poniedziałek, 31 maja 2021

Wieczna wolność – Joe Haldeman

WIĘCEJ WIECZNEGO PACYFIZMU

 

„Wieczna wolność”, kolejna część serii „Wieczna wojna” Joe’ego Haldemana, doczekała się właśnie wydania w ramach serii „Wehikuł czasu”. I nie ma chyba sensu mówić nic innego, jak to, że warto po tę powieść sięgnąć. Co zresztą jest oczywiste, jeśli czytaliście pierwszy tom. Bo dzieło Haldemana, kojarzone często także z komiksową adaptacją, którą była bardzo popularnym tworem, to kawał świetnej, pacyfistycznej fantastyki, którą poza ciekawą treścią i dobrą akcją, oferuje także skłaniającą do myślenia treść.

 

Dla Williama Mandella nadszedł czas spokoju, ale czy na pewno? I czy dla weterana takiego, jak on taki czas w ogóle może nadejść? Osiadł na śnieżnej planecie, przeznaczonej dla ludzi jego typu, ma żonę i dzieci, znalazł pracę, jednak i tak nie pasuje do życia, jakie nadeszły. W świecie, gdzie ziemska zbiorowa świadomość przejęła nad wszystkim kontrolę, każdy mieszkaniec może być potencjalnym zagrożeniem. Toleruje się ich jednak, bo potrzebna jest zróżnicowana pula genowa, a u Ziemian, którzy wyewoluowali w zbiorowy byt, byłoby to niemożliwe. Nie każdy jednak jest zadowolony z takiej roli. A na pewno nie jest nim William i jego koledzy, którzy chcą zawalczyć o ludzkość i dać początek jej nowej rasie. Ale czy będą w stanie?

 

„Wieczna wolność” to właściwie nie drugi, a trzeci tom „Wiecznej wojny”. Czemu więc w ramach „Wehikułu czasu” pojawia się, jako ciąg dalszy tomu pierwszego właśnie? Bo drugi to opowieść o innych bohaterach, bardziej spin-off, niż sequel, więc można go było pominąć. Chociaż przyznam, że mam nadzieję, iż też doczeka się wydania w takiej formie, jak ta część.

 

Pierwszy tom był historią o wojnie, ale jako złu, piekle na ziemi, stanowiącą odpowiedź na „Kawalerię kosmosu” Heinleina. Pozbawiona naiwności i tandetnego patosu znanego z dzieł promujących walkę zbrojną i patriotyzm, jednocześnie wolna też od propagandowego wydźwięku, była pełną prawdy i siły wyrazu przestrogą. I ten trend kontynuuje „Wieczna wolność”, która jest lekturą jeszcze bardziej pacyfistyczną i skupioną na człowieku. Nieco inną, niż poprzedniczka, przez co nie doczekała się takiego uznania, ale równie dobrą, wbrew słowom niektórych krytyków.

 

Jak poprzedniczka, tak i ta książka ma przesłanie, ma też świetną akcję, znakomite pomysły i naprawdę dobry styl. Lekki, niewymagający, ale i satysfakcjonujący. Wizja autora przekonuje, ma swój klimat i siłę wymowy. Może nie każdego kupi tak, jak mnie, ale warta jest polecenia każdemu, kto ceni dobrą, ponadczasową fantastykę niezależnie od gatunku.

 

Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Zbudź się, śpiąca królewno #3 – Megumi Morino

UCZUCIOWA HISTORIA Z TAJEMNICĄ W TLE

 

Po tym, jak piąty tom „Zbudź się, śpiąca królewno” przypadkiem trafił w moje ręce, postanowiłem wrócić do serii przerwanej po tomie drugim i nie żałuję. Owszem, w tej części zniknęła część elementów grozy, które były tym, co najbardziej lubiłem w poprzednich tomach, ale jednocześnie całość stała się jeszcze bardziej szojkowa, co spodoba się miłośnikom tego typu mang.

 

Bohaterów jest dwoje. Ona, Shizu Karasawa, mieszka w „nawiedzonym domu na wzgórzu”, a jakby tego było mało bardzo łatwo ulega opętaniom. On, Tetsu Misato, jest licealistą, który chcąc zarobić podejmuje się pracy w owym domu. Ale teraz zależy mu na tym, by dziewczyna też doświadczyła prawdziwego życia, jakiego jej dotąd odmawiano. Chce więc ją zabrać do swojej szkoły, ale czy to na pewno dobry pomysł? Co wyniknie z tego wszystkiego? I jakie będą konsekwencje tych nadciągających wydarzeń?

 

Początek „Zbudź się” był niezły. Tylko tyle i aż tyle. Drugi tom okazał się, głównie, dlatego że więcej było w nim elementów grozy, które do mnie, miłośnika horrorów, najmocniej przemawiały. Ale to, co w pierwszym komiksie z serii wydawało się być mocno inspirowanym gotyckimi powieściami romansem z nutą tajemnicy i grozy, teraz stało się opowieścią jeszcze bardziej typowo szojkową, niż na samym początku. Ale te przyjemne mroczniejsze elementy pozostały, chociaż teraz zeszły jeszcze na dalszy plan.

 

Zwiększył się za to udział (że tak to ujmę) szkolnego życia i obyczajowych elementów, które rozwinęły się typowym kierunku, ale wcale nie oznacza to, że złym. To w końcu manga skierowana do płci pięknej, najlepiej w wieku nastoletnim albo tęskniącej do tych lat, gdzie mają być uczucia, życiowe troski i problemy, przyjaźń i tym podobne elementy. Akcja toczy się dość leniwie, wydarzenia są bardziej przyziemne, ale rozbudowana została strona emocjonalna opowieści.

