnie czymś innym, typowym na szczęście dla szojek, więc miłośniczki (i miłośnicy) gatunku i tak w ostatecznym rozrachunku dostaną to, co chcieli.


Co się jednak konkretnie zmieniło w tym cyklu? Przede wszystkim to, że autorka zapomniała zarówno o tym, co wyróżniało bohaterów (czasem jej się to przypomnieć i rzuci jakiś moment akcji dziejącej się na drugim planie, ale szybko znów to znika), jak i o ich charakterach. Kilka postaci też odeszło w niebyt i nawet, kiedy wracały, miałem wrażenie, że to już nie one. Wątki z nimi związane też przepadły, a to co na początku stanowiło co prawda ciąg luźnych historii, ale układało się w zdecydowanie większą całość, luźnymi historyjkami już pozostało.


Ale to i tak nie ma znaczenia, bo taki już urok tej serii. „Horimiya” oparta jest na konkretnych krótkich wydarzeniach. Komediowych skeczach rozpisanych na jeden czy dwa rozdziały, gdzie dzieje się sporo i najczęściej romantycznie (choć w tym tomie jakoś niewiele jest miłości). Bo to właśnie komedia romantyczna, zaludniona sporą ilością postaci, potrafiąca rozbawić i wciągnąć i pozostaje przy tym naprawdę przyjemnie zilustrowana. W sposób typowy dla shoujo, ale właśnie o to chodzi. Poza tym rysunki to jedna z nielicznych rzeczy, które w serii pozostały takie same od początku jej wydawania, a że są udane, jest się z czego cieszyć.


I to właściwie tyle, co można powiedzieć o tej serii. Zaczęła się znakomicie, teraz jest niezła, choć ma wiele świetnych momentów i kto szojki lubi i chce się bardziej pośmiać, niż powzruszać, nie będzie zawiedziony. Ot udana rozrywka w sam raz na krótką chwilę z dziewczyńską mangą w dłoni.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









sobota, 25 kwietnia 2020

Gwiezdna nabojka - Filip „FIL” Wiśniowski

GWIEZDNA PIJATYKA


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, far far away…

EPIZOD ½
„Koło żołędzi coś mnie swędzi”

Rekonstrukcja wydarzeń z nocy 13 na 14 grudnia
zawarta w tej księdze odkrywa tajne akta X…
Osoby, które wcieliły się w role bohaterów to nieliczna
grupa kaskaderów z Wołowa, która przedstawi państwu
jak przypuszczalnie mogło być naprawdę…*


Godzina 19:45, kierunek na Warszawkie. Dwa roboty Mercedes i Pornoditu szukają na pustyni burdelu. Pech chce, że trafiają do lokalu Anala De Fak, który zmusza ich do rywalizacji: albo go przepiją, albo schylą się po mydło. Wygrana nie oznacza jednak wolności. Uciekając razem z Hansem Zorro i jego pomocnikiem Czujnym Bacą, trafiają do Mistrza Smrody na planetę Takupah. Tu okazuje się, że Porno posiada nagranie dla znajomego Smrody, Obiłana bez nogi, o niejakiej księżniczce Leje, którą uprowadzili ludzie złego Darka Fakira. Razem z nastoletnim Glutem Sadomenem wyruszają na nabojkę…


Początek XXI wieku to okres, który wspominam z sentymentem. W kioskach komiksy, magazyny o komiksach, wideo ciągle w modzie… Świat był prosty, a marzenie miałem tylko jedno: zostać rysownikiem komiksów. Nie wyszło, choć udało mi się wygrać parę konkursów, uwiecznić się w galerii „Dragon Balla” – w ostatnich latach się to zmieniło, jakieś komiksowe publikacje na koncie mam, ale to nie miejsce na ten temat – a potem zmieniły się priorytety i… Jednak z sentymentem wspominam tamten dziwny czas. Czas zły i dobry zarazem. Czas chodzenia do gimnazjum, buntu i wszystkiego tego, co umarło do tej pory. „Nabojka…” to jeden z nabytków tamtego okresu, okresu kiedy zaczytywałem się „Produktem” i opowieściami graficznymi tego typu właśnie i choć nie mogę powiedzieć, by był to komiks ambitny czy choćby odrobinę mądry, to nie potrafię go nie docenić.


Fabuła to „Star Warsy” w wersji alkoholowej z przekleństwami co drugie słowo i pozbawionymi smaku i gustu dowcipami o seksie i fizjonomii, pełne wszędobylskich fallusów i piersi. Niemniej taki skrajny debilizm (nie dziwi fakt, że autor, FIL, wydał ten komiks własnym sumptem, prawda?) bawi i śmieszy tych, którym nie przeszkadza podobna tematyka. Poza tym rysunki są znakomite. Proste, obłe (że tak się wyrażę), cieniowane ołówkiem (a raczej kolorowane kredkami, jak się okazało po latach)… Nawet kadry nie są tu proste. I taki brud ma swój niezaprzeczalny urok.


Całość czyta się szybko, z niesmakiem i politowaniem, ale i śmiechem, który potrafi oczyścić. Pozycja to raczej dla chłopaków z nadmiarem testosteronu i brakiem mózgu, ale każdy z nas, facetów, czasem taki bywa, więc nic już więcej nie mówię. A sam chętnie jeszcze kiedyś do „Gwiezdnej nabojki” wrócę.


* wstęp do komiksu