 


Od strony graficznej, jak na szojkę przystało, całość jest dość prosta, niemal pozbawiona czerni, lekka, zwiewna, ale i tak nastrojowa i wpadająca w oko. Są tu sceny przepełnione urokiem czy czułością, są też takie, które mają w sobie coś pogodnego albo mrocznego, a jako ogół „Zbudź się, śpiąca królewno”, wypada bardzo przyjemnie. Co zresztą sugeruje nam już sama okładka, lekka, delikatna i barwna, w sam raz dla grupy docelowej.

 

Kto lubi shoujo z nutą tajemnicy, to rzecz dla Was. I dobra seria, obyczjowo-romantyczna, która ma swój urok. Bardziej kobieca, w końcu do płci pięknej kierowana, ale każdy, kto lubi uczuciowe historie znajdzie tu coś dla siebie.

 

Dziękuj wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Przybysz - Shaun Tan

PRZYBYŁO ARCYDZIEŁO GRAFICZNE

 

Gdyby spróbować najprościej podsumować ten komiks, najlepiej chyba sprawdziłaby się maksyma: „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Shaun Tan nie potrzebował bowiem nawet jednego słowa, żeby swoim „Przybyszem” pokazać maestrię talentu, jakim został obdarzony, i zachwycać nas każdą stroną i każdym kadrem. I chociaż to historia oparta przede wszystkim na ilustracjach i popisach wyobraźni, „Przybysza” warto polecić każdemu miłośnikowi opowieści graficznych.

 

Bohaterem jest tutaj tytułowy Przybysz, młody mężczyzna, którego los popycha w podróż. Przybysz porzuca swój kraj i bliskich na rzecz tułaczego losu w obcym kraju. A właściwie można by rzec, że w obcym świecie. To bowiem, co na niego czeka, przekracza dalece dotychczasowe pojmowanie rzeczywistości…

 

Obcy świat, do jakiego trafia bohater to świat znajdujący się na skrzyżowaniu tak wielu nawiązań i inspiracji, że aż trudno wszystkie je zliczyć. Tu krzyżują się ścieżki filmów Lyncha, ekspresjonistycznego kina niemieckiego z początków XX wieku i oczywiście autentycznych opowieści, anegdot z życia emigrantów. W nowym świecie Przybysz spotyka cuda, o jakich nie śnił, ale też i lęki – zarówno te nowe, jak i doskonale mu znane. Inna kultura, inna mentalność i inna rzeczywistość podkreślona zostaje olbrzymią porcją realizmu magicznego i czystą fantastyką, która fantastyką zarazem w ogóle nie jest. Świat, jaki odkrywamy wraz z bohaterem, to świat, jaki w swoich filmach ukazywał Fritz Lang. A właściwie jaki mógłby ukazać w pełni dopiero w czasach obecnych, kiedy nie krępowałyby go więzy ograniczeń technicznych. Świat przesycony artyzmem i symboliką. Podobnie jest z samym bohaterem, który jakże zagubiony, ale i oczarowany, staje się po trosze Józefem K., kiedy to wpada zaraz po przybyciu w tygiel biurokratycznej maszyny, a po trosze każdym z nas – tak łatwo bowiem być nim i w nim się odnaleźć, kiedy tylko choćby zabłądzimy do obcego miasta.

 


Strona graficzna tej milczącej opowieści to absolutne arcydzieło, bo to ona a nie fabuła buduje wszystko to, co napisałem powyżej. Shaun Tan pracował nad nią cztery lata, ale żadna chwila, żadna najdrobniejsza sekunda, nie była sekundą straconą. Hiperrealizm to za małe określenie, by oddać fotograficzne uchwycenie szczegółów utrwalonych na stronach. Perfekcyjnie ukazany świat, perfekcyjnie oddane postacie, ba!, tu nawet światło jest światłem bez konieczności uciekania się do komputerowych tricków. To w końcu tylko ołówek i stylizacja sepii, a oszałamia. „World Fantasy Award”, „Locus” i wiele innych wyróżnień, jakie zdobył „Przybysz”, zdobył absolutnie zasłużenie.

 

Wisienką na tym torcie, kropką nad „i”, staje się wspaniałe wydanie przypominające stary, zapomniany album, który z zachwytem, jak skarb, odkrywa się po latach. Wszystko to składa się na rewelacyjny komiks. Dzieło z najwyższej graficznej półki i całkiem udany twór, jako opowieść fabularna, snuta bez słów.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.






niedziela, 30 maja 2021

Neon Genesis Evangelion #6 – Yoshiyuki Sadamoto

KWINTESENCJA EVANGELIONA

 

Szósty tomik „Neon Genesis Evangelion” to zarazem ostatni, który dwie dekady temu ukazał się na polskim rynku w formie zeszytowej. Potem cykl wrócił już w wydaniu tomikowym, ale zanim fani doczekali się ciągu dalszego, minęły długie lata. A czekanie naprawdę się dłużyło, bo szósta część „Ewangelii nowego stulecia” to najlepsza z dotychczasowych odsłon, kończąca się tak, że trudno jest nie chcieć dowiedzieć się, co będzie dalej.

 

Gdy w wyniku wypadku zniszczony zostaje drugi sztab, w ręce Nervu trafia ostatni niepozostający pod władzą Japonii Evangelion. Zaczynają się więc poszukiwania nowego pilota, który zajmie się jego obsługą. Nikt jednak nie ma jeszcze najmniejszego pojęcia, kim będzie wybraniec i do czego to doprowadzi…

Tymczasem Shinji próbuje poukładać sobie w głowę prawdę, jaką odsłonił przez nim Kaji. W międzyczasie wszyscy zaczynają zastanawiać się nad dziwnym zachowaniem Toji’ego, a przewodnicząca decyduje się wyznać mu miłość. W szaleństwie uczuciowych zawirowań nikt nie zauważa nadchodzącej tragedii…

 


Pomysłodawca, scenarzysta i reżyserem „Neon Genesis Evangelion” jest doskonały twórca, Hideaki Anno, który miał swoją wizję i nawet, jeśli nie do końca mógł ją zrealizować, starał się pozostać jej wiernym. Jednakże to Yoshiuki Sadamoto, projektant postaci do „NGE”, któremu powierzono stworzenie mangowej adaptacji opowieści, zdołał stworzyć coś lepszego od pierwowzoru. Ile znacie mangowych wersji hitów anime stojących o kilka poziomów wyżej, niż oryginał? Właśnie, a w przypadku „NGE” się to udało.

 


Po części dlatego, że twórca nie musiał martwić się budżetem ani zamykać całości w konkretnych ramach, jeśli chodzi o jej długość. Ale to byłoby zbyt duże uproszczenie i przede wszystkim niedocenienie kunsztu Sadamoto. Ten bowiem wziął na warsztat postacie i wątki i trzymając się tego, co zrobił Anno, nadał im własny charakter i styl wycisnął z nich co najlepsze i skupił na tym, co w serii powinno być najważniejsze: klimacie tajemnicach, psychologii, symbolice i głębi. Powstała z tego wyśmienita mieszanka widowiskowej akcji i skłaniającej do refleksji treści. Mieszanka świetnie przy tym narysowana, skupiona na emocjach i bohaterach. Czyli rzecz godna polecenia każdemu miłośnikowi mocnych, wciągających komiksów, których nieoczywista treść gwarantuje wyśmienitą zabawę ze sporą dozą czegoś ponad.

sobota, 29 maja 2021

Death or Glory #2 – Rick Remender, Owen Bengal

ŚMIERĆ CZY GLORIA?

 

„Death and Glory” to seria, która dopiero się zaczęła, a już się kończy. Cała opowieść to zaledwie dwa tomy, tylko jedenaście zeszytów, niewiele, prawda? Ale liczy się przede wszystkim to, że to po prostu kolejna udana seria Remendera, która – jak najlepsze jego prace – czerpie pełnymi garściami z popkulturowych dokonań ostatnich dekad XX wieku. Na tyle udana, że aż żal, że to już koniec, nawet jeśli po raz kolejny twórca zaserwował nam po prostu rozrywkową opowieść akcji.

 

Glory wkracza w finałową fazę swojej akcji. Zmierzając do granicy Meksyku, z narządem do przeszczepu, który może uratować życie jej ojca, musi zmierzyć się z zagrożeniami, na jakie może nie być gotowa. Czy uda jej się ocalić rodzica? Czy wygra? I czy wrogowie dadzą jej spokój?

 

„Death anfd Glory” lubię, bo jestem miłośnikiem kina przełomu lat 70. i 80. XX wieku, a seria ta przypomina mi właśnie tamte produkcje. Owszem, można sięgać tu głębiej, nawet o dwie dekady wstecz, można też szukać dalej, bo z lat 90. Remender też sporo czerpie. Najbardziej widać tu inspiracje wszelkiej maści kinem pościgowym od „Mistrza kierownicy” czy „Konwoju”, przez „Znikający punkt” i „Mad Maxa”, po „Szybkich i wściekłych” a nawet „Grindhouse, vol. 1: Deathproof” Tarantino. Bo przygody Glory to iście tarantinowski hołd dla klasyki tego typu kina. Może nie tak biegle poprowadzony i wyśmienity, jak filmy genialnego reżysera, ale swój urok posiadający.

 


Twarda kobieta u steru (odpowiednio niezależna i silna, by doceniła ją płeć piękna, a zarazem na tyle seksowna i wpasowująca się w męskie fantazje, by płeć brzydka była zadowolona), szybkie maszyny, potężni przeciwnicy, dynamiczna, akcja, zagrożenia, pościgi, strzelaniny, wybuchy, nuta erotyka, nonszalancja, szczypta ostrości… Wszystko to daje nam opowieść, która znakomicie sprawdziłaby się także na wielkim ekranie, jako kinowy blockbuster, który pędziłby na złamanie karku i podnosił adrenalinę. Nie jest to jednak tak bezmyślna historia, jak chociażby wspomniani „Szybcy i wściekli” i w odróżnieniu od nich nie dociera do granicy absurdu, której nie powinna osiągać. To całkiem przemyślana rzecz, sentymentalna i ujmująca.

 


I bardzo dobrze zilustrowana. Kreska Bengala jest lekka, z cartoonowymi naleciałościami i dynamiką czerpaną z mang, ale ma w sobie także widowiskową nutę, dzięki czemu doskonale pasuje do tej opowieści. Dzięki niej przygody Glory zyskują klimat i kolejną dawkę uroku. A że rysownik dobrze zgrał się z tym, co w swej wizji chce nam oferować scenarzysta, zarówno fabuła, jak i ilustracje, dobrze isę tu uzupełniają.

 

Kto lubi szybkie i pełne akcji komiksy, w „Death and Glory” znajdzie to, na co liczy. Dobra, bezpretensjonalna rozrywka gwarantowana. Szczególnie dla tych, którzy z sentymentem wspominają wszystkie filmy, o jakich pisałem powyżej.





Alanna: Pierwsza przygoda (Pieśń Lwicy, tom 1) – Tamora Pierce

DZIEWCZYNA I CHŁOPAK – WSZYSTKO NA OPAK?

 

„Pieśń lwicy” to już klasyka młodzieżowego fantasy. Fantasy lekkiego, prostego, przesyconego przygodami. Opartego na znanym każdemu miłośnikowi popkultury i klasyki motywu zamiany ról. Niewymagającego, ale wartego polecenia grupie docelowej i zdecydowanie lepszego poziomem od współczesnych, podobnych mu dokonań, których wiele przecież zainspirowało.

 

Nie pędź tak, Alanno, Nie wierć się tak, Alanno… Alanna z Trebondu ma dość. Chciałby zostać rycerzem, władać mieczem, ale niestety, każdy mówi jej, co jako dziewczynka może robić, a co nie wypada. Tymczasem jej brat, który za nic nie chce zostać rycerzem, natomiast wolałby być wielkim czarodziejem, też nie czuje się dobrze w przypisanych mu rolach. Dlatego oboje postanawiają zamienić się miejscami. Jako bliźniaczo podobne do siebie rodzeństwo nie mają problemu wcielić się w siebie nawzajem. I tak dzielna Alanna zaczyna szkolenie na rycerza, ale szybko przekonuje się, że może nie być ono wcale takie łatwe, jak sądziła. A to przecież dopiero początek!

 

Tamora Pierce swoją serię stworzyła z miłości do literatury fantasy. Chciała pisać książki takie, jakie lubiła czytać, a lubiła choćby prozę Tolkiena (kto jednak nie lubi jego książek, prawda?) aż w końcu stworzyła niniejszy cykl. Czasem określa się go mianem „Pieśni Lwicy”, czasem, jako „Świat Tortallu”. Jakkolwiek by nie określać tej opowieści, liczy się przede wszystkim to, że jest to sympatyczna lektura dla młodych (i nie tylko) czytelników, m.in. za którą autorkę wyróżniono Margaret A. Edwards Award.

 

„Alanna: Pierwsza przygoda” to proste i szybkie w odbiorze wprowadzenie do wykreowanego przez autorkę świata. Lekka historia mającą w sobie coś z opowieści o Mulan, przy okazji przygód i akcji podejmuje także tematykę ról przypisywanych nam przez płeć i pragnienia robienia rzeczy, jakie czujemy, a nie, jakie zdaniem innych powinniśmy. Wątek ten nie jest mocno eksponowany (pamiętacie nasze polskie „Chłopak i dziewczyna” o zamianie ról dwójki bliźniaków? ekspozycja tematu jest w obu przypadkach podobna), ale dla tych, którzy szukają czegoś więcej, będzie kolejnym plusem płynącym z lektury.

 

Przede wszystkim jednak to sympatyczna lektura pełna przygód i akcji. Niedługa, nierozbudowana, dość zwięzła i nieskomplikowana, ale dzięki temu nienużąca i nadająca się do przeczytania dosłownie na raz. Prosto napisana, bez rozbudowanych opisów czy nadmiaru wątków, ale jednocześnie nie ma tu infantylizmu czy nadmiernych uproszczeń. W efekcie w ręce czytelników trafia lektura w sam raz na nadchodzące letnie czy wakacyjne dni, kiedy przygody czy to w formie książkowej, filmowej czy jakiejkolwiek innej, kolokwialnie mówiąc, wchodzą najlepiej.

 

Dziękuję wydawnictwu Poradnia K za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Bajka na końcu świata #6: Operacja trufla – Marcin Podolec

CO KRYJĄ MINIONE DNI

 

Ledwie miesiąc temu mogliśmy cieszyć się albumem poświęconym wcześniejszym – i na dodatek solowym – przygodom Bajki, a już możemy czytać nowy tom regularnej serii. I, jak zawsze, jest to naprawdę bardzo dobry tom bardzo dobrej serii dla całej rodziny. Bo ewidentnie seria Podolca to jedna z najlepszych – jeśli nie najlepsza – współczesnych serii dla młodych czytelników, która odbiorcy nie traktuje z wyższością czy infantylnością, dzięki czemu także i dorośli znajdą tu coś dla siebie.

 

Wędrówki Wiktorii i Bajki w poszukiwaniu rodziców ciąg dalszy. Ale czy droga rzeczywiście przybliża je do upragnionego celu? Co jeszcze czeka na nie w trakcie wędrówki? I czym jest tytułowa „operacja Trufla”? Pora odkryć nieco tajemnic przeszłości i przekonać się, co kryją minione dni!

 

Gdybym wciąż był dzieckiem, pewnie zachwycałbym się „Bajką na końcu świata”. Ale nawet teraz, kiedy swoje lata na karku mam, a za sobą setki powieści i tysiące komiksów, wciąż bardzo dobrze bawię się czytając dzieło Podolca. Bo ma urok, bo nie jest infantylne czy naiwne, bo bohaterki mnie kupują, tak samo zresztą, jak wizja ukazana na stronach, bo jest tu pewna tajemnica, bo i klimat nie zawodzi, a wreszcie, bo to naprawdę przyjemna lektura. Tak po prostu.

 

Owszem, może opowieść o życiu po końcu świata nie wydaje się być rzeczą skierowaną szczególnie do dzieci, ale Podolec udowodnił, że prawie nie ma tematów, które nie nadają się dla dzieci – jedynie metody ich ukazania mogą być dla nich nieodpowiednie. A tu wszystko jest odpowiednie właśnie, dostosowane, właściwie łagodnie potraktowane – chociaż widzimy zrujnowany świat, a główna bohaterka nie może znaleźć swoich rodziców (czyżby nie żyli? po wymogach gatunkowych można wnioskować, że jednak czeka nas happy end, ale kto wie) – i bardzo sympatyczne.

 


„Bajka na końcu świata” to także seria, która ma w sobie zarówno coś z dziecięcej, wakacyjnej przygody, jak i questa typowego dla literatury fantasy, ocierającego się nawet o treść inspirowaną choćby kingowskim „Bastionem”. Ale zawiera w sobie ciepło, pewną swobodne towarzyszącą letnim wyprawom z plecakiem na ramionach i butelką picia w dłoni, w celu odkrywania nieznanych jeszcze miejsc w okolicy. W tym tomie na dodatek dowiadujemy się więcej od losach bohaterów w czasach, kiedy nie doszło jeszcze do zagłady, a na dodatek dostajemy coś w rodzaju pomostu między solowymi przygodami Bajki, a tą serią.

 

W skrócie, warto ten tom, jak i cały cykl poznać. To kawał dobrego, bardzo sympatycznego i ładnie narysowanego komiksu dla dzieci i dorosłych. A po każdej części zostaje tylko uczucie niedosytu, ale na szczęście seria wciąż trwa, więc jest, na co czekać.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.






piątek, 28 maja 2021

Insekt – Sascha Hommer

SEKRETY I ZMIANY

 

„Insekt”, komiks uznany jedną z najlepszych niemieckich opowieści graficznych piętnaście lat temu, powraca. Wszystko za sprawą filmowej adaptacji, której reżyserią zajął się znany rodzimy komikisarz, Marcin Podolec. Ale nie tylko w związku z filmem warto przyjrzeć się tej opowieści bliżej, bo to kawał naprawdę znakomitej, nieoczywistej i oddziałującej na czytelników opowieści graficznej z ambicjami i klimatem.

 

Pascal to nastolatek, jakich wielu. Owszem, niejeden kolega mógłby pozazdrościć mu popularności – szczególnie wśród płci pięknej – ale nie zmienia to faktu, że żyjący w dziwnym, zadymionym mieście chłopak jest chłopakiem, jakich wielu. Życie spędza, jak wszyscy, ale do czasu. Gdy na jaw wychodzi sekret, o jakim chłopak sam nie wiedział, wszystko się zmienia. Pytanie tylko na lepsze, czy na gorsze…

 

„Insekt” to specyficzny komiks. Jednych kupi z miejsca, inni będą musieli pewnie podejść do niego kilka razy, żeby należycie go docenić, znajdą się też i tacy, do których nie przemówi. Przez lata niedostępny na sklepowych półkach, teraz wrócił w dwóch odsłonach – jednej standardowej, i drugiej z filmową okładką Podolca – i jeśli nie czytaliście tego dzieła, a cenicie dobre, nieoczywiste komiksy z ambicjami, powinniście po ten niepozorny, niewielki album sięgnąć.

 


Na pierwszy rzut oka to po prostu historia popularnego, ale zwyczajnego nastolatka, jakich wiele. Szybko jednak przekonujemy się, że realia, w jakich żyje nie są tak do końca typowe. Te chmuty, pył… Horror? Fantastyka? Proekologiczne przesłanie? A może oniryczna symbolika, niczym z filmów Lyncha? Na tle tego dzieje się zwyczajne życie w opisach i prezentacji którego nie ma umoralniania czy analizowania. Jest jedynie pokazanie nam prozy codzienności, czasem okrutnej, czasem szarej, zapełnionej takimi samymi, jak ona ludźmi, ale mającej też w sobie coś więcej. Pytanie tylko, co. Ale na nie już każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

 


Treść robi tu spore wrażenie. Głównie swoją zwyczajnością, niby oczywistą, a jednak fascynującą formą jej prezentacji. Tak samo jest z rysunkami, które w swej prostocie są naprawdę wymowne i doskonale pasujące do całości. i mają w sobie po prostu to coś, co sprawia, że wpadają w oko i chce się przysiąść przy nich na dłużej.

 

W skrócie, „Insekt” to kawał bardzo dobrego, momentami rewelacyjnego komiksu, który warto polecić wszystkim czytelnikom z ambicjami. Niby proste, acz nieoczywiste dzieło, które zapada w pamięć.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Dororo i Hyakkimaru #4 - Osamu Tezuka, Satoshi Shiki

KAŻDY SKRYWA SEKRETY

 

Czwarty tomik „Dororo i Hyakkimaru” to jeszcze jedna porcja dynamicznej, pełnej akcji i udanego klimatu zabawy. Zabawy może i będącej jedynie remake’iem klasycznej serii Osamu Tezuki, ale jak najbardziej udanej. I wartej poznania.

 

Prowadząca w opuszczonej świątyni sierociniec Miyo, ratuje Dororo i Hyakkimaru. Ale nawet ktoś taki, jak ona – tak oddany sprawie i pracy człowiek – skrywa swoje sekrety. Jakie one są i co będą oznaczać dla naszych bohaterów?

 

Na wstępie napisałem, że „Dororo i Hyakkimaru” to remake klasycznej mangi Osamu Tezuki. Nie jest to pierwszy taki przypadek. Kto czytał genialnego „Pluto” Naokiego Urasawy, wie o tym doskonale. „Dororo”, bo taki tytuł nosi pierwowzór, to opowieść stworzona w latach 60. XX wieku. Doczekała się nawet dwóch seriali anime, filmy fabularnego i sztuki teatralnej. Najnowszy serial niedawno zagościł na telewizyjnych ekranach i z tej okazji na rynku pojawiła się także manga „Dororo i Hyakkimaru”. I zrobiła to w niezłym stylu.

 

Właściwie, jeśli lubicie shounenowe klimaty, a najlepiej także opowieści przygodowe o walce z nieczystymi siłami, klimatyczne, że momentami ocierające się o horror, ale proste przy tym i bardzo lekkie w odbiorze, to jest to rzecz dla Was. Bo fanom twórczości Tezuki nie trzeba nawet polecać tego dzieła nawet, jeśli jedynie jest ono oparte na jego pracach. Satoshi Shiki, autor m.in. „Kamikaze”, stworzył tu po prostu lekki komiks fantastyczny, pełen akcji i dobrej rozrywki. Nie jest to adaptacja na miarę „Pluto”, całość nie robi też takiego wrażenia, jak podobna jej tematycznie seria „Miecz zabójcy demonów”, ale i tak jest niezłą rozrywką, warta poznania choćby dla naprawdę znakomitej szaty graficznej.

 

A co jeszcze można o rysunkach powiedzieć? Przede wszystkim to, że są dość mroczne, choć jednocześnie nie za ciężkie i dobrze pasujące do charakteru mangi,. Jest w nich coś z typowej dla adaptacji kreski, gdzie zagęszczenie kadrów jest mniejsze a nastrój buduje się za pomocą czerni i rastrów (fani „Neon Genesis Evangelion” pamiętają to z mangowej adaptacji tego dzieła), ale nadal są bardzo udane i przyjemne dla oka.

 

Reasumując, warto. To tylko lekka rozrywka, ale bardzo przyjemna. I ładnie przy tym wydana.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



czwartek, 27 maja 2021

Żelazny Wilk – Siri Pettersen

PRZESZŁOŚĆ ZAPISANA W KRWI

 

Siri Pettersen, autorka bardzo udanej trylogii „Krucze pierścienie”, powraca z nową powieścią. Już samo to byłoby spore wydarzenie, bo to wciąż jedna z najjaśniejszych gwiazd współczesnego fantasy. Ale na dodatek jej najnowsze dzieło to spin-off, dziejący się w tym samym, co „Krucze pierścienie” uniwersum. A, co najważniejsze, jest to powieść udana i warta poznania.

 

Czytające z krwi to oszustki mamiące ludzi i wykorzystujące ich strach. Pochodząca z zajmującego się tym rodu Juva wie o tym najlepiej i dlatego nigdy nie zamierza się stać taka sama. Niestety jej dziedzictwo upomina się o nią, kiedy jej rodzinie zaczynają zagrażać, vardari. Dziewczyna, wrzucona w sam środek wydarzeń, będzie musiała zmierzyć się z tajemnicami przeszłości, które już raz miały wielki wpływ na świat i mogą mieć znowu. Wydarzeń, które zmusza ją do konfrontacji z przeszłością, jakiej nie chce pamiętać. Wydarzeń, z których może nie ujść z życiem…

 

Debiutancka powieść Siri Pettersen, która zdobyła kilka nagród i została okrzyknięta tym dla europejskiego, a może lepiej rzec skandynawskiego fantasy tym, czym saga „Millenium” była dla thrillera, okazała się być zaskakująco dobrą historią. Nic dziwnego, że autorka w końcu zdecydowała wrócić się do tego świata i opowiedzieć nam jeszcze jedną opowieść. A właściwie nową trylogię, nadającą się zarówno dla wiernych fanów jej prozy, jak i tych, którzy w tym miejscu chcieliby zacząć swoją z nią przygodą.

 

Jak „Krucze pierścienie”, tak i „Żelazny Wilk” ma swój urok, klimat i ciekawe wykonanie. Dzięki kolejnym odwołaniom do nordyckich mitów i legend, całość ma swój niepowtarzalny (ale pamiętny z poprzedniej trylogii) charakter. A chociaż Pettersen swoją prozą nie rewolucjonizuje gatunku serwuje nam rzadko spotykaną wśród popularnej literatury fantasy, naprawdę udaną i wartą polecenie lekturę, gdzie niezwykłości i popisy wyobraźni splatają się z naprawdę dobrym stylem i większą powagą w podejściu do tematu.

 


Poza tym styl, jakim operuje autorka, jest lekki i przyjemny, akcja wartka, a wydarzenia ukazane w ciekawy, czasem nieoczywisty sposób. W zestawieniu „Kruczymi Pierścieni”, „Żelazny Wilk” wydaje się być nieco odmiennaq lekturą, a jednak wciąż pozostaje taką samą, jak to, co znaliśmy do tej pory. I dobrze, bo naprawdę niewiele było w prozie Pettersen do poprawienia.

 

Podsumowując: warto. „Krucze pierścienie” kupiły rzesze czytelników i nie wątpię, że ta nowa trylogia też to uczyni. Ważniejsze jest jednak to, że zadowoli ona tych, którzy od fantastyki wymagają wyższej, niż spotykana na co dzień jakości. Dlatego zachęcam fanów do poznania tej serii.

 

A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.



Dziewczyna z ferajny – Teresa Carpenter

BREAKING GOOD?

 

Każdy z nas dobrze to zna. Kiedy kina czy telewizję podbija jakiś potencjalny hit oparty na książce, zaraz pojawia się albo pierwsze jej wydanie w naszym języku, albo wznowienie. Tak jest również w tym przypadku. I jak każdemu wiadomo, tego typu publikacje przedstawiają różny poziom. Ale „Dziewczyny z ferajny” to udana literatura faktu, która, chociaż nie udaje bycia powieścią, ma w sobie coś z dobrych thrillerów czy kryminałów.

 

Poznajcie Arlyne Brickman. Na świat przychodzi w roku 1934, dorasta na Lower East Side i od początku w gangsterskim towarzystwie. Sama chce wieść życie pełne bogactwa, luksusu i emocji. Chce być, jak Virginia Hill, jej idolka i kochanka mafiosów. Dlatego zaczyna walczyć o to, by zostać kimś takim. Zaczyna, jako dziewczyna na posyłki, potem zostaje bukmacherką, zaczyna zajmować się narkotykami. I pnie się powoli po drabinie gangsterskiej hierarchii. Koniec? Dopiero początek. Kiedy Arlyne pada ofiarą zbiorowego gwałtu, przekonuje się, że jako kobieta i na dodatek żydówka, nie ma szans na pomoc z żadnej ze stron. Osaczona przez przemoc i problemy, próbując poradzić sobie z zagrożeniem, jakie może spaść na jej córkę, przechodzi przemianę i zostaje informatorką FBI. Tak zaczyna się jej pomaganie prawu, które pozwala łapać znanych przestępców. Ale co jeszcze na nią czeka?

 

Kinowe hity na podstawie literatury faktu czy reportaży wcale nie są rzadkością, choć mogłoby się wydawać inaczej. Wystarczy wspomnieć „Zodiaka” czy „Spotlight”, a to tylko dwa pierwsze z brzegu przykłady. „Dziewczyna z ferajny” – parafrazująca tytuł klasycznego filmu gangsterskiego – dobrze wpasowuje się w ten schemat, także poziomem. Bo to kawał dobrej, ciekawej literatury, pokazującej nam przemianę kobiety, która przekonuje się, że to, o czym marzyła, jest bardziej dalekie od ideału, niż mogłaby sądzić.

 

Teresa Carpenter, dziennikarka kryminalna i, zdobywczyni nagrody Pulitzera, a przy okazji bestsellerowa autorka, serwuje nam rzetelną i ciekawą literaturę faktu, którą jednocześnie czyta się z napięciem i emocjami. Stylistycznie to rzecz balansująca na krawędzi reportażu, biografii i pewnego literackiego rozwinięcia całości, dzięki czemu czyta się to wszystko, jak prozę. A uświadomienie sobie, że to wszystko prawda, może tylko spotęgować emocje.

 

Nie wiem, jak wypadanie ekranizacja z Jennifer Lawrence, ale wiem, że „Dziewczynę w ferajny” warto przeczytać. To rzecz dla miłośników thrillerów, kryminałów, historii i biografii. I to dobra rzecz.

 

Dziękuję wydawnictwu Poradnia K za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Pensjonat w zaświatach #2 - Wako Ioka, Midori Yuuma

UROK PENSJONATU DEMONÓW

 

Pierwszy tom „Pensjonatu w zaświatach” był niezłą – tylko, albo aż (każdy niech oceni sam) – rozrywką w klimatach, które wszyscy już dobrze znamy. Drugi trzyma ten sam poziom, oferując lekką i przyjemną zabawę. Czasem łagodnie śmieszną, czasem sympatyczną, skierowaną głównie do płci pięknej, ale nie tylko.

 

Strata kogoś bliskiego to zawsze ciężkie przeżycie. Aoi nie wiedziała jednak, jak śmierć dziadka na nią wpłynie. Okazało się bowiem, że staruszek zaciągnął dług u demonicznego właściciela Niebiańskiej Gospody, a jego spłatą miała być właśnie Aoi, przeznaczona na żonę dla demona. Ale dziewczyna nie chciała się tak łatwo poddać i zdecydowała się odpracować dług.

I w tym miejscu nadal znajduje się na początku tego tomiku. Problemem przeszkadzającym jej w osiągnięciu celu są wrogowie, których nie brakuje. Ale jej talent i pomoc, którą nieoczekiwanie znalazła, mogą pomóc wyplątać się z tarapatów. Ale czy ma na to szanse?

 

„Pensjonat” to manga, która pod pewnymi względami przypomina mi popularnego „Strażnika domu Momochi”. Oparta zresztą na typowych dla szojek z fantastyczną nutą schematach, na pewno spodoba się miłośnikom gatunku. Oczywiście nie musicie się martwic, że te elementy zostały powielone w kiczowaty sposób. Owszem, oczywistości tutaj nie brakuje – ktoś spodziewał się czegoś innego? właśnie – ale mamy też przełamanie całości nutą tajemnicy i niezwykłości. Owszem, to wszystko już było, ale nadal jest sympatyczne i odprężające.

 


Poza tym niniejsza manga jest zabawna i to doceniam. Zabrakło mi tu nieco prawdziwej komedii pomyłek, bo aż się o to prosiło, ale wszystko, czego możecie spodziewać się po podobnej opowieści zostało zachowane. „Pensjonat” jest bowiem lekki, prosty, uroczy, ale też i mający swój charakter. Z czasem może przerodzić się w coś ciekawszego, ale i bez tego zadowoli miłośników takich shoujo.

 

Graficznie opowieść także wypada przyjemnie. To shoujo, więc kreska jest lekka, tonacja jasna, a męscy bohaterowie wręcz posągowi, ale tradycyjnie całość jest udana i przyjemna dla oka. Ma też pewien klimat, nieco magiczny, nieco zabawny, to znów nieco nostalgiczny, a wszystko, chociaż na kolana mnie nie powaliło, warte jest poznania.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.





środa, 26 maja 2021

Kod Oracle – Marieke Nijkamp, Manuel Preitano

RATUNEK CZY KOSZMAR?

 

Czwarta z powieści graficznych od DC, skierowanych do nastoletnich czytelników w wieku 13+ lat, poświęcona została postaci Oracle. Ta znana, ale jednak nie do końca czołowa bohaterka DC Comics, może nie jest najoczywistszym wyborem do tego typu publikacji, ale zanim ją skreślicie, należy zauważyć, że z dotychczas wydanych po polsku tytułów tej linii wydawniczej, to właśnie ten jest lepszy. Tak fabularnie, jak i graficznie. I przy okazji może zachęcić czytelników do poznania absolutnej klasyki z tą bohaterką, jak chociażby wielki „Zabójczy żart” Alana Moore’a (oczywiście, kiedy osiągną odpowiedni wiek).

 

Barbara Gordon, córka komisarza policji Jamesa Gordona, po postrzale zostaje sparaliżowana od pasa w dół. Przykuta do wózka staje przed wyzwaniem odnalezienia się w nowej codzienności, która nie będzie dla niej łatwa. Żeby jakoś poradzić sobie z nowym stanem, tak psychicznie, jak i fizycznie, trafia do Centrum Rehabilitacji Arkham. Miejsce to jednak okazuje się być zupełnie inne, niż sądziła dziewczyna. Pacjenci znikają, nocą słychać głosy dobiegające gdzieś z korytarzy… Czyżby Barbara popadała w obłęd? A może w Arkham dzieje się coś dziwnego? Przykuta do wózka dziewczyna staje przed nie lada wyzwaniem odkrycia prawdy o tym, co ma tu miejsce. A jednocześnie musi stawić czoła demonom własnej przeszłości…

 

O historii i tym, czym właściwie jest seria wydawnicza „DC Powieść graficzna 13+” pisałem przy okazji recenzji komiksu „Catwoman: W blasku Księżyca”, więc tym razem skupię się na innych rzeczach. Dla formalności dodam jednak, że rzecz skierowana jest do młodszych nastolatków i bardziej dostosowana do ich oczekiwań. Także pod tym względem, że dość mocno skupia się na codziennym życiu nastoletnich bohaterów, jednocześnie nie wymagając od czytelników żadnej o nich wiedzy, bo prezentuje origin postaci. Rodzi to co prawda pytanie, czy samo tworzenie opowieści graficznych dla grupy 13+ ma większy sens, skoro i tak to właśnie czytelnicy w podobnym wieku najczęściej sięgają po superbohaterksie historie (nie uważam, że komiksy są dla dzieci, ale prawda o przeciętnym wieku czytelników jest właśnie taka), niemniej to nie miejsce na podobne rozważania.

 


Wracając do komiksu to „Kod Oracle”, napisany przez Marieke Nijkamp, autorkę m.in. „Chłoapaka, który bał się być sam”, to typowa lektura dla młodzieży. Pod pewnymi względami przypomina mi komiksy wydawane niegdyś w ramach serii „Komiksy dla dzieci Marvel” czy takie tytuły, jak „Sunny” albo „Nowa przyjaciółka”. Co to znaczy? Proste, mocno osadzone w rzeczywistości, opowieści o nastolatkach dla nastolatków, poruszająca ich problemy i dodająca do nich nutę superhero. Nie ma tu ambitnej treści (choć akurat ten tom się o to ociera, serwując nam opowieśc o niepełnosprawności i harcie ducha, połączoną z kryminalną tajemnicą, mogącą ocierać się o horror) ani odkrywczego podejścia do tematu, ale w pewnym stopniu stanowi to odświeżenie typowych komiksów o superbohaterach. Także pod względem graficznym, gdzie znakomite ilustracje, przypominające mocno prace Cliffa Chianga

 

Reasumując, jak wskazuje nazwa serii, „DC Powieść graficzna 13+” to cykl skierowany do młodszych nastolatków. To mniej dojrzała, ale mająca swój urok odpowiedź na typowe amerykańskie komiksy. Niezły wstęp do tego medium, choć przeznaczony stricte dla grupy docelowej.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Wonder Woman: Zwiastunka wojny - Leigh Bardugo, Loiuse Simmonson, Kit Seaton

DZIEWCZYNY NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE

 

Ten tom serii „DC Powieść graficzna 13+” to pozycja nieco inna, od poprzedników. Co ją od nich różni? Każda z dotychczas wydanych części była autorską powieścią graficzną napisaną przez jakąś znaną pisarkę. Ta, dla odmiany, stanowi adaptację znanej już powieści o Wonder Woman, dokonaną na dodatek przez jedną z kultowych już scenarzystek komiksowych. Reszta pozostała bez zmian i tak oto w ręce czytelników trafia kolejny album dostosowany do młodszej młodzieży.

 

Diana, Amazonka, księżniczka… Dziewczyna, pragnąca sprostać swojemu dziedzictwu, ale czy jest na to gotowa? Wszystko sypie się jeszcze bardziej, kiedy łamiąc wszelkie zasady, ratuje śmiertelniczkę. Jakby tego było mało, ocalona może okazać się początkiem zagłady dla świata naszej bohaterki, bo Alia jest zwiastunką wojny, która zapoczątkuje erę rozlewu krwi i cierpienia.

Tak zaczyna się wspólna przygoda jej i Diany. Wielu chce zająć się zwiastunką na własny sposób, czasem jakże definitywny, żeby powstrzymać to, co może nadejść. Ale być może istnieje inny ratunek. Tylko czy dwóm dziewczynom uda się do znaleźć?

 

Najpierw była powieść, napisana przez Leigh Bardugo, autorkę „Cienia i kości” czy „Szóstki wron”. I właśnie tę powieść wzięła na warsztat Loiuse Simmonson, scenarzystka znana z pisania najróżniejszych komiksów dla gigantów amerykańskiego rynku opowieści graficznych, od „X-Men” zaczynając, na „Supermanie” skończywszy. I tak, z pomocą rysowniczki Kit Seaton, zrodził się w końcu niniejszy album dla młodszych miłośników Wonder Woman i przygodowo-fantastycznych powieści akcji, w stylu kinowych hitów DC.

 


Właściwie „Zwiastunka wojny” to opowieść utrzymana na poziomie filmów z „Wonder Woman”. Nie jest do końca spełniona, miewa jednak udane sceny czy momenty. Fabularnie też jest zbliżona do pierwszej kinowej przygody Diany, choć jednocześnie całość nadal skierowana jest do zdecydowanie młodszych nastolatków. Bo niniejszy komiks to lekka, prosta i niewymagająca historia łącząca przygody i fantastykę. Postacie są nieskomplikowane, akcja tak samo, tempo dość szybkie, a całość pod każdym względem skierowana jest do trzynastolatków i ich odrobinę starszych kolegów.

 

Także, a może przede wszystkim graficznie. Estetyka albumu bowiem to kolejne połączenie inspirowanie mangą czystej kreski, wyrazistej i wpadającej w oko głównie młodzieży. Dodajcie do tego dobre wydanie i dostaniecie niezły komiks dla młodych miłośników tego medium, który pozwali im wkroczyć w świat opowieści o dzielnej Amazonce.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.